piątek, 31 października 2014

(z)bawmy się...


zdj:flickr/Patrick Q/Lic CC
(Łk 13,31-35)
W tym czasie przyszli niektórzy faryzeusze i rzekli Mu: Wyjdź i uchodź stąd, bo Herod chce Cię zabić. Lecz On im odpowiedział: Idźcie i powiedzcie temu lisowi: Oto wyrzucam złe duchy i dokonuję uzdrowień dziś i jutro, a trzeciego dnia będę u kresu. Jednak dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze, bo rzecz niemożliwa, żeby prorok zginął poza Jerozolimą. Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani. Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swoje pisklęta pod skrzydła, a nie chcieliście. Oto dom wasz [tylko] dla was pozostanie. Albowiem powiadam wam, nie ujrzycie Mnie, aż <nadejdzie czas, gdy> powiecie: Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie.

Mili Moi...
No i druga konferencja na rekolekcje do Chicago napisana. To nawet wciągające, choć ciągle trudne. Ale czym byłoby nasze życie bez wyzwań? Więc podejmuję i mam nadzieję, że da się tego słuchać... A może jeszcze Pan zechce do kogoś z czymś przez to słowo trafić...

Dziś taka mała radość, bo podczas zakupów okazało się, że moje "plastikowe pieniądze", które nadeszły wczoraj działają i mogę się już nimi posługiwać. To o tyle ważne, że w tej przyszłotygodniowej podróży znacznie to ułatwi tankowanie i w ogóle wszystko :) Takie inne, nowe wydanie franciszkanizmu. Może nawet trochę trudniejsze. Podobnie miałem w Irlandii. Dlaczego trudniejsze? Bo nie jest problemem zachować ubóstwo, kiedy się nie ma dostępu do pieniędzy. Większym problemem jest je zachować, kiedy się ten dostęp ma. A zatem ciężka praca przede mną :) Na szczęście nie muszę operować milionami...

A dziś kilka dobrych rozmów z Polską. Między innymi z M. która ma problem, bo szkoła zaplanowała studniówkę w... Wielkim Poście. Co robić? Iść, czy nie iść? Dlaczego o tym piszę? Bo Słowo dziś mówi o radykalnym wejściu Jezusa w wolę Ojca. On ją realizował i był szalenie konsekwentny. On zmierzał do Jerozolimy i wiedział, że herod nie stanowi dla Niego zagrożenia, bo Jego godzina jeszcze nie nadeszła. On chciał być wierny Ojcowskiemu pragnieniu. I zrobił, co do Niego należało, choć kosztowało Go to bardzo drogo...

A jak z tą wolą Boga w naszej codzienności? Szukamy? Tęsknimy za tym, żeby ją wypełnić? Jaka jest wola Boża dla M? Radzić, nie radzić? Powiedziałem jej co ja bym zrobił... Nie poszedłbym. Trudno byłoby mi stanąć przed Jezusem i powiedzieć Mu - Panie, przecież tylko trochę się pobawię, kiedy Ty będziesz dźwigał krzyż... Poskaczę, potańczę, coś wypiję... Przecież jaka to dla Ciebie różnica? Chyba nie jesteś aż tak drobiazgowy... Masz na pewno większe problemy... Przecież tak mnie kochasz, że pomachasz mi na pożegnanie i życzysz mi dobrej zabawy... Przecież Ty się cieszysz, jak ludzie się bawią...

M. jest niesamowicie wrażliwą osobą i ufam, że podejmie decyzję zgodną z wolą Bożą. Padło też pytanie - dlaczego nas, chrześcijan sie nie traktuje poważnie? Ano dlatego, że sami nie traktujmy siebie poważnie. A nadto często Boga nie traktujemy poważnie. M. jest zupełnie osamotniona w swoich wątpliwościach. Reszta chrześcijan z jej szkoły macha ręką i uważa, że ona robi niepotrzebny problem. Ksiądz dał dyspensę... Ale co na to wszystko Pan Jezus? Bo to jest zasadnicze pytanie. Czy Wielki Post ma jakiekolwiek znaczenie? Czy nasza miłość wyraża się w faktach? Czy wierzymy naszym życiem, czy tylko ustami? Bo wiara kosztuje. Właśnie w takich małych, dotkliwych sytuacjach. Ale jeśli jest mocna i oparta na prawdzie, wie co należy zrobić...

Podobnie jak Jezus wiedział czego oczekuje od Niego Ojciec... I czynił to, czy się to komuś podobało, czy nie. Nawet jeśli Go to bardzo wiele kosztowało. Konsekwentnie. Pytam więc o tę wolę na moje życie. Bo niczego tak nie pragnę, jak ją zrealizować. W konkrecie. W małych rzeczach. W codzienności.

środa, 29 października 2014

wejdziesz?


zdj:flickr/VinothChandar/Lic CC
(Łk 6,12-19)
W tym czasie Jezus wyszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami: Szymona, którego nazwał Piotrem; i brata jego, Andrzeja; Jakuba i Jana; Filipa i Bartłomieja; Mateusza i Tomasza; Jakuba, syna Alfeusza, i Szymona z przydomkiem Gorliwy;  Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą. Zeszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie. Był tam duży poczet Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i Jerozolimy oraz z wybrzeża Tyru i Sydonu; przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia. A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich.

Mili Moi...
Trwają prace nad rekolekcjami maryjnymi, ale nie mogę powiedzieć, że dzisiejszy dzień należał do najlepszych. Fizycznie raczej słabo, choć za oknem piękne słońce i 18 stopni. No ale nie ma co narzekać, tylko po prostu trzeba pracować. Pokonuję więc senność i czytam, myślę, układam sobie w głowie... I nawet coś tam się rodzi... W bólach, ale się rodzi...

Dwóch zacnych mężów dziś nawiedziło nasz dom. Grzegorz i Zbyszek sprawili, że od dziś oglądamy polską telewizję. Mała rzecz, ale cieszy, bo jest możliwość tego kontaktu z klimatem ojczystym, za którym tu sie może tęskni nieco bardziej. Napracowali się panowie mocno, tym bardziej, że pozwoliłem sobie ich wykorzystać do przeniesienia kilku cięższych mebli, których sam nie mogłem ruszyć... Ale tyle w nich dobroci i chęci do pomocy, że oczywiście znów jestem oczarowany. Nikt nie liczył minut, nie patrzył na zegarek. Przyjechali i cieszyli się, że mogli pomóc.

A dziś myślę sobie co czuli Apostołowie, kiedy z Jezusem schodzili z góry. To jest szczytowy moment Jego działalności. Pełne równiny ludzi. Poruszone tłumy. Entuzjazm. Czy Apostołom nie towarzyszy ta delikatna nuta triumfalizmu? Czy nie czują się ważni, poprzez fakt, że do Niego należą? Rzecz jasna nie myślę ich w żaden sposób oskarżać, ile raczej zastanawiam się, czy te dzisiejsze uczucia da się jakoś skonfrontować z tymi, które nadeszły, kiedy pola wokół Jezusa pustoszały, kiedy lud sie rozchodził, bo "trudna jest ta mowa", kiedy konflikty z faryzeuszami narastały, czy kiedy wreszcie dotarli do Jerozolimy i zrobiło się naprawdę groźnie. W ostatnich chwilach życia Jezusa nie ma z pewnością mowy o tym, żeby Apostołowie czuli się ważni, żeby mieli poczucie jakiejś przewagi nad innymi, bo należą do grona najbliższych TAKIEGO rabbiego...

Myślę o tym, bo żyjemy w czasach cichej apostazji, w czasach pustoszejących pól. Tak wielu odchodzi nie mogąc znieść nauczania Jezusa, które według standardów dzisiejszego świata staje się coraz trudniejsze. Niby niezmienne, a jednak coraz trudniejsze. Zmienia się bowiem człowiek. Wielu głosicieli Ewangelii twierdzi dziś, że trzeba ją do owego zmiennego człowieka dopasować, że trzeba zrobić coś, czego Jezus nigdy  nie robił - trzeba zmieniać nauczanie, biegać za ludźmi i przekonywać ich, że stworzymy takie specjalne normy, tylko dla nich, bo ich sytuacja jest tak wyjątkowa i skomplikowana, że zasługuje na to, żeby potraktować ją inaczej...

Tego nie robił ani Jezus, ani Jego Apostołowie. Napełnili ówcześnie znany świat nauczaniem Jezusa, które było bardzo konfrontacyjnie i które uderzało w wady i grzechy ludzi, może jeszcze poważniejsze, niż te dzisiejsze. Ale wówczas nikt wśród uczniów nie wysuwał postulatów, że trzeba dopasować słowo Jezusa do człowieka. Wówczas wierzono, że to człowiek musi się do niego dostosować, jeśli chce dostąpić łaski zbawienia.

A równiny, błonia, czy kościoły? Bywały pełniejsze, bywały pustawe, ale tam, gdzie konsekwentnie trzymano się nauki Jezusa, On konsekwentnie uzdrawiał i wyrzucał złego ducha, dokładnie tak samo, jak w dzisiejszej Ewangelii. Tam, gdzie nauczanie zmieniono ludzi nie przybyło, a Jezus? Pewnie bywa... Gościnnie... Bo to już nie Jego Kosciół...

wtorek, 28 października 2014

spójrz w niebo...


zdj:flickr/swisscan/Lic CC
(Łk 13,10-17)
Jezus nauczał w szabat w jednej z synagog. A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy. Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga. Lecz przełożony synagogi, oburzony tym, że Jezus w szabat uzdrowił, rzekł do ludu: Jest sześć dni, w których należy pracować. W te więc przychodźcie i leczcie się, a nie w dzień szabatu! Pan mu odpowiedział: Obłudnicy, czyż każdy z was nie odwiązuje w szabat wołu lub osła od żłobu i nie prowadzi, by go napoić? A tej córki Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi, nie należało uwolnić od tych więzów w dzień szabatu? Na te słowa wstyd ogarnął wszystkich Jego przeciwników, a lud cały cieszył się ze wszystkich wspaniałych czynów, dokonywanych przez Niego.

Mili Moi...
No wziąłem się dziś... Co prawda dopiero po południu, bo wcześniej ciągle coś było do zrobienia, ale prawie całą konferencję na temat "Dlaczego Maryja?" napisałem... Oj ciężko mi to wszystko idzie, ale może to dobrze. Bo takie poszukiwania zawsze pogłębiają więź. W tym przypadku z tą, którą codziennie proszę, żeby mnie uczyła Jezusa. Dziś też wybrałem się na tradycyjny spacer różańcowy i... poczułem się jak w Polsce. Zatrzymały się mianowicie dwie niunie blondyny i spytały czy jestem już tak przebrany na Haloween. To taki żart w polskim stylu. I piszę o tym opierając się na swoich własnych doświadczeniach. Ale taka jest ta nasza dzielnica - niegdyś polska, więc może unosi się tu jeszcze nasze, krajowe poczucie humoru....

A w naszym domu duże zmiany idą... Otóż otwieramy pokój z polską telewizją. Ma to być również pokój dla spotkań polskiej części wspólnoty. Ufam, że w tym tygodniu uda nam się to sfinalizować. Ale domaga się to sporych przygotowań, które wspólnymi siłami czynimy. Cieszę się bo ponad 40 kanałów po polsku pozwoli mieć kontakt z ojczystymi sprawami - choć pewnie zbyt wiele czasu tam spędzał nie będę, bo fanem telewizji zasadniczo nie jestem. Ale czasem...

A Jezus mnie dziś zaprosił do przyjrzenia się porzuconym modlitwom.... Ta kobieta, która jest przygięta do ziemi - ona nie prosi o uzdrowienie. Ona się o to nie modli. Może kiedyś, dawniej. Ale nie dziś. Przecież Bóg nigdy nie odpowiedział na jej modlitwy, więc chyba tak już musi być. Zdaje się, że przywykła. To Jezus ją odnajduje i przekonuje ją, że w mgnieniu oka Bóg może zmienić jej trudną sytuację. Że On jest, mimo tego, że ona już w to chyba nie bardzo wierzy. Mało tego, Jezus jej pokazuje, że jej sprawa jest ważna, że to ma znaczenie...

Dziś pomyślałem o tych wszystkich sprawach, w których przestałem się modlić, bo zaczęło mi się wydawać, że tak już po prostu musi być. Ileż jest takich sytuacji, które, nie mogąc ich zmienić, staram się jakoś w swoim życiu zaakceptować. A przypominają one raczej opłakany stan kobiety od osiemnastu lat cierpiącej na swoją niemoc. Stanęły mi dziś przed oczami wszystkie moje słabości, które noszę na sobie od lat, z którymi w żaden sposób nie umiem sobie poradzić, co do których przestałem chyba wierzyć, że jakiekolwiek poradzenie sobie jest możliwe. Są takie rzeczy. A ja wobec nich, niczym ta zgięta kobieta - otępiały i bierny. Bo przecież Bóg nie odpowiada, więc widocznie tak już musi być. Nawet już nie proszę, bo to jakieś takie beznadziejne sprawy...

Dziś poprosiłem na nowo... Jeszcze bojąc się nieco na nowo budzić nadzieję, jeszcze nieśmiało z duża dozą niedowierzania. Ale przecież ta od osiemnastu lat cierpiąca na swoją niemoc kobieta nagle się wyprostowała... Więc może i ja... Kiedyś - dziś, jutro, za rok... Się wyprostuję. Bo bycie prostym jest znacznie lepsze, niż bycie przygiętym do ziemi. Zwłaszcza beznadzieją... Ta anonimowa Żydówka z synagogi może stać się źródłem nadziei dla wszystkich, którzy ją dawno stracili... I przywykli... Do patrzenia w ziemię zamiast w niebo...

poniedziałek, 27 października 2014

granice skończoności...


zdj:flickr/Paolo Cuttitta palestine/Lic CC
(Mt 22,34-40) 
Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że Jezus zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał , wystawiając Go na próbę: Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On mu odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy.

Mili Moi...
Niedziela jak zwykle pracowita. Właśnie sobie uświadomiłem, że wbrew dominującym preferencjom, ja najbardziej lubię poniedziałki, bo mogę nieco odpocząć i do następnego pracowitego weekendu daleko. Ale ten tydzień, który nadchodzi będzie bardzo pracowity, bo trzeba się wreszcie wziąć za rekolekcje dla kobiet w Chicago. Chodzę, rozmyślam, czytam, ale to wszystko mało. Trzeba usiąść i wszystko to ubrać w słowa, a to zawsze zajmuje najwięcej czasu.

Ale dzisiejsze popołudnie to również miłe spotkanie i dobre rozmowy o Bogu... Czyli najlepszy z możliwych sposób spędzania niedzieli. Nie tylko człek dzieli się tym, co mu w sercu gra, ale jeszcze korzysta słuchając innych. I może się uczyć różnych rodzajów wrażliwości. I różnego sposobu odczytywania rzeczywistości...

A to dość ważne, zwłaszcza wobec dzisiejszego tematu. Miłość pewnie dla każdego ma nieco odmienne znaczenie. Dwóch takich samych definicji nie znajdziemy. Ale może dobrze by było gdyby znalazło się ich wiele, bo próby zdefiniowania czegoś świadczą o tym, że myślimy a owa rzeczywistość ma dla nas znaczenie. Miłość niewątpliwie ma. I dla tych, którzy za nią tęsknią i dla tych, co mają jej w nadmiarze. I dla dzielących się nią i dla strzegących jej zazdrośnie.

Jedno, czego z pewnością nie da się pominąć w żadnej definicji, która przekracza baśniowe rojenia i rości sobie pretensje do bycia choć odrobinę prawdziwą, to fakt, że miłość musi być związana z czynem. Słowa, uczucia, porywy serca to mało... Fakty. Te się liczą. I granice. Dokąd ona sięga, dokąd sięga moja miłość. Czyli, innymi słowy - na co jestem gotów, do czego jestem zdolny dla kogoś, kogo obdarzam miłością. A może nie ma granic???

Tym "bezgranicznym" mogę chyba tylko pozazdrościć. Ja wciąż odkrywam w sobie tak wiele "ale"... Czy to znak, że nie kocham prawdziwie? A może znak tego, że wciąż się uczę... Miłości do Bezgranicznego. Od słów do faktów, a wszystko na mocnym, motywującym fundamencie tęsknoty... Za Tym, który pokonał wszelkie granice...

niedziela, 26 października 2014

figowiec w nas...


zdj:flickr/stuandgravy/Lic CC
(Łk 13,1-9)
W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.

Mili Moi...
No dziś zaliczyłem mały jubileusz :) 50 dni w Ameryce!!! I 3076 dzień kapłaństwa. Ale mam takie wrażenie, jakbym był tu bardzo długo. Znacznie dłużej, niż tych kilka dni. A dzień za dniem upływa... A swoją drogą - tydzień temu też mały jubileusz. Rok blogowania w tym miejscu. A w sumie już piąty...

Nie nadążam za czasem. Dziś rano polska szkoła jak w każdą sobotę. Dzieciaki tak pobudzone, że trudno nad nimi zapanować. Chyba lepiej jak pada deszcz, wtedy są nieco bardziej senne :) Później, po chwili przerwy film "Gabriel", na który wybraliśmy się do "kina" pod kościołem. W tym samym czasie przyjechali goście od kablówki, co to ją drzewo zerwało jak się zwaliło podczas wichury przed dwoma dniami. Trzeba z nimi było postać i uśmiechać się "na głupiego mnicha" udając że cokolwiek rozumiem z tego, co do mnie mówią. Udawanie szło dobrze, bo dopiero po pół godzinie zapytali mnie skąd jestem :) A potem Msza po angielsku, na której usłyszałem najpiękniejszy homiletyczny komplement w moim życiu, ale nie będę go przytaczał, żeby Szanowny Czytelnik nie musiał drżeć o moją cnotę pokory :) W każdym razie ucieszyło mnie to, bo to oznacza, że lud rozumie co do niego mówię, a o to chodzi...


Ale hitem dnia był nasz wieczorny udział w Balu Błękitnym, dorocznej imprezie kombatanckiej w hotelu Holiday Inn w naszej wsi. Wysoce podniosłe wydarzenie, z wprowadzeniem flag, sztandarów, z odtańczeniem Poloneza. Przy stole prezydialnym generalicja, konsul, przedstawicielka ministra i my szare żuki... Na szczęście wybroniłem się z grania na gitarze, bo mój proboszcz skłonny był mnie tam zaanonsować. Ale kiedy usłyszałem ośmiolatkę śpiewającą "Czerwone maki na Monte Cassino", to wiedziałem od razu, że tu z pewnością nie jest miejsce na występy z gitarą. Proboszcz wygłosił skromne przemówienie, a mnie wykorzystano do pobłogosławienia posiłku, który już co prawda trwał, ale... Zawsze to lepiej, jak jest pobłogosławiony. Przy okazji jednak powiało swojskością - pan konsul rodowity Lublinianin, pan pułkownik z NATO po KUL-u... Prawie jak w domu...

A w Słowie Pan wzywa do nawrócenia. Zawsze się głowię z czego najpierw. Właściwa diagnoza to połowa sukcesu. A sfer wymagających nawrócenia wcale mi nie brakuje. Dziś zobaczyłem, że potrzebuję konsekwencji i mądrego gospodarowania czasem, bo inaczej przysypie mnie nawał zajęć, które muszą być właściwie zaplanowane i rozłożone. Konsekwentnie muszę też realizować swoje postanowienia. Różne. Także te duchowe. A z poważniejszych rzeczy to pewnie warto by popracować nad miłością nieprzyjaciół, bo ostatnimi dniami przekonuję się, że mam jej ciągle mało. Oczywiście pomysłów na nawrócenie o wiele więcej, ale ich nazywanie nie zawsze jest łatwe. Ale nie da się niczego tak naprawdę ruszyć z miejsca, jeśli nie będę wiedział o czym mowa. Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu - śpiewał niegdyś Adam Nowak w "Raz, dwa trzy".

I tak pewnie jest. Pokazuje to rozmowa ogrodnika z właścicielem winnicy. Rzeczy nazywaj po imieniu - figowiec wyjaławia ziemię, wytnij go... Obłożę go nawozem. Trzy precyzyjne sformułowania, które domagają się konkretnej zmiany obecnej sytuacji. Konieczność wyboru, decyzji, ruchu - w jedną lub drugą stronę. Nie będzie żadnego nawrócenia w perspektywie stania w miejscu. Trzeba coś zrobić z figowcem w nas. Urodzajne lata pozwalają podobno zebrać z jednego drzewa 100 kilogramów owocu. Do dzieła więc... Do dzieła... Samo się nie zrobi...

piątek, 24 października 2014

wejść w ogień...


zdj:flickr/Serolynne/Lic CC
(Łk 12,49-53)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął. Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej.

Mili Moi...
Pogodę ostatnimi dniami mamy koszmarną. A że jestem niestety dość wrażliwy na jej zmiany, to odczuwam je raczej boleśnie. A to zwykle wiąże się z koniecznością włożenia większego wysiłku i nieskomplikowane nawet zadania codzienności. Dziś takim naczelnym zadaniem było skupienie dla sióstr z Newarku. Przybyły, żeby wyciszyć się, wyjść na swoistą duchową pustynię i wsłuchać się w głos Jezusa. I musze przyznać, że czyniły to z wielkim zaangażowaniem. Ogromnie je podziwiałem, bo kiedy po konferencji wystawiłem im Najświętszy Sakrament i zapytałem kiedy mam przyjść i zakończyć adorację, odpowiedziały, że... za cztery godziny. I rzeczywiście trwały przed Panem przez ten czas. Mogę się tylko uczyć takiej gorliwości i zażyłości z Najwyższym.

Drugim zadaniem dzisiejszym było stworzenie homilii niedzielnej, bo tym razem moja kolej na Msze anglojęzyczne. Boże, ile mnie to kosztuje.... Tysiące myśli, których nie umiem przelać na papier. A kiedy już je przelewam, są takie "kwadratowe", niezgrabne, niczym litery malucha stawiającego pierwsze kroki w sztuce pisania. To dla mnie prawdziwy koszmar. Nie móc się wypowiedzieć. A przy okazji upokorzenie, za które Panu Bogu dziękuję. Dotyczy ono sfery, z którą nie mam najmniejszego problemu w Polsce (tudzież wobec Polaków). Mogę stanąć wobec tłumów i mówić. Mówienie do Amerykanów zaś określam jako najbardziej stresujące wydarzenie tygodnia. Wiedziałem, że tak będzie już zanim tu przyjechałem. Ale jestem Panu Bogu wdzięczny, bo tylko takie wydarzenia mogą mi pomóc zrozumieć czym jest pokora.

A Słowo zrodziło we mnie dziś niezwykłe pragnienie. Tak silne. A związane z jednym słowem - ogień. Pan mówi, że przyszedł ogień rzucić na ziemię i pragnie, aby on już zapłonął. I ten ogień dziś zobaczyłem. I siebie w nim - to właśnie treść mojego pragnienia. Ponieważ na razie mam takie wrażenie, że stoję blisko, ale jeszcze nie w ogniu. Ponieważ decyzja na wejście w ogień zmienia wszystko. Ogień bowiem pochłania i ten, który weń wchodzi sam staje się ogniem. Jednocześnie ów ogień spala wszystko czyniąc z człowieka wyłączną własność Boga. Wtedy nie ma już nic. jest tylko On. Dlatego, żeby się na to zdecydować, trzeba znać Jego wartość, wybrać Boga, a porzucić wszystko, co Bogiem nie jest. I to jest próg mistyki...

To rzeczywiste i prawdziwe przejście z przeciętności do świętości. Podwójny zysk. Poza Bogiem bowiem, natychmiast zyskuje się wrogów, którzy są niezwykle potrzebni, bo pozwalają zweryfikować realność tego ognistego zjawiska. Człowiek płonący staje się dużym problemem. Tak naprawdę dla wszystkich. Płonąc razi blaskiem ognia... To takie trudne do zniesienia dla żyjących w półmroku... A on sam? Doświadcza tego żaru, który może być zrozumiany tylko przez Jego twórcę. Ma tylko Boga, bo człowiek nie rozumie, choćby bardzo chciał i bardzo się starał. Ogień czyni go samotnym w Bogu i dla Boga. Ogień wprowadza na drogę bez odwrotu. On nie może się cofnąć, ponieważ wyjście z płomienia oznacza przerażające i nigdy nie gojące się oparzenia. Wieczną tęsknotę za czymś bezmyślnie utraconym. Wejście w ten ogień wiąże się z obraniem jednego kierunku i podążaniem w głąb. Aby zostać spopielonym. Aby zniknąć ostatecznie w tym, który Jest...

Ale, żeby wejść w ogień, trzeba pokonać strach, którego we mnie jeszcze wiele... Ale pojawiło sie pragnienie. Takie silne. Zapłonęło we mnie... Wejść w ogień i stać się ogniem...

czwartek, 23 października 2014

czas... na wysiłek...

zdj:flickr/mbgrigby/Lic CC
(Łk 12,39-48)
To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich? Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą.

Mili Moi...
No i znów dzień umknął niemal niezauważalnie... Choć rozpoczęło się dziś coś niesłychanie ważnego. Mianowicie rozpoczęliśmy rekolekcje ewangelizacyjne we wspólnocie Odnowy w Duchu Świętym Ain Karim w Bridgeport. Każde takie rekolekcje cieszą mnie okrutnie, ale te dzisiejsze są szczególne, bo dotyczą właściwie członków wspólnoty, zwłaszcza tych, którzy nigdy wcześniej ich nie przeżyli, a takich mamy zdecydowaną większość. Mam nadzieję, że będzie to dla nich piękne doświadczenie, a i dla mnie, bo po raz kolejny mogę stać się narzędziem poprzez które Pan wyrywa ludzi z jakiegoś marazmu, bierności, przeciętności i zaprasza do wielkiej bliskości. Oczywiście nie twierdzę, że to jedyna droga, na której się to dokonuje, ale właśnie na takiej mnie Pan Bóg postawił i polecił mi pracować. Wszystko sie układa dobrze. Animatorów mamy tylu, ilu potrzeba, żeby stworzyć grupy dzielenia, a rozpoczęliśmy dziś w 22 osoby.

Poza rekolekcjami - codzienność. Trochę sprzątania, odpisywanie na maile, zakupy... A to wszystko pożera czas. Przeczytałem dziś pięć stron. Dosłownie pięć... I to mnie martwi, bo terminy mnie gonią. Ale ufam, że po niedzieli przykuje się do biurka i od niego nie odejdę... Taka mała obserwacja mi się rodzi, że kiedy mieszkałem w Lublinie, a jedynym moim zadaniem było pójść na uczelnię, lub przytargać zakupy w plecaku z pobliskiego sklepu, troszkę posprzątać w mieszkaniu, raz w tygodniu zrobić pranie, to... WYDAWAŁO MI SIĘ, że nie mam czasu. Zupełnie podobnego uczucia doznałem po wyjściu z seminarium, kiedy trafiłem do pracy parafialnej. Tam zrozumiałem lepiej co to znaczy nie mieć czasu. I teraz temat sie powtarza. Zacząłem się już zastanawiać nad właściwym gospodarowaniem tymi czasowymi zasobami. Ale na razie nic mi z tej refleksji nie wychodzi... :)

Tym bardziej, że w dzisiejszym Słowie słyszę zachętę do starania się, do nie ustawania w wysiłkach. Czuwanie i świadomość, że Pan może wrócić w każdej chwili mają stać się źródłem nieprzerwanego wysiłku, żeby swoje zadania zrealizować dobrze. Tym lepiej, im ważniejszych rzeczy dotyczą. A trudno mi sobie wyobrazić ważniejsze zadanie w moim życiu, niż praca dla zbawienia dusz. Kiedy czasem czytam sobie różne wskazania wielkich świętych dla kapłanów, to widzę jak wiele mi jeszcze brakuje do zrealizowania nawet najbardziej rozsądnych ideałów. Nie mówiąc o rzeczywistościach heroicznych... Wciąż sam ocieram się o kapłańskie przeciętniactwo, co czasem mnie głęboko zawstydza. Choćby to gospodarowanie czasem (którego się dziś uczepiłem). Z ogromnym podziwem patrzę na mojego najlepszego przyjaciela z liceum - Dawid obronił doktorat z ekonomii pracując zawodowo i dzieląc czas pomiędzy żonę i dwójkę dzieci. Moja najlepsza przyjaciółka z liceum, Kaśka, dziś zdała lekarski egzamin specjalizacyjny. W ostatnich miesiącach każdą wolną chwilę spędzała w bibliotece, normalnie pracując zawodowo, wychowując dziecię i dbając o męża. To są dla mnie herosi... A ja nie mam czasu się pomodlić dobrze, nie mam czasu stworzyć rekolekcji, nie mówiąc już o pisaniu doktoratu... Ksiądz, zakonnik, którego życie winno być uporządkowane i usystematyzowane... Ale to niestety chyba tylko w baśniach o księżach, bo na pewno nie w realnej historii dwóch duszpasterzy na małej, wdzięcznej, ale wymagającej dość dużej pracowitości parafii w Bridgeport. Może trzeba ten stan zaakceptować. Co nie zmienia faktu, że trzeba się wciąż starać. Bo żeby dobrze pracować dla zbawienia dusz, trzeba najpierw zadbać o swoją własną. Bo żeby innym pomóc w realizacji ich planów, trzeba najpierw ogarnąć swoje. Bo żeby innych uczyć jak szukać, znajdować i realizować wolę Boża, trzeba się nią najpierw zachwycić w swoim życiu. I to tak bardzo się nią zachwycić, żeby każdego dnia wychodzić z wszelkich form przeciętniactwa ku temu "więcej", które wskazuje Pan.

Bo żeby... Bo żeby... Bo żeby...

Trzeba tylko chcieć...