poniedziałek, 1 września 2014

zwyczajni prorocy..

 
zdj:flick/saffron100_uk/Lic CC
 
Mili Moi...
Przepraszam, że ostatnio dość nieregularnie się tu zjawiam, ale zarówno z dostępem do internetu nie najlepiej, jak i fakt, że ostatnie dni w Polsce są nader intensywne to sprawia. W sobotę wizyta u rodzinki we Władysławowie i mile spędzony czas. A wczoraj... Moja ukochana Gdynia - "pierwsza miłość". Jakoś tak dziwnie się układa, że żegnam się z Gdynią, kiedy na dłużej wyjeżdżam za granicę. Tak było, kiedy jechałem do Irlandii, tak jest i dziś :) Choć oczywiście pożegnanie pożegnaniu nierówne... Wówczas żegnałem się z ludźmi, dziś raczej z miejscami... Ale... Przede wszystkim wczorajszy dzień to spowiedź furtek, czyli spowiedź połączona z modlitwą o uwolnienie. Jedna dusza, mam nadzieję, od wczoraj nieco wolniejsza... A potem dwa urocze spotkania, bardziej już towarzyskie... A na mszy misjonarz z Afryki, który dał mi jedną dobrą radę przed wyjazdem - niczym się nie przejmuj i miej luz nawet jeśli ci coś nie będzie wychodziło :) Nie ma to jak misjonarze... A dziś dzień spędzony w lesie na moim ulubionym zajęciu - zbieraniu grzybów. I nawet nieźle się udało :)

Takie to wydarzenia dni ostatnich... Zwyczajne właściwie. I to jeszcze nie koniec Jutro i pojutrze kolejne spowiedzi furtek, kolejne ważne spotkania, chyba takie pożegnalne właściwie, choć nie lubię tak o nich myśleć... Zwyczajność. Dokładnie taka, jak Jezusowa, kiedy przyszedł do Nazaretu i jak zwykle wszedł do synagogi. Czytał, komentował. Nie trafiło. I nawet On był nieco zaskoczony. Prorok i ojczyzna - te dwa słowa nie są specjalnie zaprzyjaźnione. I co w związku z tym?

Czy raczej prorok winien ojczyznę zmienić, czy może ojczyzna przychylniejszym okiem spojrzeć na proroka? Właściwie oba warianty są możliwe. Każdy "prorok" doświadcza tego samego w swojej skali i w swojej "ojczyźnie". Z pewnością niektórzy z was mogą przywołać choćby przykład swoich własnych rodzin, które przypominają nazaretańskich słuchaczy. Ja właśnie taką mam i wiem, że jeśli nawrócenie przyjdzie, to raczej z zewnątrz. Ja nie mam tu nic do powiedzenia... A więc zmiana ojczyzny? No spróbujemy tego wariantu... Zarówno jeśli chodzi o pozostawienie mojej rodziny daleko za sobą, jak i pozostawienie ojczyzny w sensie kraju, który uważam za swój...

Czy Pan zechce wzmocnić moje słowo? Czy weźmie pod uwagę mój wysiłek, żeby stawać się bardziej skutecznym dla Niego? Tego nie wiem... Wiem jedno... Mam szczerą wolę poddać Mu się całkowicie. I jeśli zaprasza mnie do innej ojczyzny (gdziekolwiek i czymkolwiek ona jest) to jestem gotów. Bo tu, jestem głęboko o tym przekonany, chodzi jednak o coś więcej, niż o mnie samego. I niezależnie od tego jakie wątpliwości mną targają, czy jakie obawy miewam - trzeba iść, bo On zaprasza (w to nie wątpię w najmniejszym stopniu). A po co??? Tego, ufam, dowiem się wkrótce...

Prorok i ojczyzna... To Ty i ja... To miejsce i ten czas... Ten sam Jezus i Jego odwieczne Słowo... Odwagi!!! Takiej "zwyczajnej - niezwyczajnej"...

piątek, 29 sierpnia 2014

Tańcząca przed Zalęknionym...

 
zdj:flickr/Krisztina Konczos/Lic CC
Mili Moi...
Wczoraj zakończyłem rekolekcje dla wspólnoty Emmanuel w Straszynie. Znów nadziwić się nie mogę... Oczywiście mocy Słowa. Gdyby płacili za wylane łzy (choć w Lublinie szykowano jakąś wystawę ludzkich łez i rzeczywiście za wypłakane płacono). Ale oczywiście nie rzecz w samych łzach. One są tylko pewnym znakiem tego, co dzieje się w sercu. Znakiem tyleż czytelnym, co wcale niekoniecznym. Jednakowoż łez w te dni nie brakowało. Dzieje się tak wówczas, kiedy człowiek przestaje być zwykłym czytelnikiem Ewangelii, a staje się jej uczestnikiem, kiedy uświadamia sobie, że Ewangelia jest o nim, o jego życiu... Wówczas wszystko nagle zaczyna wyglądać inaczej. Nawet ja, który właściwie tylko prowadziłem ich w tych rekolekcjach, czułem wyraźnie jak skoczyło mi ciśnienie, kiedy mówiliśmy o Judaszu. Czułem fizycznie, że Słowo działa. Moje ciało przypomniało mi o Jego mocy. Wiele dobrych rozmów, spowiedzi... Piękni ludzie... Może się powtarzam, ale muszę to napisać, bo to najszczersza prawda. Oni są piękni... Dla mnie tym piękniejsi, że są "moimi dziećmi". W jakiejś mierze zrodziłem ich w wierze i czuję się za nich odpowiedzialny. A z ogromną radością przyglądam się ich wzrostowi, duchowemu dojrzewaniu, przemianom, które w nich zachodzą. Jak bardzo są inni w porównaniu do chwil, kiedy się poznawaliśmy przed trzema laty... Dziś to prawdziwi chrześcijanie - "christianoi", należący do Chrystusa... Dużo dobrych wspomnień z nimi...

Wczorajszy wieczór spędziłem w braterskim gronie. Mój współbrat Krzysztof przypomniał mi swoją obecnością i towarzystwem, że jestem zakonnikiem i należę do zakonu, w którym bardzo ceni się wspólnotę. Codzienność czasem tak z tego wyjaławia. Gonitwa, ciągłe dążenie do czegoś... A na braterstwo czasu brak... Wczoraj się w nim zanurzyłem... I poczułem.. jak bardzo jestem zmęczony po tych dwóch tygodniach rekolekcji... Naprawdę emocjonalnie czuję się wypluty. Dziś spałem prawie pół dnia nie mogąc dojść do siebie. Całe napięcie powoli ze mnie schodzi...

Najpiękniejszym wydarzeniem dzisiejszego dnia był drugi email z... Bridgeport. Kolejni parafianie z parafii, w której będę pracował (o Panie, to już za tydzień...) napisali do mnie, że cieszą się moim przyjazdem, modlą się za mnie i obiecują wszelką pomoc. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło - żeby ktoś wyprzedzając fakty odzywał się do mnie zanim jeszcze moja noga stanęła w nowym miejscu. Ale ile mam z tego radości... Ktoś czeka, ktoś się modli, ktoś wierzy, że będzie dobrze (nie jestem w tym sam). Po prostu i szczerze się dziś ucieszyłem...

A Słowo jakoś szczególnie mi dziś objawiło, że nic dobrego nie może zostać zbudowane na lęku. Król Herod lękał się Jana. Owszem, chętnie go słuchał. Owszem, brał go w obronę. Ale kiedy stanął wobec naprawdę ważnej decyzji, to inny lęk okazał się ważniejszy. Nie był w stanie opowiedzieć się za prawdą, ponieważ był niewolnikiem lęku. Zarówno wobec Jana, jak i wobec swoich gości. Żył w lęku. Bał się też pewnie Herodiady, a może bał się, że ją straci, że odejdzie, że zostanie sam. Któż jest w stanie nazwać wszystkie lęki króla? Niemniej musiało być ich sporo, jeśli z taką łatwością pozbawił życia Prawdomównego. Może gdyby Jan miał odrobinę więcej czasu, może gdyby nie zginął tego wieczoru, może jutro, pojutrze, za tydzień, prawda dotarłaby do serca królewskiego. Ale jego czas się skończył... Lęk zwyciężył. Lęk skrócił go o głowę... Lęk nie jest dobrym fundamentem. Nic na nim nie da się oprzeć. Lęk staje się najczęściej narzędziem śmierci... Odbiera życie, odbiera rozum, odbiera pokój, odbiera radość...

