niedziela, 26 października 2014

figowiec w nas...


zdj:flickr/stuandgravy/Lic CC
(Łk 13,1-9)
W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.

Mili Moi...
No dziś zaliczyłem mały jubileusz :) 50 dni w Ameryce!!! I 3076 dzień kapłaństwa. Ale mam takie wrażenie, jakbym był tu bardzo długo. Znacznie dłużej, niż tych kilka dni. A dzień za dniem upływa... A swoją drogą - tydzień temu też mały jubileusz. Rok blogowania w tym miejscu. A w sumie już piąty...

Nie nadążam za czasem. Dziś rano polska szkoła jak w każdą sobotę. Dzieciaki tak pobudzone, że trudno nad nimi zapanować. Chyba lepiej jak pada deszcz, wtedy są nieco bardziej senne :) Później, po chwili przerwy film "Gabriel", na który wybraliśmy się do "kina" pod kościołem. W tym samym czasie przyjechali goście od kablówki, co to ją drzewo zerwało jak się zwaliło podczas wichury przed dwoma dniami. Trzeba z nimi było postać i uśmiechać się "na głupiego mnicha" udając że cokolwiek rozumiem z tego, co do mnie mówią. Udawanie szło dobrze, bo dopiero po pół godzinie zapytali mnie skąd jestem :) A potem Msza po angielsku, na której usłyszałem najpiękniejszy homiletyczny komplement w moim życiu, ale nie będę go przytaczał, żeby Szanowny Czytelnik nie musiał drżeć o moją cnotę pokory :) W każdym razie ucieszyło mnie to, bo to oznacza, że lud rozumie co do niego mówię, a o to chodzi...


Ale hitem dnia był nasz wieczorny udział w Balu Błękitnym, dorocznej imprezie kombatanckiej w hotelu Holiday Inn w naszej wsi. Wysoce podniosłe wydarzenie, z wprowadzeniem flag, sztandarów, z odtańczeniem Poloneza. Przy stole prezydialnym generalicja, konsul, przedstawicielka ministra i my szare żuki... Na szczęście wybroniłem się z grania na gitarze, bo mój proboszcz skłonny był mnie tam zaanonsować. Ale kiedy usłyszałem ośmiolatkę śpiewającą "Czerwone maki na Monte Cassino", to wiedziałem od razu, że tu z pewnością nie jest miejsce na występy z gitarą. Proboszcz wygłosił skromne przemówienie, a mnie wykorzystano do pobłogosławienia posiłku, który już co prawda trwał, ale... Zawsze to lepiej, jak jest pobłogosławiony. Przy okazji jednak powiało swojskością - pan konsul rodowity Lublinianin, pan pułkownik z NATO po KUL-u... Prawie jak w domu...

A w Słowie Pan wzywa do nawrócenia. Zawsze się głowię z czego najpierw. Właściwa diagnoza to połowa sukcesu. A sfer wymagających nawrócenia wcale mi nie brakuje. Dziś zobaczyłem, że potrzebuję konsekwencji i mądrego gospodarowania czasem, bo inaczej przysypie mnie nawał zajęć, które muszą być właściwie zaplanowane i rozłożone. Konsekwentnie muszę też realizować swoje postanowienia. Różne. Także te duchowe. A z poważniejszych rzeczy to pewnie warto by popracować nad miłością nieprzyjaciół, bo ostatnimi dniami przekonuję się, że mam jej ciągle mało. Oczywiście pomysłów na nawrócenie o wiele więcej, ale ich nazywanie nie zawsze jest łatwe. Ale nie da się niczego tak naprawdę ruszyć z miejsca, jeśli nie będę wiedział o czym mowa. Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu - śpiewał niegdyś Adam Nowak w "Raz, dwa trzy".

I tak pewnie jest. Pokazuje to rozmowa ogrodnika z właścicielem winnicy. Rzeczy nazywaj po imieniu - figowiec wyjaławia ziemię, wytnij go... Obłożę go nawozem. Trzy precyzyjne sformułowania, które domagają się konkretnej zmiany obecnej sytuacji. Konieczność wyboru, decyzji, ruchu - w jedną lub drugą stronę. Nie będzie żadnego nawrócenia w perspektywie stania w miejscu. Trzeba coś zrobić z figowcem w nas. Urodzajne lata pozwalają podobno zebrać z jednego drzewa 100 kilogramów owocu. Do dzieła więc... Do dzieła... Samo się nie zrobi...

1 komentarz:

  1. Oj, jak już tak "lubelskością" powiało, to jeszcze ja pozdrowię z Lublina ;)
    Dziękuję za każdą notatkę tutaj!
    pax!

    OdpowiedzUsuń