środa, 5 sierpnia 2015

tajemnica...


zdj:flickr/Sergio Pani/Lic CC
(Mt 14,22-36)
Skoro tłum został nakarmiony, Jezus zaraz przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Wtedy Jezus odezwał się do nich: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”. Na to odpowiedział Piotr: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”. A On rzekł: „Przyjdź”. Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: „Panie, ratuj mnie”. Jezus natychmiast wyciągnął rekę i chwycił go, mówiąc: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?” Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: „Prawdziwie jesteś Synem Bożym”. Gdy się przeprawili, przyszli do ziemi Genezaret. Ludzie miejscowi, poznawszy Go, rozesłali posłańców po całej tamtejszej okolicy, znieśli do Niego wszystkich chorych i prosili, żeby przynajmniej frędzli Jego płaszcza mogli się dotknąć; a wszyscy, którzy się Go dotknęli, zostali uzdrowieni.

Mili Moi...
No i rzeczywiście pomógł mi Pan dziś rozeznać mój ewentualny udział w pieszej pielgrzymce do amerykańskiej Częstochowy. A stało się to dokładnie o 5.45 rano, kiedy zadzwonił telefon. Raczej rzadko dzwoni o tej porze. W słuchawce zapłakany głos z prośbą, żebym przyjechał do szpitala namaścić tatę, bo chyba nie przeżyje. Nasz parafianin, T, jeszcze wczoraj jadł śniadanie z żoną, a już dziś, wszystko na to wskazuje, znalazł sie u progu wieczności. Kiedy wróciłem ze szpitala, stało się dla mnie zupełnie jasne, ze nie mogę tak po prostu wyruszyć w pielgrzymce, pozostawiając miejsce, w którym czasem dokonują się rzeczy decydujące o życiu, czy śmierci... i to tej wiecznej. Dziś, w dzień świętego proboszcza, Jana Marii Vianneya pojąłem, że parafia to miejsce, w którym ksiądz być musi... Zawsze. Decyzja więc nie nastręczała mi już większych trudności. Zostaję.

Ale co do pielgrzymek, to  temat wcale się nie wyczerpał, ponieważ, jak wspominałem, rozmyślam o przyszłorocznym wyruszeniu do Santiago de Compostella. To jeszcze dość mglista myśl, ale jedno wiedziałem, że nie bardzo chciałbym iść sam. Dziś zdzwoniliśmy się z moim rocznikowym przyjacielem, werbistą Maciejem, który aktualnie wakacyjnie pracuje w Szkocji i całkiem poważnie zaczęliśmy planować tę wyprawę wspólnie. Może więc znalazłem pielgrzymkowego kompana. I mam z tego całkiem dużo radości, choć to jeszcze bardzo odległe terminy. Jeśli Pan pozwoli nam dożyć i cieszyć się jako takim zdrowiem, to może przed nami łaska pielgrzymowania zupełnie innego rodzaju, niż dotychczas.

A uczniowie byli dziś posłuszni Panu i... znaleźli się w kłopotach. On im kazał płynąć, On nalegał. A teraz, kiedy miotani falami nie mogą sobie dać rady, Jego nie ma. I wcale szybko nie nadchodzi. Wszak dopiero o czwartej straży nocnej (czyli między 3, a 6 rano). Całą noc zdają się walczyć sami. Ależ to nasze, ludzkie...

Panie Jezu, Ty mi kazałeś, Ty mnie tu przyprowadziłeś, Ty mnie niemal zmusiłeś, a teraz, kiedy cierpię, Ciebie nie ma. Jak możesz? Przecież byłem posłuszny. Przecież pełnię Twoją wolę. Przecież tak się staram.

I nagle pojawia się... Wyłania się z mgły. Postać o niejasnych konturach. On, czy nie On? Zjawa? Duch? O Boże... Chwila lęku... Chwila ciągnąca się w nieskończoność. Chwila paraliżu i bezradności. No bo cóż możemy zrobić? Gdzie uciekać? I ten znajomy głos... Stanowczy. Pewny. Przedzierający się przez ten cały chaos...

A potem próba... Jeśli to Ty... To niech się stanie coś absurdalnego. Jakiś znak. Cud. Coś, co nie mogłoby się inaczej wydarzyć (jakby chodzenie po wodzie Mistrza było czymś zbyt małym). Każ mi... Tak jak kazałeś odpłynąć. Teraz każ mi przyjść. Pośród chaosu. Po... wodzie...

I wyrusza... Powoli. Niepewnie. A potem już prawie biegiem. Ale ten wiatr... Ten koszmarny podmuch. Gwizd. Szarpnięcie. I nie ma już Jego wzroku. Utonęło posłuszeństwo. Zniknęło pod wodą zaufanie. Nie ma człowieka... A właściwie nie byłoby... Gdyby nie ostatnim tchem wyrzucone - RATUJ... I znów Jego oczy są blisko... I tylko to pytanie - czemu? Czemu? Małej wiary... Jak zawsze. Znowu.

Człowiek... Tajemnica...

wtorek, 4 sierpnia 2015

nie będziesz głodny...


zdj:flickr/Cary and Kacey Jordan/Lic CC
13 Gdy Jezus to usłyszał, oddalił się stamtąd w łodzi na miejsce pustynne, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim pieszo. 14 Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych. 15 A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: "Miejsce to jest puste i pora już spóźniona. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności!" 16 Lecz Jezus im odpowiedział: "Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!" 17 Odpowiedzieli Mu: "Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb". 18 On rzekł: "Przynieście Mi je tutaj!" 19 Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. 20 Jedli wszyscy do sytości, i zebrano z tego, co pozostało, dwanaście pełnych koszy ułomków. 21 Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci. (Mt 14, 13-21)

Mili Moi...
Arcybogaty w wydarzenia weekend za nami. Ufam i mam szczerą nadzieję, że ci, którzy byli, napełnili się duchowo nową mocą i pozwolili Jezusowi mówić do swoich serc. Ksiądz Michał Olszewski mówi spokojnie i prosto. I pewnie to urzeka jego słuchaczy. A słucha się rzeczywiście z przyjemnością. Wszystkie zaplanowane punkty zostały zrealizowane. Dużym wysiłkiem, ale warto było...

A ja dziś w związku z tym nieco odpoczywam. Ale tylko nieco. Bo kilka dobrych rzeczy udało mi się dziś zrobić. Ale na horyzoncie pojawiło się również coś takiego jak piesza pielgrzymka do amerykańskiej Częstochowy. Oczywiście wiem o niej nie od dziś, ale nie zamierzałem brać w niej udziału, z bardzo prostej przyczyny - jestem sam na parafii, która musi funkcjonować. Ale pojawił sie pomysł, żeby poprosić kogoś o pomoc, a samemu jednak ruszyć w czterodniowy marsz. I dziś taką próbę podjąłem. I właściwie gdybym się bardzo, ale to bardzo uparł, to może coś by się dało zrobić. Ale sprawa jest niesłychanie skomplikowana. Rozeznając zdałem sobie sprawę, że nie uda mi się być wszędzie i spełnić wszystkich oczekiwań (a przy tym również swoich pragnień). Dojrzewam powoli do tej prawdy, że trzeba się liczyć z możliwościami i robić tyle, ile jest możliwe. Bez naciskania i wymuszania czegokolwiek na Bogu. Może tym razem moje pozostanie z parafią będzie wyrazem dojrzałej troski... No, prześpię się z tym jeszcze...

A Jezus dziś zdaje się mówić do tych, którzy spędzili z Nim dzień - zadbam o was, niczego wam nie zabraknie. Ten pomysł Apostołów z zakupieniem żywności kiepski... Bo ani wioski nie gotowe na przyjęcie tak wielkiej grupy ludzi, ani wieczorem chleb nie do kupienia (pieczono go tyle, żeby spożyć w jeden dzień). A Jezus mówi - przynieście mi wasze ludzkie pomysły wraz z tym, co macie. Bo mnie pojęcia "niewiele", czy "nie wystarczająco" wcale nie ograniczają...

Miotacie się, szukacie rozwiązań, wyrywacie sobie włosy z głowy, przeprowadzacie "burze mózgów", a ostatecznie i tak kapitulujecie. Zacznijcie ode mnie i zaufajcie mi, że to, co ja dla was mam, z cała pewnością wam wystarczy. Nie będzie zbytku... Nie będziecie wyrzucać jedzenia... Nie spełnicie wszystkich waszych kaprysów i zachcianek... Ale będziecie syci... I będziecie mieli mnóstwo czasu na budowanie relacji ze mną i na budowanie Królestwa Bożego w świecie...

Jeśli zaś wybierzecie samotną walkę, będziecie odkładać do dziurawego worka. Nic was nie nasyci i nigdy nie będziecie mieli dość. A szczęście będzie zawsze poza waszym zasięgiem...

A wybór tylko pozornie jest prosty...



niedziela, 2 sierpnia 2015

nie milczeć...



Mt 14, 1-12
W owym czasie doszła do uszu tetrarchy Heroda wieść o Jezusie. I rzekł do swych dworzan: «To Jan Chrzciciel. On powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze działają w nim». Herod bowiem kazał pochwycić Jana i związanego wrzucić do więzienia. Powodem była Herodiada, żona brata jego Filipa. Jan bowiem upominał go: «Nie wolno ci jej trzymać». Chętnie też byłby go zgładził, bał się jednak ludu, ponieważ miano go za proroka. Otóż kiedy obchodzono urodziny Heroda, tańczyła córka Herodiady wobec gości i spodobała się Herodowi. Zatem pod przysięgą obiecał jej dać wszystko, o cokolwiek poprosi. A ona, przedtem już podmówiona przez swą matkę, powiedziała: «Daj mi tu na misie głowę Jana Chrzciciela». Zasmucił się król. Lecz przez wzgląd na przysięgę i na współbiesiadników kazał jej dać. Posłał więc kata i kazał ściąć Jana w więzieniu. Przyniesiono głowę jego na misie i dano dziewczęciu, a ono zaniosło ją swojej matce. Uczniowie zaś Jana przyszli, zabrali jego ciało i pogrzebali je; potem poszli i donieśli o tym Jezusowi.

Mili Moi...
Od wczoraj w naszej parafii gościmy księdza Michała Olszewskiego, znanego rekolekcjonistę i ewangelizatora. Rozpoczęliśmy nasze ćwiczenia duchowe od Eucharystii dla wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym, którą sprawowaliśmy wczoraj. Po niej wylądowaliśmy w gościnie u D, gdzie jadłem sałatkę greką przyrządzoną przez jej męża, Greka... Czegoś takiego nigdy wcześniej nie spotkałem... Przepyszne.

A dziś po południu Msza Święta po angielsku i homilia tłumaczona na angielski. Podziwiałem wprawę tłumaczki, zwłaszcza, że jest to jednak język "branżowy" i rzadko kto po angielsku zna słówka typu "Wieczernik", czy "przeistoczenie". Po Mszy spotkanie dla młodzieży, a wieczorem Msza z Modlitwą o Uzdrowienie. Jesteśmy więc o tej wieczornej porze doskonale wymęczeni, ale szczęśliwi, bo nieco ludzi odpowiedziało na to nasze zaproszenie i kościół był prawie pełen. Niech łaska Boża się szeroko rozlewa i dotyka wszystkich...

A historia Jana Chrzciciela przypomina mi o konieczności wyrazistości, nawet wbrew sympatiom ludzkim. Kiedyś było mi łatwiej. Pamiętam czasy liceum, kiedy naprawdę nie miało znaczenia co i kto będzie sobie o mnie myślał. Konsekwencja i radykalizm jawiły mi się jako rzeczy proste. Dziś już nieco inaczej. Może dlatego, że człek dojrzał. Może dlatego, że pojął nieco kapłańską odpowiedzialność za innych, których trzeba przyciągać do Chrystusa. Niemniej dziś pojawiła się myśl o prawdzie, której nie można zamknąć ust. I to przyciąganie do Jezusa nigdy nie może dokonywać się wbrew niej, czy obok niej.

Prawda musi być głoszona - wprost i bez ubierania jej w kolorowe piórka. Jan mówił jasno - nie wolno ci mieć cudzej żony. Nie dbał o siebie. Dbał o prawdę, która nie pochodziła od niego. Ale on był jej stróżem i obrońcą. Głosicielem. Prorokiem. Wszyscy mamy nimi być, na mocy misji prorockiej Jezusa, w której uczestniczymy. I to Jego prawdę mamy nieść temu światu. Wykluczone więc milczenie. Ale również wykluczona wybiórczość - głoszę całą prawdę, a nie tylko tę jej wygodną część, tę, której sam jestem w stanie sprostać. Przyznacie, że to trudne... Ale mam pewność wewnętrzną, że warto. Bo Prawda wyzwala, zbawia, ratuje, uświęca...

Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem - mówi Pan...

czwartek, 30 lipca 2015

nie zgubić Jezusa w kuchni...


zdj:flickr/Petras Gagilas/Lic CC
(Łk 10,38-42)
W dalszej ich podróży przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła. A Pan jej odpowiedział: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba  tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona.

Mili Moi...
No i przeforsowałem się chyba trochę... Już lata jednak nie te i nie da się zgrywać bohatera... Pięć ton śmieci w sobotę (tak, bo dziś już wiemy ile tego było) i wielkie sprzątanie zakrystii w poniedziałek zrobiły swoje. Wczorajszy dzień w fotelu... Ani ręką, ani nogą ruszyć... Ani spać, ani czytać... No generalnie boleść. Ale się zregenerowałem i dziś mógłbym już następne miejsca oczyszczać. Skądinąd zrobiłem małą robótkę - przedsionki kościelne, w których częstokroć lądują wszelkie świętości, z którymi lud nie wie co zrobić. A przy tym i naszych materiałów mocno już nieaktualnych nieco się nazbierało.

Wczoraj tez nie mogłem sobie zupełnie znaleźć miejsca z innej przyczyny. A mianowicie - wyruszyła z Elbląga nasza, franciszkańska piesza pielgrzymka na Jasną Górę... Tyle lat wspomnień stanęło mi przed oczami. I choć już w zeszłym roku nie szedłem, to w tym... zrobiło mi się strasznie smutno. Oni tam, w drodze, do Mamy... A ja tu... worki ze śmieciami przerzucam. I o ile rzadko miewam jakiekolwiek chwile tęsknoty za Polską, to wczoraj był właśnie ten dzień. Pielgrzymka (tamta pielgrzymka) to jest jedna z niewielu rzeczywistości, których mi naprawdę brakuje. Wczoraj przekonałem się jak bardzo.

A dzisiejsza patronka, święta Marta? Ona musiała być... Polką :) Czy jest gdzieś na świecie jakiś inny naród, w którym kobiety z taką pieczołowitością starają się ugościć przybysza, jak robią to w Polsce? A nie było to łatwe zadanie. Trzeba uświadomić sobie, że wraz z Jezusem przybyło Dwunastu Apostołów, a kto wie ilu jeszcze towarzyszących Mu... I co się dzieje?

No jak to w Polsce :) Gość siada, a pani domu znika w kuchni. Gość niezapowiedziany (telefonów komórkowych wówczas jeszcze nie było), więc wszystko trzeba zaczynać od zera i przygotować coś trzeba naprędce. No więc praca wre... A gość siedzi... Wjeżdża pierwsze danie... Gość siedzi, pani domu biega... Potem się zbiera talerze. Pani domu rzecz jasna w kuchni dogląda już drugiego dania. Wjeżdża drugie... Pani domu gdzieś znika... Aaaaa... jest... w kuchni... Szykuje deser... Gość siedzi... Wjeżdża deser... Pani domu zbiera dziarsko talerze... I kiedy już właśnie ocierając pot z czoła ma zamiar dołączyć do gościa, ten... właśnie wstaje, bo musi już iść...

Mogłoby tak się stać? Oczywiście... Czy się stało? Nie wiemy... Wiemy jedno. Marta miała wszelkie szanse, żeby zgubić istotny cel tej wizyty. Pośród garnków i kuchennych przypraw. A On jej uświadamia, że przyszedł z nimi pobyć, a nie się u nich najeść (o jak chciałbym, żeby to zrozumiały wszystkie panie domu). Pobyć ze sobą nie równa się zasiąść przy suto zastawionym stole, którym gospodarze się nie umieją często ucieszyć, bo siadają do niego zmęczeni, a goście z cała pewnością by się bez niego obeszli...

Ale jak to tak? O suchym pysku? Tak... Właśnie tak... Pobyć, posłuchać, porozmawiać, budować relację... Zwłaszcza, kiedy przychodzi Jezus. Przecież On ma tyle do powiedzenia. Co więcej, nie broni słuchać kobietom (jak inni ówcześni nauczyciele - mawiano wszak, że Tora wolałaby spłonąć, niż być powierzona kobiecie). Ten Jezus tak blisko, a pokusa "gościnności" jednak silniejsza... Wiele trosk, wiele zabiegów, wiele wysiłków i wszystko na nic?

No może nie tak całkiem na nic... Pewnie coś tam ostatecznie zjedzono. Ale Jezus chciał nauczyć Martę jednego... Rozeznawania. Nie ma w życiu nic ważniejszego, niż słuchanie Jego. Zwłaszcza, kiedy przychodzi w gości...

wtorek, 28 lipca 2015

bogowie...


zdj:flickr/JasonBechtel/Lic CC
(Mt 13,31-35)
Jezus opowiedział tłumom tę przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach. Powiedział im inną przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło. To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. Tak miało się spełnić słowo Proroka: Otworzę usta w przypowieściach, wypowiem rzeczy ukryte od założenia świata.

Mili Moi...
Dziś zrealizowałem jedno z marzeń sprzed niemal roku... Otóż posprzątałem zakrystię kościelną (jedną z dwóch). Dziesięć worków śmiecia wszelakiego wylądowało w kontenerze. Dotychczasowy chaos miał wielu ojców. Każdy coś dorzucał i z szuflad się wysypywało... Teraz jest tam tak czysto, że aż sam boje się wchodzić :) Kosztowało mnie to jednak ogromnie dużo wysiłku. A przede mną jeszcze jedna zakrystia, ministrancka, też w nienajlepszym stanie :)

Potem chwila przerwy, a pod wieczór wynoszenie gruzu z polskiej szkoły, gdzie wyburzane są niektóre ściany, żeby w połączonych klasach mogło się zmieścić więcej dzieci. Ja co prawda pełniłem tam tylko rolę pomocniczą. Dwaj zacni parafianie dokonali dzieła... Doby słuch i dobre serce mają... Wczoraj w kościele zapraszałem do pomocy wszystkich. A ci dwaj usłyszeli...  Podejrzewam, że dokładnie tak samo jest z moimi kazaniami :)

A dziś w pierwszym czytaniu mowa o Izraelitach czczących złotego cielca... Tak sobie pomyślałem, że otaczająca nas rzeczywistość pełna jest podobnych grzechów, a może i gorszych jeszcze. Bo Izraelici przynajmniej stworzyli sobie bożka, za którym chcieli podążać. Dziś człowiek o niczym takim nie myśli. Sam dla siebie jest bogiem... Ale żeby tylko dla siebie... Chce być bogiem dla innych. Ale trudno mu, bo inni też chcą być bogami. Nie ma więc za bardzo na kim objawiać swoje władzy i potęgi. Wybiera więc najsłabszych i bezbronnych - niszcząc życie i "tworząc" je według własnych reguł... W takim świecie żyjemy. I można nań narzekać...

Ale można też uwierzyć w moc Ewangelii, która nic nie straciła na swojej sile i nadal jest "pełna Boga" - jedynego i prawdziwego Boga. Z tym Bogiem warto iść do tego właśnie świata i zobaczyć cuda... W każdej amerykańskiej diecezji przed Wielkanocą zwykle kilkaset osób przygotowuje się do przyjęcia chrztu w Kościele Katolickim. Odkrywają oni, że zapowiedziane Królestwo powoli, ale konsekwentnie w Nim się realizuje... Bóg objawia potęgę drzemiącą w małym, ewangelicznym ziarnie... Trafia do serc na tak wielu różnych drogach... Jest twórczy i nigdy nie marnuje okazji...

To my je marnujemy, podczas gdy Boża historia, historia Jego Królestwa trwa...

poniedziałek, 27 lipca 2015

my, wierzący...


zdj:flickr/« R☼Wεnα »/Lic CC
(J 6,1-15)
Jezus udał się za Jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. Szedł za Nim wielki tłum, bo widziano znaki, jakie czynił dla tych, którzy chorowali. Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha. Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą do Niego, rzekł do Filipa: Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili? A mówił to wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co miał czynić. Odpowiedział Mu Filip: Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać. Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu? Jezus zatem rzekł: Każcie ludziom usiąść! A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy. Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło. Zebrali więc, i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, które zostały po spożywających, napełnili dwanaście koszów. A kiedy ci ludzie spostrzegli, jaki cud uczynił Jezus, mówili: Ten prawdziwie jest prorokiem, który miał przyjść na świat. Gdy więc Jezus poznał, że mieli przyjść i porwać Go, aby Go obwołać królem, sam usunął się znów na górę.

Mili Moi...
No niedziela samodzielnych działań parafialnych za mną... Mocno to napinające - żeby ze wszystkim zdążyć, żeby o niczym nie zapomnieć (a i tak windy przykościelnej nie uruchomiłem). Ale jakoś nam to wszystko się udało... Pogoda brzydka, to i ludzi więcej w kościele. Niezależnie od przyczyn, to cieszy...

Dziś goście... Jak to miło, kiedy ktoś człeka nawiedzi... Siostra Dorota z Newarku przybyła wraz ze swoją rodzoną siostrą. Przyjechała podziękować za całoroczne dni skupienia, bo niedługo rozpoczyna pracę w Chicago i pewnie długo się nie zobaczymy. Poszliśmy na sympatyczny obiadek, a w restauracji kolejna miła niespodzianka - podszedł do mnie człek, Polak, który powiedział, że przyjeżdża do naszego kościoła z żoną od jakiegoś czasu, mimo że inny kościół mają bliżej, ale bardzo im się podoba sposób prowadzenia przez nas parafii, a zwłaszcza to jak mówimy do ludzi... Ucieszyłem się, bo to znak, że nasza wizja (ojca proboszcza i moja) dociera do serc.

A dziś myślę sobie o poziomie wiary wśród tych tłumów otaczających Jezusa. Jak bardzo różny on tam pewnie jest. Ale wydaje się, że najbardziej wierzący (jeśli można taką kategorię stworzyć) są, czy też powinni być Apostołowie. Wszak to oni z Jezusem najczęściej przebywają, najczęściej Go słuchają. To ich formuje i uczy wszystkiego. Nic więc dziwnego, że to im właśnie przedstawia problem do rozwiązania. I tu niespodzianka...

Filip zaczyna kombinować po ludzku... Ile pieniędzy potrzeba do nakarmienia tego tłumu. Gdybyśmy je mieli, to może coś dałoby się zrobić. Innymi słowy - widzisz Panie Jezu, jesteśmy biedakami i nie mamy im co dać jeść... Na szczęście jest Andrzej, który zapala iskrę nadziei i mówi - jest tu chłopiec, który ma nieco jedzenia... Niestety iskra jak szybko zabłysła, tak szybko i zgasła. Pojawiło się bowiem najbardziej destrukcyjne dla wiary słówko. Krótkie i zdradliwe - słówko "ALE"... Bo to przecież niemożliwe, żebyśmy taką ilością nakarmili kogokolwiek...

Ręce opadają... Ile cierpliwości musi wykazać Jezus wobec tej "jedwabnej" wiary (szlachetnej, ale zimą się człek jedwabiem nie ogrzeje - mało więc funkcjonalny). Ale jest cierpliwy... I dokonuje kolejnego cudu. Również dla tych "wierzących" Apostołów, bo i oni jedli z tego chleba...

Może to obraz nas samych... Falujących... Przekonanych o swojej wierze... Rozgadanych o niej... I zawodzących wobec konkretnych problemów, które właśnie w świetle wiary rozwiązać trzeba... Zawstydzeni... Bo Pan powiedział... A myśmy znowu nie usłyszeli...

niedziela, 26 lipca 2015

gdzie usiąść?


zdj:flickr/svenwerk/Lic CC
(Mt 20,20-28)
Matka synów Zebedeusza podeszła do Jezusa ze swoimi synami i oddając Mu pokłon, o coś Go prosiła. On ją zapytał: Czego pragniesz? Rzekła Mu: Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie. Odpowiadając Jezus rzekł: Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić? Odpowiedzieli Mu: Możemy. On rzekł do nich: Kielich mój pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej i lewej, ale [dostanie się ono] tym, dla których mój Ojciec je przygotował. Gdy dziesięciu [pozostałych] to usłyszało, oburzyli się na tych dwóch braci. A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł: Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu.

Mili Moi...
Nie wiem jak się dziś nazywam, ale jestem ogromnie szczęśliwy, bo w trzy godziny udało się zrobić coś, co, sądziłem że zajmie wieczność całą. Otóż w środę na spotkaniu wspólnoty Odnowy poddałem pomysł wysprzątania piwnicy w budynku polskiej szkoły. Tony gratów zalegające w podziemiach. Wiele z nich pewnie pamiętających czasy Kennedy'ego. Ludzie we wspólnocie odpowiedzieli natychmiast i dziś spora grupa przybyła gotowa do pracy. Piękni ludzie... Dali swój czas i siły. A praca była naprawdę ciężka. Niemniej dokonaliśmy czegoś wielkiego w bardzo krótkim czasie. I wszystkim pracującym należą się wielkie podziękowania. W tym właśnie siła prawdziwej wspólnoty... Można na nią zawsze liczyć.

Po robocie chwila na przygotowanie do Mszy... A z radością stwierdziłem, że pod drzwiami oczekiwały na mnie dziś cztery paczki, które wysłałem sam do siebie z Polski. Wszystkie zawierały przedmioty przydatne w kościele, które zakupiłem podczas pobytu w Polsce. Przed Mszą więc zainstalowałem nowe świece, nowe lampki oliwne przy figurach świętych, nową "bieliznę kielichową". Takie małe rzeczy, a sprawiły mi ogromnie dużo radości. (Nie mówiąc już o imbryku na kawkę który przeprowadza się ze mną od lat, a który również znalazł się w jednej z paczek. Od jutra piję kawkę, z którą nic, co dotąd piłem w Ameryce równać się nie może).

Po Mszy natomiast wielkie święcenia aut. A że Amerykanie to naród zmotoryzowany, to cały kociołek wody święconej wychlapałem. Tym bardziej, że każdy chciał, żeby na jego samochód choć trochę kapnęło... Jutro kontynuacja po każdej Mszy... Choć tydzień temu podczas ogłoszeń zapowiedziałem święcenie pokarmów. Wprawdzie się poprawiłem, ale kto wie - może jutro i jakieś koszyczki z jajkiem i kiełbasą sie znajdą...

A po Mszy jeszcze niemal dwugodzinne spotkanie w gronie poszerzonej rady parafialnej w sprawie wrześniowego odpustu. Moc dyskusji i dzielenie obowiązków i posług. Wróciłem do domu... I jeszcze kazanie po polsku na jutro... No i właściwie dzień uznać należy za dopełniony...

No może warto wspomnieć jeszcze o jednej radosnej wiadomości. Na 99% we wrześniu będziemy w naszej parafii gościć o. Boshoborę. Tak, tego ze stadionu narodowego... Teraz będzie taki "stadion narodowy w kościele w Bridgeport". Nie jest to jego pierwsza wizyta w naszej parafii, ale tym nam milej, że sam chciał do nas przyjechać. Upomniał się o nasza parafię, bo stwierdził, że tam ludzie na niego czekają. Dostaliśmy więc wiadomość i tak to wszystko nabiera tempa. Ewangelizacja więc na potęgę...

Przyda się nam wszystkim, żeby nie przychodziły nam do głowy pomysły podobne do tego wyrażonego dziś wobec Jezusa przez matkę Jakuba i Jana... Służyć, a nie panować; dawać życie, a nie zyskiwać przewagę; poddać się całkowicie Bogu, a nie dążyć do swoich celów i ludzkiej niezależności... Oto logika chrześcijaństwa tak różna przecież od logiki tego świata.

Kiedy Jakub i Jan deklarują, że rozumieją, chyba jednak niewiele jeszcze pojmują. Ale przyjdzie dla nich czas... I wszystko stanie się jasne. A wówczas ich dzisiejsza decyzja się obroni. Tyle, że oni już nie będą skupieni na drobiazgach. A już na  pewno nie na tym kto i gdzie będzie siedział...