Może dlatego tak wiele razy w Piśmie Świętym znajdziemy wezwanie - nie bójcie się!!! Bo "nie bójcie się" oznacza życie...

wtorek, 26 sierpnia 2014

nosiciel wody...


zdj:flickr/Mimolalen/Lic CC
Mili Moi...
No i od wczoraj siedzę sobie w urokliwym niezwykle miejscu, w domu rekolekcyjnym w Straszynie. Choć przyznać muszę, że dziesięć lat temu wyglądało tu znacznie ładniej. Trochę szkoda. Ale mimo wszystko jest pięknie i ludzie, z którymi uczymy sie tu Jezusa, są naprawdę niezwykle zdeterminowani, żeby się rzeczywiście Go uczyć. To niesłychana frajda głosić dla takich słuchaczy. Wiedzą czego chcą i są konsekwentni w dążeniu do tego. A Jezus ich zaskakuje. I to właściwie od pierwszego dnia...

A ja trochę odpoczywam. Serce się uspokoiło i prawie sie nie odzywa :) Dziesięć dni pozostało mi w Polsce. Może i to nie było bez znaczenia dla "sercowego przyspieszenia". Może ono już wie, że musi zdążyć z "miłością bieżącą", bo czasu coraz mniej. A kilka spraw do nadrobienia :) W każdym razie czuję się dobrze i ufam, że tak będzie. A w najbliższe dni rzeczywiście zamierzam nieco wypocząć. Chociaż... Jeszcze trzy spowiedzi furtek są zaplanowane na te dni... Ale to radość. Posługa jest zawsze dla mnie źródłem radości...

Ona czasem jest taka prosta, jak posługa sług noszących wodę do kamiennych stągwi, w których już po chwili pojawiło się wino. Oni nie wiedzą po co to robią, nikt im niczego nie tłumaczy... Ich cicha posługa, taka wytężona praca staje się... źródłem radości dla wielu. Przecież weselni goście nie wiedzą nic o cudzie, nie zdają sobie sprawy z tego, że wino, które piją powstało w sposób niezwykły. A wody nanosili nic nie znaczący słudzy... Jacy oni musieli być zszokowani, kiedy zdali sobie sprawę z efektu swojego wysiłku. A przecież zrobili coś bardzo zwykłego...

Ja czasem staje wobec podobnych doznań... Choć moje kapłaństwo chyba nigdy nie stanie się dla mnie czymś zwykłym. Zbyt nadzwyczajny to dar. Taki wielki, że nie jestem w stanie się z nim uporać w mojej własnej świadomości, a co dopiero przywyknąć... Ale do niektórych posług, bardziej lub mniej, przywykam... Tyle rozmów, tyle spowiedzi. Czasem to wydaje się takie zwyczajne, czasem takie banalne. I nagle przychodzi olśnienie. Nagle jestem świadkiem cudu. Takiej przemiany, której po ludzku nie da się nijak wytłumaczyć. Takiej przemiany, która wyrasta ponad zwyczajność. I znów zachwyt. Bo On potrafi z codziennego, zwyczajnego, banalnego czasami wysiłku, uczynić źródło radości dla wielu. Nade wszystko dla mnie samego... Nic nie jest bowiem dla mnie większym źródłem radości w moim życiu, niż moje kapłaństwo... Niewielu rzeczy jestem tak pewien.

Ale to dzisiejsze Słowo zrodziło we mnie jeszcze jedno pragnienie. Mianowicie - nie mam pojęcia jak Maryja w słowach Jezusa usłyszała akceptację Jej prośby. Nie ma w nich bowiem ani zaprzeczenia, ani zgody. Można pewnie powiedzieć - no tak, matka, ona zawsze potrafi usłyszeć więcej w słowach syna... Ale może to po prostu nieustanne wsłuchiwanie się w Jezusa z uwagą, codzienne obcowanie z Nim, ustawiczna uwaga na Nim skupiona daje Jej tę umiejętność. On słyszy to, co dla mnie jeszcze jest niesłyszalne. I to rodzi we mnie tęsknotę - żeby słuchać więcej, bardziej, głębiej, dokładniej. Jak Maryja, stać się pełnym Słowa. Tak wrażliwym na nie, żeby nawet skróty myślowe Pana Jezusa, Jego "półsłówka" stawały się dla mnie czytelne, żebym nie miał wątpliwości, co On do mnie mówi...

niedziela, 24 sierpnia 2014

komu okulary?


zdj:flickr/a.grimz/Lic CC
Mili Moi...
No i wieczorową porą zakończyliśmy rekolekcje dla sióstr. Do ostatniej chwili pod drzwiami kolejka. To najpiękniejszy obraz dla rekolekcjonisty, a słowa znacznie starszych ode mnie sióstr - ojcze, Duch Święty tańczy we mnie, jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam - po prostu zwalają z nóg...

