niedziela, 21 września 2014

konteksty...


zdj:flickr/OakleyOriginals/Lic CC
(Łk 8,4-15)
Gdy zebrał się wielki tłum i z miast przychodzili do Niego, rzekł w przypowieściach: Siewca wyszedł siać ziarno. A gdy siał, jedno padło na drogę i zostało podeptane, a ptaki powietrzne wydziobały je. Inne padło na skałę i gdy wzeszło, uschło, bo nie miało wilgoci. Inne znowu padło między ciernie, a ciernie razem z nim wyrosły i zagłuszyły je. Inne w końcu padło na ziemię żyzną i gdy wzrosło, wydało plon stokrotny. Przy tych słowach wołał: Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha! Wtedy pytali Go Jego uczniowie, co oznacza ta przypowieść. On rzekł: Wam dano poznać tajemnice królestwa Bożego, innym zaś w przypowieściach, aby patrząc nie widzieli i słuchając nie rozumieli. Takie jest znaczenie przypowieści: Ziarnem jest słowo Boże. Tymi na drodze są ci, którzy słuchają słowa; potem przychodzi diabeł i zabiera słowo z ich serca, żeby nie uwierzyli i nie byli zbawieni. Na skałę pada u tych, którzy, gdy usłyszą, z radością przyjmują słowo, lecz nie mają korzenia: wierzą do czasu, a chwili pokusy odstępują. To, co padło między ciernie, oznacza tych, którzy słuchają słowa, lecz potem odchodzą i przez troski, bogactwa i przyjemności życia bywają zagłuszeni i nie wydają owocu. W końcu ziarno w żyznej ziemi oznacza tych, którzy wysłuchawszy słowa sercem szlachetnym i dobrym, zatrzymują je i wydają owoc przez swą wytrwałość.

Mili Moi....
Najbardziej stresująca część tygodnia jest już za mną.... Czyli dzisiejsze poranne spotkanie z dzieciakami z polskiej szkoły i popołudniowa Msza niedzielna po angielsku. Dzieciaki zawsze mnie stresują, bo jakoś nie czuję się najmocniejszy w mówieniu do nich. Tu dochodzi jeszcze bariera komunikacyjna, bo dla wielu z nich bardziej naturalne jest porozumiewanie się po angielsku. A ja dziś miałem im wygłosić krótką katechezę po polsku. Musieliśmy więc ustalić już na początku, że owca to "sheep" i takie tam drobiazgi... Ale pośpiewaliśmy, pomodliliśmy się. Dzieciaków sporo... No będę robił tak, jak potrafię, bo jak inaczej? A popołudniowa Msza? To było dla mnie wydarzenie... W Irlandii chyba raz powiedziałem kazanie po angielsku, a tu pewnie co dwa tygodnie będę doświadczał tej radości. Starałem się odrywać oczy od kartki i uczynić z tego słowa coś ciekawszego, niż kilka prostych zdań.. No włożyłem w to całe serce... Kiedy na koniec wyraziłem nadzieję, że ludzie cokolwiek z tego zrozumieli rozległy się oklaski, co daje nadzieję, że jednak coś zrozumieli... Trochę problemów mam też z amerykańskimi melodiami z Mszału, bo są nieco inne, niż w Mszale irlandzkim. A ja mam oczywiście ambicje, żeby śpiewać ile się da. Choć moje problemy wydają się być pozorne, ponieważ jeśli chodzi o odpowiedzi, to i tak każdy śpiewa co chce, więc może jak zawsze w swoim perfekcjonizmie się zapędzam... W każdym razie dzień uważam za udany, choć kosztował mnie sporo wysiłku... Ufam jednak, że jeśli chodzi o te anglojęzyczne wyzwania, z każdym dniem będzie mniej stresu...

A myśląc dziś o poranku o Słowie, zobaczyłem siebie w nowym kontekście zasianego Słowa... Właściwie zawsze wydawało mi się, że skalista gleba mnie nie dotyczy. Czyli wiara do czasu... Gdy przychodzą doświadczenia, brak korzenia sprawia, że ona nagle znika. Ale dziś pomyślałem, że moje życie na tyle się zmieniło, że stanę pewnie wkrótce wobec takich sytuacji, które mogą obnażyć niewidzianą dotąd skalistość. Na razie bowiem nie doświadczam jakiejś wielkiej tęsknoty za krajem, za powrotem itp. Ale nie łudzę się. Te rzeczy przyjdą. Zawsze przychodzą. Prędzej, czy później. I co wówczas? Czy wystarczy mi wiary, żeby trwać? Czy też może wobec pokruszonej skały mojego serca będę musiał powiedzieć - nie daję rady? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie... Modlę się, żeby Pan prowadził mnie tak, jak sam zechcę. Ale jedna obserwacja jest dla mnie istotna - konteksty życia się zmieniają. Dlatego nawet najbardziej znane fragmenty biblijne mogą już jutro brzmieć inaczej. Czytajcie Słowo... Bo Ono jest zawsze świeże! Pan przychodzi i egzaminuje nasze serce. Nie po to rzecz jasna, żeby nas pognębić, ile raczej pokazać jak wiele jest jeszcze do zrobienia. W Bożym świecie bowiem skały stają się żyzną glebą, ciernie przestają dławić cenne kłosy, a ptaki... Ptaki wzlatują pod niebo, gdzie On je uczy, co mają robić... Jeśli czytasz Słowo, pouczy i Ciebie...

sobota, 20 września 2014

bp. Frank Caggiano...


zdj:http://www.bridgeportdiocese.com/index.php/ourbishop/biography
(Łk 8,1-3)
Jezus wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które uwolnił od złych duchów i od słabości: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia.

Mili Moi....
No dzisiaj prawdziwe horrendum... Pod koniec naszych modlitw w kaplicy, jak coś nie trzaśnie... I to gdzieś blisko. Dźwięk przypominał suchy wystrzał. A za chwilę... Cztery wozy strażackie zaparkowały tuż pod naszym kościołem. Za nimi przybyły dwa wozy policyjne. Pobiegliśmy zbadać przyczynę. A tam... zwłoki. Wiewiórka wpadła do transformatora i przypłaciła to życiem. Ale dumni strażacy (chwaląc się, że przybyli w dwie minuty) odkręcili hydrant na ulicy i spłukali wszelkie ślady tego... nieszczęśliwego wypadku... :)

Potem o. Georg sprawdził moją homilię. Jak przypuszczałem, próbował z niej uczynić swoją. Co więcej udzielał mi rad, które byłyby realizacją najgorszych błędów homiletycznych, jakie tylko można sobie wyobrazić. Słuchałem go z delikatnym uśmiechem na twarzy, postanawiając sobie w duchu, że choćbym miał pójść do najbliższego sklepu i poprosić o pomoc miła panią sprzedawczynię, to do Georga już więcej nie przyjdę... Ale w pewnej chwili wpadł na pomysł, żebym przeczytał to, co napisałem. Kiedy skończyłem, stwierdził - to ma sens i w całym kazaniu poprawił mi cztery błędy gramatyczne... I nie można było od tego zacząć i na tym poprzestać? :)

A wieczorem udaliśmy się z Proboszczem na otwarcie Czwartego Synodu Diecezjalnego Diecezji Bridgeport do kościoła katedralnego. Uroczystym Nieszporom przewodniczył nasz biskup Frank, i... Jestem pod absolutnym urokiem tego człowieka. Kazania słuchałem z otwartą gębą. Wiecie doskonale, że dość krytycznym słuchaczem jestem, ale jego dzisiejsze wystąpienie... Niezwykle swobodny styl, poruszanie się po kościele, a przy tym precyzyjne, punkt po punkcie realizowanie zamierzonej treści. Miły, uspokajający głos i głębia przekazu. Synod porównany do podróży, w której każdy element ma swoje znaczenie. I choć pomysł może nie nazbyt kreatywny, to porównanie przeprowadzone błyskotliwie i z humorem... Dziś jest również pierwsza rocznica objęcia przez tego biskupa naszej diecezji. Niech Pan go wspiera w jego wysiłkach. A ja... chyba będę za nim jeździł, tylko po to, żeby go posłuchać...

Słowo przekonuje mnie, że wśród towarzyszy Jezusa, każdy miał do odegrania jakąś rolę. Sobie właściwą. Dzięki temu, że ją podejmował, to pielgrzymowanie Jezusa było w ogóle możliwe, a Jego nauczanie mogło stawać się skuteczniejsze, bo On sam docierał dzięki temu do wielu. Byli Apostołowie, byli uczniowie, były kobiety. I niezależnie od tego, jakie były ich zadania, łączyło ich jedno - osoba Jezusa... Dziś, siedząc w katedrze, pomyślałem sobie, że z tymi, zebranymi tam ludźmi też nie łączy mnie nic więcej. I to wystarczy. Każdy z nas podejmuje swoje zadania we wspólnocie Kościoła i każdy z nas zna i akceptuje swoje miejsce. W ten sposób noga nie jest głową, a ręka ustami... W ten sposób, w uporządkowany sposób, objawia się światu Duch Chrystusa, którego On nam nieustannie posyła. Wierzę, że dziś potężnie powiał po delegatach na Synod, wierzę, że powieje nad Tobą Czytelniku, niezależnie od tego, kim jesteś wśród naśladowców Jezusa. Bo najważniejsze, że pośród nich jesteś... A jeśli jeszcze nie, to modlę się, abyś się wśród nich jak najszybciej znalazł, bo twoich zadań nie zrealizuje nikt inny... Nikt...

piątek, 19 września 2014

pytając o wiele...

zdj:flickr/Mr Jaded/Lic CC

(Łk 2,41-52)
Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami. Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie. Lecz On im odpowiedział: Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi.


Mili Moi...
W chałupie prawdziwa rewolucja... Zrywanie starodawnych dywanów to wielki hałas i niemniejszy bałagan. A właściwie poza zerwaniem staroci nic dziś więcej się nie dokonało. Aż strach pomyśleć ile potrwa kładzenie nowych. Tak, czy owak, nasze życie toczy się jakoś do przodu. A moje wysiłki skupiły się dziś na wyprasowaniu kolejnej partii alb z kościoła. Jeszcze jutro mała porcja i ten rozdział będziemy mieli zakończony. Ale oprócz tego... Stworzyłem dziś pierwsze kazanie po angielsku. Musze przyznać, że chcąc opisać ten proces, użyłbym jednego z ulubionych powiedzeń mojej nauczycielki języka łacińskiego z liceum, która szczególnie odpornym na wiedzę powiadała - twoja odpowiedź przypomina poród kleszczowy... Prawdopodobnie moje wypociny mieszczą się w zakresie umiejętności opisywanych przez panią magistrę nostrę... Ale z zadowoleniem stwierdzam, że powiedziałem w tym kazaniu to, co chciałem powiedzieć i to jest chyba najważniejsze. Rzecz jasna nie poddałem go jeszcze miażdżącej ocenie o. Georga, Amerykanina, który z nami tu zamieszkuje. Zobaczymy co on na to powie. Choć z moich irlandzkich doświadczeń wynika, że znacznie lepiej dawać kazania do sprawdzenia świeckim, ponieważ duchowni poza językiem zawsze poprawiają treść, czyniąc z cudzego kazania swoje własne. Tak już chyba wszyscy mamy...

Z duchowych radości - nasz Generał ogłosił, że 12 października do grona błogosławionych zostanie włączony nasz współbrat, męczennik, o. Francesco Zirano z prowincji Sardyńskiej, zamęczony przez Muzułmanów w 1603 roku. Jego charyzmatem, któremu całkowicie się oddał, był wykup niewolników i praca dla tych, których wykupić się nie dało, aby nie utracili chrześcijańskiej wiary. Generał w swoim słowie do braci podkreśla, że nasz nowy błogosławiony może stać się patronem współczesnych migrantów, którzy częstokroć również w jakiejś mierze są niewolnikami - systemów, władzy, pieniądza... O. Francesco, posłuszny swojej misji zakonnik, który oddał życie dla tych, którym służył...

Posłuszeństwo... To jest temat, który mocno wybrzmiewa mi w dzisiejszym namyśle nad Słowem. Jezus, który jako zwykły - niezwykły młodzieniec odkrywa powoli wolę swojego Ojca i wchodzi w jej posłuszną realizację, a jednocześnie usiłuje być posłuszny swojej Matce i ziemskiemu ojcu Józefowi. Jest w Nim jakieś napięcie, którego wyrazem jest chyba ta jego "samowolka" pozostania w Jerozolimie. Wola Ojca jest czymś, czego i ziemscy rodzice Jezusa musza się nauczyć. Trzydniowe poszukiwania... Czemu tak długo? Czyżby świątynia była ostatnim miejscem, do którego zajrzeli? Czyżby nie pomyśleli, że ich zwyczajny syn mógłby właśnie tam się zatrzymać? A jednak właśnie tam Go odnajdują... Co działo się z Nim przez te dni? Gdzie spał, co jadł? Tych szczegółów Łukasz nie przybliża... Ale rysuje napięcie posłuszeństwa...

Byłoby łatwiej... Byłoby łatwiej nie słyszeć Boga, nie brać na poważnie wewnętrznych poruszeń, nie "szukać kłopotów". Byłoby łatwiej zostać w Polsce i robić swoje. Byłoby łatwiej nie wychylać się i robić tylko to, co się lubi. Po swojemu. Nazywając to "wolą Boża"... Zdecydowanie łatwiej. Bo nie byłoby tego napięcia, którego pełna jest moja codzienność. Wszystko nowe, czasem trudne, czasem niezrozumiałe... Ale kiedy pojawia się myśl, że byłoby łatwiej, natychmiast pojawia się następna - wola Ojca jest ważniejsza, niż moja własna. A ja w moim życiu chcę czynić tylko to, co On chce. Dlatego pozwoliłem Mu na to, żeby jedni mnie "zgubili", a inni mnie "znaleźli". Ale zanim mnie znajdą pytam Jego... o wiele...

czwartek, 18 września 2014

stigmata....


zdj:flickr/profzucker/Lic CC
23 Potem mówił do wszystkich: "Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! 24 Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. 25 Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie? 26 Kto się bowiem Mnie i słów moich zawstydzi, tego Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w swojej chwale oraz w chwale Ojca i świętych aniołów. 27 Zaprawdę, powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż ujrzą królestwo Boże". (Łk 9,23-26)

Mili Moi...
Przyszła dziś pierwsza paczka, którą sam do siebie wysłałem... 5 sierpnia. Niezły wynik. Niestety nie są to książki, a zwłaszcza nie są to książki niezbędne do doktoratu. To z jednej strony łatwa wymówka - nie ma, więc nic nie mogę zrobić. Ale z drugiej strony - czas nie stoi w miejscu i coś by czytać trzeba. Ale mam szczerą nadzieję, że skoro jedna przyszła, to i pozostałe się pojawią wkrótce. W naszym domu wielka zmiana "carpetów" jak tu mawiają... Zrywanie wykładziny w kuchni i na trzech piętrach naszego domku. Ma być ładnie i świeżo. Jeszcze tylko wielkie porządki, które zaledwie zacząłem. Ale powoli. Dziś wyprałem wszystkie alby z kościoła i pół dnia je prasowałem. Jakoś dojdziemy do ładu i porządku ze wszystkim.

A wieczorem pierwsze modlitewne spotkanie z moją Odnową... Zrobiliśmy dziś animowaną adorację Najświętszego Sakramentu, z krótką medytacją Słowa i z błogosławieństwem indywidualnym na sposób lourdzki. Piękni ludzie. I młodsi i starsi. Trochę sympatyków zostało po Eucharystii, aby modlić się wraz z nami. Cieszę się, że mi ich Pan Bóg dał, bo czuję, że będą solidnym zapleczem modlitewnym, no i aktywem w działaniu. Już zamyśliliśmy mały dzień skupienia na dobry początek. Grupa nie jest wielką, ale... Ufam, że i to z czasem się zmieni :)

Dziś Święto Stygmatów św. Franciszka.... Bardzo lubię ten dzień, bo on mi przypomina o jednej z ważniejszych tajemnic franciszkańskiej duchowości, a mianowicie o krzyżu i wartości jego umiłowania. Nie mogę powiedzieć, żebym w tej chwili czuł się jakoś szczególnie krzyżowany. Tym bardziej, jeśli porównuję swoje życiowe niedogodności, do tych, które cierpią choćby moi przyjaciele, to czasem czuję się zawstydzony. Choćby dziś rozmowa z B, łzy w słuchawce... Tam słyszałem krzyż... Zawsze w takich sytuacjach zastanawiam się, gdzie są moje granice, gdzie jest ten moment, w którym powiem - więcej już nie dam rady? Czy On mnie zechce do takich granic kiedyś doprowadzić? Tak bardzo podziwiam radykalizm św. Franciszka. Postawił wszystko na jedną kartę i nigdy nie żałował. Choć cierpiał okrutnie. Ale za tym cierpieniem widział Jezusa, który był źródłem siły w najciemniejszych momentach... Franciszek pokazał, że Bóg czasem te ludzkie granice gotowości na cierpienie mocno rozszerza.... Po co? To wie tylko On. Ale jeśli On widzi w tym sens, to ten sens musi tam być...

Byle nie utknąć w fałszywym świecie dobrych opinii o sobie samym. Gdyby Franciszek widział siebie tylko w blasku swojej własnej chwały, to być może nigdy by się nie nawrócił, i nie byłoby Zakonu, i nie byłoby mnie w nim... Ale przyszła chwila, w której pozwolił Jezusowi, aby Ten mu pokazał jego prawdziwy stan... Nie przeraził się, ale się nawrócił... Nawracał... Do czego to doprowadziło? Wiedzą chyba wszyscy na świecie... Pozwolić nałożyć sobie Chrystusowy krzyż, pozwolić się skruszyć, złamać, zranić... Aby przejrzeć, zrozumieć, zatęsknić. Ach, wielka to rzecz...

środa, 17 września 2014

czekając...


zdj:flickr/Bondseye/Lic CC
(Łk 7,11-17)
Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego - jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz! Potem przystąpił, dotknął się mar - a ci, którzy je nieśli, stanęli - i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię wstań! Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg łaskawie nawiedził lud swój. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie.

Mili Moi...
No i kolejny dzień amerykańskiego snu za mną :) Dosłownie snu, bo po porannych obowiązkach padłem i obudziłem się po dwóch godzinach. Ale wszyscy, których dziś pytałem, mieli podobnie (choć nie wszystkim dane było się położyć). To pewnie pogoda (żeby tak po polsku znaleźć winnego)... A jeśli nie ona, to już nie wiem :) W każdym razie dziś trochę zwiedzania miasta. Dowiedziałem się gdzie jest polski sklep (a trzy mamy w najbliższej okolicy) i zrobiłem małe zakupy. Dowiedziałem się, gdzie jest polska agencja... I spieszę z wyjaśnieniem, że to agencja zajmująca się kontaktami Polaków z Ojczyzną, czy ich różnymi kłopotami tutaj. Tam zakupiłem kartę, która pozwoli mi pogadać z Polską dwie godziny.. Koszt to 2 dolary. Można? Można... No i spowiedź... Pierwsza na tej ziemi... Na szczęście wokół polskich księży nie brakuje, więc mogłem się spokojnie wypowiedzieć i zrozumieć pokutę :) Sporo drobnych rzeczy dziś pchnęliśmy do przodu z proboszczem. Planujemy różne różności. To tak dobrze, jak linia jest wspólna i w tak wielu rzeczach można się zgodzić...

Tym bardziej, że Pan wzywa nas częstokroć do rzeczy po ludzku niemożliwych. Prawie tak samo niemożliwych, jak dzisiejsze wskrzeszenie młodzieńca z Nain. Czego potrzeba, żeby sprostać wyzwaniom? Po pierwsze bardzo często Jezus odwołuje się do naszej ludzkiej wrażliwości. Nie bez przyczyny dziś w Ewangelii zaznaczone są szczegóły - jedyny syn matki, która była wdową. To budzi szczególną wrażliwość na nieszczęście tej kobiety. Jak mu zaradzić? Jezus może wszystko... My nie... Nie? Ależ tak.... W Nim również możemy wszystko. Ale żeby móc sięgnąć do tego "wszystkiego", trzeba najpierw sięgnąć do wiary. Ona jest kluczem do banku cudów. Tych małych i tych wielkich. Tych bardzo maleńkich też. Bez wiary żaden cud się nie zdarzy. Bez wrażliwości, nie będzie cudów z naszym udziałem...

I do tej wrażliwości i do wołania o cuda zaproszony jest każdy. Ja w ostatnich dniach czuję, że nieco bardziej, niż zwykle. Wczoraj M. pisze, że jej bratowa odebrała sobie życie, tu, niedaleko, dwie godziny ode mnie. Został mąż i czternastoletni syn... Zaraz po niej odzywa się P. i prosi o modlitwę za swoją żonę i ich dziewięciotygodniowe dzieciątko, które ona nosi pod sercem, bo coś jest nie tak i lądują w szpitalu... Dzisiaj T. pisze z prośbą o szczęśliwą operację guza dla Christiane... Tak wiele okazji do czynienia cudów w imię Jezusa. Tak wiele okazji do wrażliwości. Tak wiele możliwości wprowadzania jego miłości w ten świat... A wciąż brakuje ludzi... Wrażliwych i wierzących. Jedną z najczęstszych odpowiedzi mojego proboszcza na zadawane przeze mnie dziś pytania podczas naszej eskapady po mieście, wyraża jedno słowo - ZAMKNIĘTY. Mowa o kościołach, których jest tu całe mnóstwo. Właściwie na każdym rogu jakiś. Wiele z nich jest zamkniętych... Bo nie było w nich komu pracować. A wcześniej nie było już komu się modlić.... A świat ciągle czeka na cud... Czeka...

poniedziałek, 15 września 2014

... byś był, nic więcej...



(J 19,25-27)
Obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

Mili Moi...
3036 dzień mojego kapłaństwa, 10 w Ameryce... Wrażeń moc... Wczoraj wybrałem się do Newarku. To miejscowość położona jakieś 75 mil od nas. Niby niedaleko, ale... Musiałem zahaczyć o Nowy Jork. I w związku z tym jestem z siebie bardzo dumny. Bo udało mi się dojechać tam i z powrotem bez nadmiernych komplikacji. Nawigacja oczywiście wspomogła, ale gdy jest kilka rozjazdów, a ona każe trzymać się prawego, to czasem trzeba intuicji w tej plątaninie dróg... Niemniej wizyta się udała. Spędziłem urocze popołudnie z siostrami Dorotą i Małgorzatą. Rok temu poznaliśmy się na rekolekcjach, które głosiłem dla sióstr w Chicago, i tuż po nich otworzyły one placówkę właśnie w Newarku. Pogawędziliśmy, obejrzeliśmy Nowy Jork nocą i wróciłem sobie do domku.

A dziś plan przewidywał taki mini dzień skupienia. Wybrałem Sanktuarium Matki Bożej Lourdzkiej, bo jest najbliżej nas. Pogoda dziś urokliwa, a to ważne, bo właściwie na całe sanktuarium składa się Grota Lourdzka, więc wszystko jest na świeżym powietrzu. Ale spędziłem sobie trochę czasu w ciszy i samotności. Chociaż... Podeszła do mnie starsza już nieco kobieta, Charleen. pracuje w Nowym Jorku w reklamie, obsługuje milionowe kontrakty, ma cztery psy, które uratowała z ulicy (Józef, Maria, Bernadetta i Jan Paweł - zbieżność imion nieprzypadkowa). Właściwie wszystko ma, ale coś jej się poplątało w życiu. Straciła radość i sens. Wysunąłem kilka hipotez... Ale nade wszystko mówię - Charleen, pomódlmy się razem... To była moja pierwsza modlitwa wstawiennicza na amerykańskiej ziemi... Ucieszyła się, wycałowała mnie na pożegnanie. Prosiła o więcej modlitwy... Takie proste spotkanie i okazja do służby. Pan Bóg aranżuje je wszędzie...

Czasem nie można zrobić nic więcej. A może czasem to wystarczy... Kiedy dziś patrzymy na Maryję stojącą pod krzyżem, to powstaje pytanie co w takiej sytuacji? Co Ona mogła zrobić? Cierpienie jest niewyobrażalne. Współczucie Synowi przenika każdy jej mięsień, każdy oddech jest nim nasączony. Ale co robić? Poza wołaniem do Ojca nie pozostaje żadna możliwość działania. A wołanie do Ojca zawsze ma sens, bo przecież On panuje nad wszystkim. On wie jak to wszystko się skończy, bo On zna możliwe zakończenia wszystkich historii. On wie po co to wszystko, bo od początku istnienia świata sam jest źródłem sensu wszystkiego, co stworzył. On wie, co możliwe dla Syna, wszak nikt nie zna Syna, tylko Ojciec, i nikt Ojca, tylko Syn... On wie, co możliwe dla mnie... Dla Charleen... Dla Ciebie... Dla Wszystkich... On wie...

A my czasem możemy wołać do Niego. Nic więcej... Ba, czasem nawet na to wołanie nie ma sił, bo przerażenie i ogrom bólu sprawiają, że głos więźnie w gardle... Wówczas można tylko stać i patrzeć... W Jego oblicze... Czasem i to wystarczy...



niedziela, 14 września 2014

modląc się o urodzaj...


(Łk 6,43-49)
Nie jest dobrym drzewem to, które wydaje zły owoc, ani złym drzewem to, które wydaje dobry owoc. Po owocu bowiem poznaje się każde drzewo; nie zrywa się fig z ciernia ani z krzaka jeżyny nie zbiera się winogron. Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło. Bo z obfitości serca mówią jego usta. Czemu to wzywacie Mnie: Panie, Panie, a nie czynicie tego, co mówię? Pokażę wam, do kogo podobny jest każdy, kto przychodzi do Mnie, słucha słów moich i wypełnia je. Podobny jest do człowieka, który buduje dom: wkopał się głęboko i fundament założył na skale. Gdy przyszła powódź, potok wezbrany uderzył w ten dom, ale nie zdołał go naruszyć, ponieważ był dobrze zbudowany. Lecz ten, kto słucha, a nie wypełnia, podobny jest do człowieka, który zbudował dom na ziemi bez fundamentu. [Gdy] potok uderzył w niego, od razu runął, a upadek jego był wielki.

Mili Moi...
A dziś za to było pracowicie :) Po pierwsze rozpoczęliśmy Eucharystią rok szkolny w polskiej szkole, która w soboty spotyka się w naszych, parafialnych pomieszczeniach. Nie jest to pewnie znów aż tak wielka praca, ale było to właściwie moje pierwsze spotkanie z dzieciakami. A będę się z nimi spotykał co tydzień w ramach takiej krótkiej katechezy - przygotowania do niedzielnej liturgii. Po Mszy natomiast zająłem się porządkami. Ale nie w swojej zakonnej celi, jeno na przeciwko, w jednym z pokoi naszego domu, który od lat służył za magazyn. Takich magazynów mamy więcej, więc roboty zapowiada się na jeszcze wiele dni, ale jak cieszy, kiedy już cokolwiek w tym pokoju widać. Dziś wyniosłem cały kontener śmieci - różnych staroci zbieranych przez lata. Od telewizorów, po elektryczne maszyny do pisania. Do sprzętów pożegnanych dołączył również wzmiankowany wczoraj odkurzacz :) Po południu byłem umorusany, ale szczęśliwy... No, połowicznie szczęśliwy. Bo zapomniałem w owym pokoju zajrzeć do szafy w ścianie. Tam również gratów na kilka kursów. Podziwiam w tym wszystkim mojego proboszcza, który nie protestował zanadto, a nawet w pewnej chwili dołączył się do wywalania :) Jak powiedziałem pracy mi z pewnością przez kilka tygodni nie zabraknie :)

Po południu zaś zasiadłem nad niedzielnym kazaniem... Hmmm... Dawno już tego nie robiłem. Nie przygotowywałem kazania na niedzielne spotkanie z wiernymi w kościele. Ile mi to radości dało, choć chwilę mi zajęło, żeby się do tego zabrać. Jak już wspominałem kiedyś, studia z homiletyki mają tę "wadę", że po nich człowiek wie, jak być powinno, co sprawia, że wątki mu się plączą i wszystko przecedza przez durszlak owej wiedzy... Niemniej homilia powstała. I jutro, jeśli Pan pozwoli się obudzić, zostanie dwukrotnie wygłoszona...

A swoją drogą... Dziś o poranku za oknem trochę inne oblicze Ameryki. O 4 rano, gdzieś niedaleko, padło pięć strzałów. Ja rzecz jasna nie usłyszałbym ich pewnie nawet gdyby mi strzelano nad uchem, ale proboszcz mnie o sytuacji poinformował. I rzeczywiście nasza przyklasztorna ulica była przez pół dnia zamknięta przez Policję prowadzącą dochodzenie...

Minął tydzień mojego pobytu tutaj. To bardzo mało. Właściwie prawie nic... Ale Słowo mnie prowokuje do refleksji - co dałem z siebie. Bo człowiek dobry z dobrego serca czerpie dobre owoce... Dobre drzewo zawsze je rodzi... Myślę sobie jaka jest ta moja Ameryka pierwszego tygodnia i jaki ja jestem w niej? Co mnie najbardziej fascynuje, a co niepokoi? Gdzie w tym wszystkim ludzie? Okazji nie było jeszcze zbyt wiele, ale chciałbym tyle dać. Każdy pomysł współpracy przyjmuję tu z wielką radością. Na szczęście całkowicie zgodni jesteśmy z proboszczem co do zasady - Ducha nie gaście... Jeśli ktoś przychodzi z propozycją, to dlaczego nie wesprzeć, zwłaszcza jeśli dobra... Wciąż dawać więcej i więcej... Przelewa się ta łaska we mnie i boję się, żebym nie eksplodował :) Dziś już ustaliliśmy błogosławieństwo zwierzaków w uroczystość świętego Franciszka. Pojawiła się dyrektorka chóru z planem i propozycjami. Omawiamy odpust parafialny. A na owoce trzeba poczekać... Ważne chyba żeby wkładać w ich uprawę cały wysiłek i trud. Uczciwie... A Jezus nie poskąpi niczego. I przyjdzie czas urodzaju...