piątek, 29 sierpnia 2014

Tańcząca przed Zalęknionym...

 
zdj:flickr/Krisztina Konczos/Lic CC
Mili Moi...
Wczoraj zakończyłem rekolekcje dla wspólnoty Emmanuel w Straszynie. Znów nadziwić się nie mogę... Oczywiście mocy Słowa. Gdyby płacili za wylane łzy (choć w Lublinie szykowano jakąś wystawę ludzkich łez i rzeczywiście za wypłakane płacono). Ale oczywiście nie rzecz w samych łzach. One są tylko pewnym znakiem tego, co dzieje się w sercu. Znakiem tyleż czytelnym, co wcale niekoniecznym. Jednakowoż łez w te dni nie brakowało. Dzieje się tak wówczas, kiedy człowiek przestaje być zwykłym czytelnikiem Ewangelii, a staje się jej uczestnikiem, kiedy uświadamia sobie, że Ewangelia jest o nim, o jego życiu... Wówczas wszystko nagle zaczyna wyglądać inaczej. Nawet ja, który właściwie tylko prowadziłem ich w tych rekolekcjach, czułem wyraźnie jak skoczyło mi ciśnienie, kiedy mówiliśmy o Judaszu. Czułem fizycznie, że Słowo działa. Moje ciało przypomniało mi o Jego mocy. Wiele dobrych rozmów, spowiedzi... Piękni ludzie... Może się powtarzam, ale muszę to napisać, bo to najszczersza prawda. Oni są piękni... Dla mnie tym piękniejsi, że są "moimi dziećmi". W jakiejś mierze zrodziłem ich w wierze i czuję się za nich odpowiedzialny. A z ogromną radością przyglądam się ich wzrostowi, duchowemu dojrzewaniu, przemianom, które w nich zachodzą. Jak bardzo są inni w porównaniu do chwil, kiedy się poznawaliśmy przed trzema laty... Dziś to prawdziwi chrześcijanie - "christianoi", należący do Chrystusa... Dużo dobrych wspomnień z nimi...

Wczorajszy wieczór spędziłem w braterskim gronie. Mój współbrat Krzysztof przypomniał mi swoją obecnością i towarzystwem, że jestem zakonnikiem i należę do zakonu, w którym bardzo ceni się wspólnotę. Codzienność czasem tak z tego wyjaławia. Gonitwa, ciągłe dążenie do czegoś... A na braterstwo czasu brak... Wczoraj się w nim zanurzyłem... I poczułem.. jak bardzo jestem zmęczony po tych dwóch tygodniach rekolekcji... Naprawdę emocjonalnie czuję się wypluty. Dziś spałem prawie pół dnia nie mogąc dojść do siebie. Całe napięcie powoli ze mnie schodzi...

Najpiękniejszym wydarzeniem dzisiejszego dnia był drugi email z... Bridgeport. Kolejni parafianie z parafii, w której będę pracował (o Panie, to już za tydzień...) napisali do mnie, że cieszą się moim przyjazdem, modlą się za mnie i obiecują wszelką pomoc. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło - żeby ktoś wyprzedzając fakty odzywał się do mnie zanim jeszcze moja noga stanęła w nowym miejscu. Ale ile mam z tego radości... Ktoś czeka, ktoś się modli, ktoś wierzy, że będzie dobrze (nie jestem w tym sam). Po prostu i szczerze się dziś ucieszyłem...

A Słowo jakoś szczególnie mi dziś objawiło, że nic dobrego nie może zostać zbudowane na lęku. Król Herod lękał się Jana. Owszem, chętnie go słuchał. Owszem, brał go w obronę. Ale kiedy stanął wobec naprawdę ważnej decyzji, to inny lęk okazał się ważniejszy. Nie był w stanie opowiedzieć się za prawdą, ponieważ był niewolnikiem lęku. Zarówno wobec Jana, jak i wobec swoich gości. Żył w lęku. Bał się też pewnie Herodiady, a może bał się, że ją straci, że odejdzie, że zostanie sam. Któż jest w stanie nazwać wszystkie lęki króla? Niemniej musiało być ich sporo, jeśli z taką łatwością pozbawił życia Prawdomównego. Może gdyby Jan miał odrobinę więcej czasu, może gdyby nie zginął tego wieczoru, może jutro, pojutrze, za tydzień, prawda dotarłaby do serca królewskiego. Ale jego czas się skończył... Lęk zwyciężył. Lęk skrócił go o głowę... Lęk nie jest dobrym fundamentem. Nic na nim nie da się oprzeć. Lęk staje się najczęściej narzędziem śmierci... Odbiera życie, odbiera rozum, odbiera pokój, odbiera radość...

Może dlatego tak wiele razy w Piśmie Świętym znajdziemy wezwanie - nie bójcie się!!! Bo "nie bójcie się" oznacza życie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz