wtorek, 22 kwietnia 2014

pielgrzymka...

zdj:flickr/Moyan_Brenn (back soon, sorry for not commenting)/Lic CC
Mili Moi...
Wybaczcie, ale dzień dzisiejszy tak mnie pochłonął swoimi sprawami, że nie zdołam napisać niczego sensownego. Tym bardziej, że jeszcze spotkanie z Panem przede mną, a pora już późna...

Zaglądam tu dziś tylko po to, żeby powiedzieć, że jutro rano ruszam... Do Rzymu... Przez Warszawę i Frankfurt :) Polecam się waszym modłom i sam je obiecuję w wielu świętych miejscach, w które być może Pan pozwoli mi dotrzeć... Czytelnicy omodleni będą...

Wracam za tydzień... Jeśli będzie możliwość, to oczywiście będę nadawał :) Życzę wam błogosławionej Oktawy i pieknego przygotowania do uroczystości kanonizacyjnych...

niedziela, 20 kwietnia 2014

nie ma Go tu...



Mili Moi...
Wczorajszy dzień to prawdziwie pełna zadumy sobota. Chmury wiszące nisko nad Krakowem, padający co chwilę deszcz. Ale zmartwychwstanie dokonało się niezawodnie. To zresztą w wielkim mieście wygląda dość zabawnie, kiedy przechodzi się między kościołami, w których liturgia albo już trwa, albo za chwilę się zacznie. Tu i ówdzie odzywają się dzwony, zwiastujące, że to już, podczas, gdy w innych kościołach jeszcze trwa adoracja w "grobie". Niestety w wielu kościołach w centrum liturgia rozpoczynała się o 18.00, co oznacza, że wbrew przepisom liturgicznym, nie po zapadnięciu zmroku. Cieszyłem się, że u moich współbraci o 20.00. Wówczas ta liturgia światła ma sens, wymiar, głębię... Liturgia dostojna i bez pośpiechu. Znów piękne, pomagające się modlić śpiewy. I ja siedzący sobie cichutko w stallach, słuchający, modlący się... Piękny czas... Wróciliśmy do domu przed północą, co dla mnie jest łaską, bo choć kocham tę noc, to jest ona dla mnie najtrudniejsza w roku. Jestem fizycznie mocno ograniczony jeśli chodzi o "zarywanie nocy"...

A rano wstałem, żeby spotkać się ze Słowem, tym bardziej, że wiedziałem, że na mszy o 8.00 przyjdą wierni z okolicy. I należy ich z tym Słowem spotkać. Wyobraziłem sobie sytuację (i ich prosiłem, żeby sobie wyobrazili) pogrzebu bliskiej osoby... Po dwóch dniach zaś odnalezienia jej grobu pustym... Co robimy? Biegniemy na policję szukając pomocy i żywiąc najgorsze przeczucia. Policja przybywa, spisuje zeznanie, wszczyna postępowanie... My zostajemy z bólem nie wiedząc nic... Kurtyna... Trochę podobnie było z Marią Magdaleną. Odnajduje pusty grób, biegnie po pomoc, uczniowie przychodzą... Badają... I nie ma kurtyny... Oni zaczynają rozumieć. Że to, co im powiedział, okazało się prawdą... Wchodzą do grobu, doświadczając go zmysłami - wzrokiem widzą płótna, słuch zanurzony w ciszy, rękami mogą dotknąć porowatych ścian, czują zapach, który z pewnością nie jest zapachem śmierci... Zaczynają rozumieć. Tego poranka naprawdę się budzą....

To prawdziwy wstrząs, bo jeśli te zapowiedzi okazały się tak prawdziwe, to przecież i inne Jego słowa... Tak wiele słów... One wszystkie są prawdziwe. I te - w domu mego Ojca jest mieszkań wiele, gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce - którymi uderzał w najbardziej podstawowy ludzki lęk, lęk przed śmiercią. I te - a oto Ja Jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata - którymi uderzał w drugi wielki lęk, lęk przed samotnością. Wszystkie Jego słowa są tak samo prawdziwe, jak te o zmartwychwstaniu i pociągają za sobą Boże działanie, fakty, niczym fakt zmartwychwstania... Gdyby tylko nasze serce chciało się obudzić... Gdybyśmy sami zaczęli cokolwiek z tej prawdy zmartwychwstania pojmować... To jedyny sposób, żeby obudzić świat. Tylko chrześcijanie, którzy rozumieją, którzy wierzą, mogą tę wiarę ponieść do świata. Choć z niemałym bólem myślę sobie o tym, że On może to zrobić bez nas, bo bardzo, ale to bardzo w tej misji zawodzimy...

Nie umarłem dla jaj - powiada Pan Jezus na jednym z memów, które wczoraj widziałem w internecie, stojąc na tle koszyczka wielkanocnego i wyciągając ku nam przebitą dłoń. Dopóki dogłębnie nie przejmiemy się tą prawdą, to każdorazowa, coroczna wizyta w Pańskim grobie - pustym i cichym będzie się wiązała z zapadnięciem kurtyny. Kurtyny ponownie okrywającej mrokiem nasze życie. A demon siedzi i zaciera ręce, bo sytuacja "nie pojęli" jest dla niego bardzo korzystna.

Dziś powalczyłem również z nim. W mocy Jezusa Zmartwychwstałego. Pisałem niegdyś, że przystąpiłem do spowiedzi z modlitwą o uwolnienie. Mówimy na nią "spowiedź furtek", bo polega ona na zamknięciu wielu różnych furtek, które w ciągu całego życia mogły zostać demonowi otwarte. Piękne doświadczenie, które stało się moim udziałem. Dziś natomiast po raz pierwszy taką spowiedzią posługiwałem i choć trwała prawie cztery godziny, a ja jestem wyczerpany, to jednocześnie jestem bardzo szczęśliwy, że dziś ktoś następny doznał takiego wewnętrznego zmartwychwstania... Chwała Jezusowi!!!

piątek, 18 kwietnia 2014

pragnę...


zdj:flickr/ra1000/Lic CC
Mili Moi...
Próbuje zlokalizować w pamięci święta, które mógłbym porównać do tegorocznych. I chyba tylko jedne... W 1997 roku, tuż po śmierci mojej mamy, postanowiłem spędzić święta w towarzystwie mojego przyjaciela Andrzeja w Koszalinie. Pamiętam jak dziś - stałem w takiej firankowej komeżce gdzieś pod ścianą i nikt niczego ode mnie nie chciał. To było bardzo oczyszczające, bo w swojej parafii zwykle byłem odpowiedzialny za wiele rzeczy. Ale ówczesne przeżycia są we mnie do dziś... A w tym roku prezent od Opatrzności. Siostry o mnie dbają. Mogę się wyspać. A dziś wymodliłem się za wszystkie czasy... Przedłużone rozmyślanie, Droga Krzyżowa, adoracja... A po obiedzie tour po Krakowie... Gorąco, zielono, kwieciście...

A wieczorem liturgia. Znów u braci. Jakoś czułbym sie pewnie nieswojo w innym kościele. I znów jestem pod wrażeniem. Przede wszystkim muzyka... Jak ona pomaga się modlić... A u nas na najwyższym poziomie. Brawurowo wręcz zaśpiewana Pasja, na melodię, której nigdy dotąd nie słyszałem. Ale przy tym dostojnie i z namaszczeniem. Kazanie prawdziwy "zaklinacz węży" :) Wiecie, że kazania chwalę rzadko, a dziś siedziałem z otwartą buzią w napięciu od początku do końca. Chylę czoła przed kaznodzieją... No i gest po liturgii, który mną prawdziwie wstrząsnął. Gwardian powiedział z pokorą - a teraz zapraszam braci do konfesjonałów... A oni, bez wyznaczania i listy, rozeszli się po bazylice i żaden konfesjonał nie był pusty... Dwie godziny solidnej posługi... I choć siostry planowały jutro pójść gdzie indziej, bo u nas nie ma procesji rezurekcyjnej na zakończenie wieczornej liturgii, to dziś im się tak spodobało, że jutro prawdopodobnie też u franciszkanów... :)

Z całej Pasji, którą dziś miałem okazję sobie powoli samodzielnie przeczytać, za czym tęskniłem od wielu lat, a co mi się nigdy w poprzednich latach nie udawało z racji na różne zobowiązania, zatrzymały mnie trzy momenty. Takie chwile, w których widać bardzo wyraźnie, że to Jezus panuje nad sytuacją i to On wie, ku czemu to wszystko zmierza...

Po pierwsze żołnierze, którzy padają na ziemię po Jego ujawnieniu się... Ja Jestem... Potęga tego Imienia ścina ich z nóg. To On decyduje, że się podnoszą. To On im na to pozwala. Wyraźny znak Jego Bóstwa i tego, że gdyby chciał, mógłby tchnieniem swoich ust zmieść ich wszystkich z powierzchni ziemi. Ale w Nim nie ma agresji, złości, gniewu i nienawiści. To wszystko jest w nich, ale nie w Nim.
Po wtóre ta chwila, kiedy sługa arcykapłana policzkuje Go za niewłaściwą jego zdaniem odpowiedź. Jezus reaguje z taką godnością, że owemu człowiekowi odbiera mowę... Nie wypowiada już żadnego słowa, nie prowadzi tej dyskusji dalej. Obrońca urzędu, lizus, sługa w najgorszym tego słowa znaczeniu...
I wreszcie trzecia chwila, kiedy patrząc na Piłata Pan powiada - nie miałbyś żadnej władzy nade mną, gdyby ci jej nie dano z góry... Wszystko jest przewidziane Piłacie, wszystko musi się stać. Jesteś za słaby, żeby tę machinę nienawiści zatrzymać. Żydzi wodzą cię za nos, a ty nie wiesz jak to zmienić... Ale i tu nie ma w Jezusie żadnej pogardy, szyderstwa, złośliwości... Za to wśród tłumu... Posuwają się nawet do bluźnierstwa tej rangi, że poza Cezarem nie mają króla... Szaleństwo...

I Króla wznoszą się znamiona... Tajemnica krzyża błyska... Oto Bóg królował z drzewa... Nie rozpoznali... Nie rozpoznają... Zaprzeczają do dziś... Tak wielu... Wciąż tak wielu...

Król, który wie, czego chce, ku czemu zmierza... To pozwoliło mnie samemu znaleźć dziś siły do przejścia tą Drogą Krzyżową razem z Nim. I choć kocham to nabożeństwo, często je praktykując, to dawno mną tak nie wstrząsnęło, jak dziś... Bo odkryłem w sobie wszystko to, co było... w nich... I ten chłód gwoździ... W moich dłoniach... Aż do tej chwili...

A mój Bóg patrząc na mnie wciąż szepcze jedno słowo - pragnę...

P R A G N Ę...

P R A G N Ę...

P R A G N Ę...

czwartek, 17 kwietnia 2014

bo ksiądz jest jak ławeczka...


zdj:flickr/dcJohn/Lic CC
Mili Moi...
No i jestem w Krakowie... Dotarłem tu dziś, choć przeżyłem dwukrotnie chwile grozy :) Godzina 3.40, wychodzę z klasztoru. Otwieram drzwi, wciskam guzik otwierania bramy. Zatrzaskuję drzwi i... zawisam plecakiem na klamce w taki sposób, że nie mogę się ruszyć... A brama powoli się zamyka :) No ale jakimś nadludzkim wysiłkiem... Godzina 5.05, docieram do Poznania. Kolejny pociąg z peronu 4b... Nikt nie wie gdzie to jest... Ludzie biegają i szukają... Ja z nimi... Okazuje się, że na jakimś dworcu letnim... Koszmar... Wsiadam do pociągu 5.27. Dwie minuty przed odjazdem... No ale jestem już w gościnnym klasztorze sióstr nazaretanek.

Niedawno wróciliśmy z liturgii z naszej, franciszkańskiej bazyliki. Jestem pod wrażeniem. Naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Piękna, dostojna, przemyślana liturgia. Bez pośpiechu. Znakomita schola - świetna oprawa muzyczna. I prowincjał, który powiedział dziś znamienne słowa - dziękuję bracia, że nie jesteście w białych koszulach i wyprasowanych spodniach, bo to najlepszy znak, że przychodzicie wprost od obowiązków i posług, zmęczeni... I tak właśnie powinno być. Zapominamy o sobie dla naszych braci. To tajemnica miłości.

Nad nią dziś rozmyślam od rana... Czasem bywałem świadkiem rozmów kapłanów na temat mycia nóg podczas wielkoczwartkowej liturgii. Z trwogą zauważam, że jest to traktowane jako nagroda. Za zasługi, dla dobrodziejów, dla współpracowników, dla bogaczy, dla tych, co mają czyste nogi. Czytałem dziś tę Ewangelię o umyciu nóg wielokrotnie i nigdzie nie znalazłem nawet cienia takiej motywacji u Jezusa. Żadna to nagroda i żadne wyróżnienie. Umył wszystkich. Przyjaciół i wroga. Jako znak do naśladowania. Ta miłość Boga uniżyła się tak totalnie, że Pan postanowił klęknąć przed każdym z nich i ofiarować miłość w tej pozycji - klęczącej. Nie mieli czystych nóg, nie mieli czystych serc, nie ogarniali tego umysłem. Żaden z nich nie zasługiwał. Nie byli dobrodziejami, ani innymi zacnościami. Jako współpracownicy też okazali się słabi. A mimo to umył im nogi. Właśnie takim. I to nakazał im czynić. Myjcie nogi jeden drugiemu. Bez żadnego wartościowania - ten lepszy, a ten gorszy; ten ma dziurę w skarpecie, a ten w sandałach; ten bije żonę, a ten hojne datki składa na bezdomnych... Jeden drugiemu - jak ja wam...

Trzeba dużej pokory. Takiego uznania, że ja nie jestem lepszy od innych, a co więcej - jestem kochany dokładnie taką samą miłością jak inni. Przez tego samego Boga. Jestem takim samym Jego dzieckiem. Mnie, jako kapłana, w tym wymiarze miłości, nic nie odróżnia. Bóg kocha mnie miłością totalną i pokorną, dokładnie tak samo jak moich braci świeckich. A ja mam być dla nich takim, jakim chciałbym, aby oni byli wobec mnie. Jedni drugim umywajcie nogi... Dziś dziękuję tym wszystkim, którzy myją je mnie... Tym, którzy mają do mnie cierpliwość, którzy decydują się dla mnie tracić swój czas, którzy wspierają mnie swoim groszem, którzy przynoszą mi dobre słowo. A nade wszystko tym, którzy korzystają z mojej posługi. Moj kapłaństwo jest dla was. W myśl porównania księdza poety - ksiądz jest jak ławeczka - każdy może przyjść i posiedzieć... Przyjdźcie... Odpocznijcie... I idźcie dalej, nie skupiając się na ławce, ale na celu, który macie osiągnąć... A jeśli ta ławka w tym choć odrobinę pomogła... To chwała konstruktorowi ławek!

wtorek, 15 kwietnia 2014

a była noc...


zdj:flickr/ldysw357/Lic CC
Mili Moi...
No i wczoraj wylądowałem w Gnieźnie. Trzy dni posługi w konfesjonale. Nie jakoś szczególnie intensywnej, bo cztery godziny słuchania dziennie to nie jest jakoś szczególnie dużo. Ale zmęczony jestem raczej czym innym. Powierzchownością. Zawsze miałem i mam dużo cierpliwości w konfesjonale i nigdy, ale to nigdy nie zdarzyło mi się na nikogo tam nakrzyczeć. A tu czasem mam ochotę... Z bezsilności, z żalu, ze złości, że ta łaska sakramentu rozbija się o jakąś totalną niewrażliwość serca. Bardzo się modlę o łaskę mądrego i delikatnego prowadzenia dusz i mam szczerą nadzieję, że choć jedno, czy dwa słowa do tych tradycyjnych, wielkanocnych penitentów dotrą... A błogosławię Pana, kiedy czasem pojawia się ktoś, kto swoją tęsknotą za Bogiem wgniata mnie w fotel. Jak dobrze, że i tacy ludzie się pojawiają. Czerpię z nich wielką pociechę...

Lada dzień Święte Triduum... W czwartek zmierzam do Krakowa. Tam mam spędzić tegoroczne święta. We wspólnocie sióstr nazaretanek. Tak trochę inaczej... Nikt, niczego ode mnie nie chce (w sensie liturgicznym rzecz jasna). Stanę sobie cichutko w kącie i będę przeżywał, nasycał się łaską. Nikomu nieznany, przez nikogo niezauważony, nie rzucający się w oczy... Chyba mi tego bardzo potrzeba na ten czas...

A w Słowie szczególnie uderza mnie dziś ta noc, w którą wychodzi Judasz po spożyciu kawałka chleba... Może właśnie dlatego, że tak bardzo mnie zasmuca brak refleksji wśród ludzi nad swoim postępowaniem. On też czuł się w porządku. Podejrzewam, że podobnie jak pozostali uczniowie był w stanie czynić znaki i cuda. Wszak Jezus wszystkich ich wyposażył w moc wysyłając na głoszenie nauki. Miał wszystko to, co inni. Niczego mu nie brakowało... Może poza przekonaniem, że Jezus wie co robi. Może poza wiarą, że Jemu można zaufać. Może poza świadomością, że on, Judasz, może nie wiedzieć wszystkiego... Wyszedł natychmiast. A była noc. To jest czas demona, czas panowania ciemności. Oddalił się od światła i dał się zwieść. Zaufał sobie i odszedł w niebyt... Bardzo się martwię, że sporo osób w naszych kościołach przyjmuje z ręki Jezusa chleb, ale tuż po tym wychodzą w mrok. Powierzchowność, niewiara, brak jakiegokolwiek związku codzienności z Jezusem... Można mnożyć te obawy w nieskończoność... Demon, który porywa tych, którzy do Jezusa nie należą.

Nie chodzi o to, że oni są gorsi, niż inni. Zdradzamy Jezusa wszyscy tak samo. Apostołowie wszyscy się rozpierzchli, Piotr się zaparł. Ale Judasza pochłonął mrok... Ci, o których dziś piszę nie są gorsi. Są biedniejsi. Bo nawet nie wiedzą w jak wielkim niebezpieczeństwie się znajdują, nie zdają sobie sprawy z nienawiści demona, igrają z nim lekceważąc jego wpływy. Dlaczego? Bo nie znają prawdziwej potęgi Boga. I w ten sposób wszystko, co duchowe, staje się zaledwie dodatkiem do życia... Do życia??? Bez Boga nie ma życia... Jest... Mrok...

niedziela, 13 kwietnia 2014

Tydzień Wielki...


zdj:flickr/[xinita]/Lic CC
Mili Moi...
Wczoraj po północy wróciłem z Grudziądza po warsztatach powołaniowych dla sióstr elżbietanek. Muszę orzec, że pełen sukces. Przynajmniej z mojej perspektywy. Siostry zaangażowane mocno, chętnie słuchające, zapisujące skwapliwie... Ale najfajniejsza oczywiście była praca w grupach nad postaciami, które dla nich przygotowałem. Każda grupa musiała przygotować rozmowę powołaniową z kandydatką, o której nieco informacji zawierało się w przygotowanym przeze mnie profilu (a te były bardzo, ale to bardzo skomplikowane). Reszta zależała od twórczości sióstr. Mało tego, musiały ten dialog przedstawić na forum, co oczywiście było fantastyczne, bo talentów aktorskich im nie brakuje, więc mieliśmy wspaniałe teatralne przedstawienia. Oczywiście nie tylko zabawie to służyło. Chodziło o zmierzenie się z trudnymi przypadkami, empatyczne spotkanie z młodą dziewczyną, umiejętne stawianie pytań, unikanie zwrotów, które zamykają drugiego człowieka. One same poczyniły sporo obserwacji, ponieważ każdy taki dialog omówiliśmy wspólnie...

Z ciekawostek? Była z nami siostra pracująca w Norwegii (tam też elżbietanki mają prowincję). Jak się okazuje sporo powołań. Mają 14 postulantek... Wietnamek. Nie pomyliłem się :)
A w drodze powrotnej napadł mnie znienacka... fotoradar :) To już drugi w tym miesiącu. Zrobiły się ostatnio niezwykle napastliwe i agresywne. Czarna seria po prostu...

A dziś, po krótkiej nocy, udałem się do Kazimierza, aby poprowadzić skupienie dla sióstr betanek. Ważne było, bo podczas adoracji młodzież zakonna miała wyznać Jezusa Panem swojego życia. Dziewczyny czyniły to z wielkim wzruszeniem i przejęciem, co mnie bardzo cieszy, ponieważ kolejna grupa osób doświadcza Jego bliskości, czułości, a w tym kontekście również przebudzenia świadomej wiary. Dodatkowo mocno poruszające było, kiedy po młodzieży podeszła do monstrancji matka generalna tego zgromadzenia i sama również wyznała w Jezusie Pana. To tak szczególnie ważne, że ona, ta, która wszystkim zarządza, kieruje, decyduje, również klęknęła w gronie tych, które dopiero rozpoczynają i ponowiła swoje oddanie Jezusowi. A za nią skwapliwie niemal wszystkie siostry z tej wspólnoty. Potęga przykładu... Bardzo, ale to bardzo mnie to ucieszyło... Tym bardziej, że wyznanie matki było bardzo szczere.

Trudno dziś komentować Słowo. Ja wobec opisów męki Pańskiej zawsze doznaję niemego zdumienia. Staję przed Bogiem - człowiekiem, który się boi, który wyczuwa tę ludzką agresję, nienawiść, gniew skierowane przeciwko Niemu i nie reaguje. Ani ucieczką, ani walką, ani choćby słowną obroną. Wobec tych obrazów, jak zawsze nabieram przekonania, że ja nie dałbym rady zmierzyć się nawet z procentem takiego lęku, bólu, smutku. Znam siebie, a dzięki Jezusowej męce poznaję się jeszcze dokładniej. Dziękuję Mu dziś z całego serca, że uczynił to dla mnie i za mnie, że ja sam nie musze przez to przechodzić, że Jego miłość mnie uchroniła... Składam przed Nim wszelkie odmiany mojego tchórzostwa, mojej słabości i proszę, żebym choć w te święte dni Wielkiego Tygodnia mógł z Nim nieść ten Jego krzyż... Tak choć przez chwilę...

Od jutra zaczynam... 6.25 pociąg do Gniezna. Bilet już kupiony. A po południu pierwszy dyżur w konfesjonale... Małe krzyżowanie...

piątek, 11 kwietnia 2014

pytać? - nie pytać? - po co pytać?


zdj:flickr/Dom Dada/Lic CC
Mili Moi...
No to jestem w Grudziądzu... Wielki klasztor sióstr elżbietanek, w którym mieści się dom dla dziewcząt, a w którym niegdyś był dom formacyjny... Mieszkamy na korytarzu, po którym jeszcze nie tak dawno kręciły się nowicjuszki, postulantki, słowem - kandydatki do życia zakonnego. Dziś ten korytarz jest pusty... Zupełnie pusty... Ludzkiej pracy nad zmianą tego stanu są poświęcone warsztaty, które już dziś rozpoczęliśmy w gronie sióstr. Zjechały się z całej Polski, a nawet z Norwegii. Jutro czeka nas ciężki dzień pracy. Dziś zaczęliśmy duchowo. Drogą Krzyżową, o której dowiedziałem się tuż przed nią, więc popłynęła całkowicie z serca (trwała przez to 45 minut:), Eucharystią, a po niej... filmem. Obejrzeliśmy wspólnie "Bezcenny dar", piękny film o dojrzewaniu do miłości... Wszystkim polecam...

Dziś też nawiedziłem mojego najlepszego przyjaciela z liceum, Dawida, który wczoraj obronił doktorat z ekonomi... Kiedy siedzieliśmy w jednej ławce na łacinie, w życiu bym nie powiedział, że mój przyjciel "Misiek" będzie doktorem ekonomii. Żona, dwoje dzieci, codzienna praca, budowa domu i pisanie doktoratu. Jestem pod wielkim wrażeniem tego wyczynu i chylę czoła przed tym człowiekiem i jego rodziną, która to udźwignęła. Piękni ludzie...

A Żydzi dziś znowu swoje... Ta rozmowa przypomina dialog przez szybę. Dwa światy, które nie mogą się spotkać. A właściwie jeden nie chce spotkać drugiego. Nie ma miejsca w ich sercach, szczelnie wypełnionych schematami myślenia. I nawet Bóg tych schematów nie pokona. Nie ma w nich na to zgody... Przychodzi więc ostatecznie taki moment, w którym Jezus się wycofuje. Uczynił wszystko, co możliwe, ale nie padły właściwie pytania. Pojawiły się złośliwe, płytkie, pełne zawziętości, banalne, ale nie właściwe. Jakie byłyby te właściwe? Myślałem o tym dziś...

Może takie jak zadawał Nikodem... Jak to możliwe, żeby człowiek narodził się powtórnie? Może takie jak Tomaszowe - nie wiemy dokąd idziesz, jakże więc możemy znać drogę? Może Janowe - czy Ty jesteś tym, na którego czekamy, czy inny będzie Mesjaszem? Wszystkie one miały jedną wspólną cechę - domagając się odpowiedzi od Jezusa, miały doprowadzić pytających do prawdy. Tą byli oni zainteresowani. Żydzi zaś stawiali mnóstwo pytań, ale... oni już znali odpowiedzi...

I to chyba kolejna różnica, którą dziś rozpoznałem między wątpieniem, a zwątpieniem. Subtelna. Niczym ta pojedyncza litera. Człowiek, który wątpi, stawia pytanie i szuka odpowiedzi. Ten zaś, który pyta, ale odpowiedź go nie interesuje, zwątpi... Prędzej, czy później... A od zwątpienia do niewiary już tylko jeden krok... A w niewierze już nie ma pytań. I koło sie zamyka... A wszystko kończy się obumieraniem wewnętrznym... Śmiercią duchową... Pustką... Nienawiścią... Krzyżem zgotowanym innym...

Wiele wątpić, aby nigdy nie zwątpić... Ot, taka dewiza dnia....