sobota, 7 marca 2015

o wolności odcumowania...


zdj:flickr/Gufoblu/Lic CC
(Mt 21,33-43.45-46)
Jezus powiedział do Arcykapłanów i starszych ludu: Posłuchajcie innej przypowieści! Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznię, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali. Wtedy posłał inne sługi, więcej niż za pierwszym razem, lecz i z nimi tak samo postąpili. W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy zobaczywszy syna mówili do siebie: To jest dziedzic; chodźcie zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili. Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami? Rzekli Mu: Nędzników marnie wytraci, a winnicę odda w dzierżawę innym rolnikom, takim, którzy mu będą oddawali plon we właściwej porze. Jezus im rzekł: Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach. Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce. Arcykapłani i faryzeusze, słuchając Jego przypowieści, poznali, że o nich mówi. Toteż starali się Go pochwycić, lecz bali się tłumów, ponieważ miały Go za proroka.

Mili Moi...
No co za dzień... Pierwszy piątek miesiąca. A zatem wizyty u chorych. Dziś trochę szybszym tempem, bo w planach wizyta o doktora. Zdążyłem tylko zakończyć odwiedziny, wrócić do domu, a tu nagrana wiadomość - prośba o sakrament namaszczenia dla umierającego. Szybki kontakt i decyzja, że nawiedzę pana W po wizycie u lekarza...

Nie wiem dlaczego ubzdurałem sobie, że lekarz o imieniu Slava Kulakov będzie przaśną blondynką, o swojskich, słowiańskich rysach... Może dlatego, że sam się nie rejestrowałem. Ku mojemu zaskoczeniu przybył łysiejący brunet, który wyznał, że w 1/8 jest Polakiem... Ale całkiem spokojnie udało mi się z nim dogadać. Opisałem objawy, a doktor na ich podstawie raczej wykluczył grypę... Pogdybaliśmy, a potem przepisał mi antybiotyk, który być może pomoże na to, co gdzieś tam w środku mnie się rozgościło.  Potem omówiliśmy sprawy ciśnieniowe i doktor zapisał mi amerykańskie leki, które są ponoć identyczne do polskich, które mi się powoli kończą. System mi się podoba. Pan doktor kliknął w komputerze i recepta poszła do wybranej przeze mnie apteki. Zajechałem po drodze i czekały już na mnie gotowe leki. A co najważniejsze - zwłaszcza ciśnieniowe... nie kosztowały ani dolara... Teraz jeszcze tylko badania krwi i kolejna wizyta u Slavy. Obiecał EKG i inne "lecznicze zabiegi" :)

A w drodze powrotnej odwiedziłem naszego parafianina, który odchodzi. Rodzina wokół, namaszczenie, modlitwa... Ta wizyta przypomniała mi pytania, które zwykle rodzą się we mnie, kiedy obcuję z odchodzącymi - jak to jest? Kiedy człek wie, że nie ma przed sobą dni, ale zaledwie godziny... Kiedy może tylko czekać na to spotkanie, które zbliża się doń nieuchronnie... Kiedy nie musi sie już miotać, a po ludzku nikt nie może mu pomóc... I nikt nie może pójść z nim... W śmierci człowiek jest chyba tak po ludzku najbardziej samotny...

Ale jeszcze mocniej wybrzmiewa we mnie pytanie - jak przeżywać to życie, które jeszcze przede mną, żeby nie bać się tego momentu odchodzenia, żeby przeżywać go z jak największą ufnością... I odpowiedź odnajduję dziś w Słowie. Czymże bowiem jest nasze życie, jeśli nie piękną winnicą wypożyczoną, zadaną nam przez Pana? Gdybym właśnie tak nauczył się traktować czas mi dany. Gdybym potrafił usłyszeć wszystkich wysłanych do mnie proroków. Gdybym dał wiarę Synowi Właściciela. Gdybym tylko nie zawłaszczał, nie uważał za swoje tego, co moim nie jest. Ileż wolności bym zyskał. Jak bardzo swobodnie zmierzałbym ku spotkaniu... Mógłbym odcumować... Odpłynąć...
W tym kontekście bardzo mocno przed oczami staje mi nasz franciszkański ślub ubóstwa. On uczy, żeby nie mieć własności. Moje życie również nie do mnie należy. Ono jest własnością Boga samego. I dlatego jest święte. I dlatego Bóg je namaszcza, kiedy ono się zaczyna i kiedy się kończy. I dlatego to On decyduje kiedy ta dzierżawa dobiegnie kresu... Oby tylko wszystkie zadania najemcy do tego czasu zostały wwykonane...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz