wtorek, 8 lipca 2014

pociąg do pytań...

zdj:flickr/halfrain/Lic CC
Mili Moi...
No i wrócił o. Miś z Warszawy, ale ile się działo zanim do niej dotarł... Niedziela to uroczy grill w gronie wspólnoty Emmanuel w Gdańsku. Dużo dobrego jedzenia i dużo dobrych rozmów... Potem pomoc w pakowaniu s. Barbarze, którą posłuszeństwo zakonne wywiozło do Międzyrzecza, a w poniedziałek odprawiłem dla niej mszę o 4.30 i pomachałem białą chusteczką na pożegnanie. Sam natomiast śmignąłem do Gdyni i zostałem zapakowany przez moją psiapsiółkę Katarzynę do wozu i wywieziony w bliżej nieokreślonym kierunku... A tak naprawdę to ja kierowałem i dotarliśmy do Władysławowa. Tam mieliśmy zasiąść na plaży i pogadać o sympatycznych sprawach, podczas gdy dziecię będzie się taplać w wodzie... Po dwudziestu minutach stania na jednej nodze w piasku pośród takiego hałasu, że na autostradzie chyba było ciszej, stwierdziliśmy, że tu jednak nie wypoczniemy. Spacer, lody, obiad i powrót do Gdyni. A późną nocą wczoraj wyjazd do Warszawy. Noc w pociągu przespałem a o 6 rano w Warszawie Centralnej oczekiwała mnie kolejna Boża dusza z pomysłem na śniadanie. Podziwiam ją... Że też chciało jej się zrywać tak wcześnie, tylko po to, żebyśmy zjedli coś smacznego i rozeszli się do swoich zajęć :) Beata do pracy, a ja do gościnnego kościoła księży orionistów, gdzie odprawiłem Eucharystię. A potem już spokojnym krokiem do ambasady. Byłem bardzo zdziwiony brakiem kolejki. To niebywałe zwłaszcza w okresie wakacyjnym. Tuż przede mną pan Zulu-Gula (Tadeusz Ross) ekspediował córkę. Powymienialiśmy uwagi na temat tego "raju", do którego wcale nie łatwo się dostać. Wewnątrz ambasady też właściwie tylko dwadzieścia osób przede mną, więc w godzinę udało mi się załatwić wszystko. Najweselej było, kiedy przeurocza pani z okienka spytała, czy możemy mówić po angielsku? A w związku z tym, że to jej pytanie akurat zrozumiałem, to nieopatrznie odpowiedziałem "yes". No i potem już tak sobie gawędziliśmy w tym zacnym języku. Pani wyznała, że pochodzi z Chicago, ale jeździła w dzieciństwie na wakacje w "moje" rejony. Miała prześliczny uśmiech i zakomunikowała mi, że w takim razie wiza przyznana i za trzy dni przyślą mi ją kurierem o domu. No jesteśmy więc coraz bliżej. Powrót do domu w koszmarnie gorącym, choć klimatyzowanym ekspresie, no i pełen wrażeń znów siedzę sobie przed ekranem w Sztumie...

Dziś kolejny przyczynek do mojego habitowego ogródka. Zaczepił mnie na warszawskim dworcu młodziutki student z Terespola. Szalenie miła rozmowa. O jego studiach z administracji, o moim wyjeździe, o życiu. Jak wiele dobra może się wydarzyć między ludźmi, dzięki jednemu, odważnemu pytaniu - czy pan jest mnichem? Pytanie wcale nie głupie... A sztuką jest postawić pytanie właściwe...

Dziś Jezus uwalnia opętanego, ale faryzeusze nie pytają w jaki sposób. Oni wiedzą. Oni udzielili już sobie odpowiedzi, zanim pojawiło się pytanie. Chcąc, żeby ta odpowiedź wybrzmiała głośno, powtarzają ją, wobec tych, którzy ich wcale nie pytali. Być może chcą sami słyszeć - mocą Belzebuba to uczynił. Być może to jakimś przedziwnym, zatrutym balsamem spływa na ich serca i chwilowo zagłusza wątpliwości... A co, jeśli jednak nie? Co trzeba by zrobić ze swoim życiem, gdyby Jezus jednak okazał się prawdomówny? Odpowiedzieć na takie pytanie, to coś znacznie trudniejszego. Lepiej więc nigdy nie pozwolić, aby ono się zrodziło...

A Jezus? Robi swoje... To jest metoda. Robić swoje wbrew, niezależnie od opinii tłumu. On wie po co i do kogo został posłany.Ci zaś, którzy nie wiedzą, dziś stracili kolejną okazję, żeby się dowiedzieć. Na szczęście Ł. na dworcu pytał. O wiele ciekawych rzeczy. Ten młody człowiek wie, że dzień bez pytania, to dzień stracony. Kto bowiem pyta, ten się dowiaduje. Czasem czegoś ważnego...

1 komentarz:

  1. Moim zdaniem pyta każdy, tylko nie każdy zadaje właściwe pytania. W wielu przypadkach mimo właściwych pytań, albo nie ma właściwej osoby do odpowiedzi, albo nie potrafimy jej usłyszeć. To jest straszne - słyszeć, że odpowiedź jest, ale nie móc jej poznać. Sama wiem, bo ostatnio dość często mam takie wrażenie. Dochodzą jeszcze wątpliwości, czy to na pewno jest odpowiedź Boga, czy może przeciwnie, to zło nas myli. Doświadczyłam sytuacji, która powoduje to, że nachodzą mnie te wątpliwości. Gdy nadchodzą chwile zwątpienia (ja nazywam to kryzysem) i chciałoby się zadać tyle pytań najczęściej brak jest osób, których można by było się zapytać.
    Na blog ojca trafiłam dziś. Naprawdę, wiele wpisów mnie poruszyło, naszła refleksja. Bogu niech będą dzięki za ojca i ten blog. Mam nadzieję, że jeszcze przez długi czas będziemy mogli czytać nowe posty. Sama prowadzę bloga, ale ostatnio przeżyłam naprawdę wiele kryzysów, i nie daję rady. Tym bardziej podziwiam ojca i proszę o modlitwę.
    wnm

    OdpowiedzUsuń