Ale wszystko trzeba odcierpieć :) Wczoraj zakołatało się serce w piersi mej... Tak znacząco, że postanowiliśmy pod wieczór udać się do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Pierwsze EKG, sporo dodatkowych skurczów, krew, prześwietlenie i na sześć godzin pod monitor, żeby sprawdzić, czy to już czas, czy może jeszcze nie... Leżąc tak sobie na łóżku i wsłuchując się we wcale niemiarowe bicie mojego serca, pomyślałem sobie - Panie, przecież rano byłem u spowiedzi, w południe u fryzjera, czy nie jest to dobry dzień na umieranie? Ale za chwilę, niestety, pojawiło sie myślenie ludzkie - tyle kłopotu dla sióstr, a w poniedziałek następne rekolekcje, na które przecież ktoś czeka i tak dalej i tak dalej... Niemniej jednak, kiedy dziś rano powtórne badania wykazały, że wszystko jest w porządku i nasączony elektrolitami wracałem do klasztoru sióstr, myślałem sobie, że przecież przyjdzie taki dzień, w którym Pan mnie zatrzyma, wyrwie z działania... Ale widocznie nie był to dzień wczorajszy... Może nie dojrzałem jeszcze wystarczająco...

Jutro rzeczywiście o 5 rano ruszam do Straszyna. Tam kilka dni ze wspólnotą Emmanuel. Dla mnie to z pewnością będzie czas odpoczynku. Nawet gdyby uparli sie mnie zmęczyć, to w porównaniu z siostrami nie mają szans :) Święte i dobre zmęczenie. Zmęczenie służby...

Cel i zadanie, imię i tożsamość. To są dary, które Jezu dziś dał Piotrowi. On znalazł się przez chwilę w centrum świata. Pan się nad nim pochylił i uczynił go na nowo, nadał mu kształt i kierunek. I, co najważniejsze - Pan sie nie pomylił. Tak bardzo mocno stanęło mi to dziś przed oczami, kiedy pomyślałem o swoim powołaniu. Choć nigdy nie przeszło mi przez myśl, że On pomylił sie w moim przypadku, to spotkałem już tak wielu ludzi, którzy właśnie o to Go podejrzewali. On musiał sie pomylić... Ale Jego decyzje są stanowcze i konsekwentne. On sie nie waha. A dlaczego? Ponieważ nasze powołanie wyprzedza nasze pojawienie sie na tym świecie. Bóg najpierw mnie obmyślił, zaplanował, tkał, a dopiero potem posłał na świat. On nie miał wątpliwości kim chce, abym był... Wątpliwości to tylko moja domena. Choć jestem wielkim szczęściarzem, bo i tych mi Pan Bóg oszczędził...

Imię i tożsamość. Wiem kim jestem i chcę nim być. A jednocześnie nie chcę być nikim innym. Może właśnie dlatego Pan mnie używa. Bo sie nie bronię? Co więcej - kocham te robotę... A zatem cel i kierunek przez Niego wytyczone również akceptuję... A resztę robi On sam... Jak choćby wczoraj. Wspominałem, że byłem u fryzjera. W jakimś wypaśnym salonie, bo tylko taki był w pobliżu. Strzygł mnie młody człek. Słowo do słowa i... ojcze, a ja jestem na drodze neokatechumenalnej... Jak pięknie nam się rozmawiało. Opowiedział mi o swoim nawróceniu. Powiedział mi cudowną rzecz - ojcze, chodzę codziennie do pracy pieszo i... ja widzę Boga. Łzy mi stanęły w oczach i powiedziałem mu - niech Pan sobie wyobrazi, że ja też... Ja też Go widzę... Naprawdę...

piątek, 22 sierpnia 2014

Tata obiecał....


zdj:flickr/Sanctuary photography → back ! maybe :p/Lic CC
Mili Moi...
Od czterech dni nie wyściubiłem nosa za próg. Nawet na jeden moment. Posługa pełną gębą. Jak nie rozmowy indywidualne, to spowiedź, czy modlitwa wstawiennicza. Ale są i chwile nagrody. Dziś jedna z sióstr przyszła i stwierdziła - pierwszy raz w życiu DOŚWIADCZYŁAM miłości Bożej. Nie ma większej radości dla mnie. Żadne pieniądze nie są warte tyle, ile takie wyznanie... Siostry rzeczywiście głęboko wchodzą w treści rekolekcyjne, a ja mam sporo jakichś duchowych inspiracji...

Do najważniejszego pytania rekolekcji urosło - co dobrego dziś Pan Jezus powiedział o siostrze? Zdałem sobie sprawę, że my jesteśmy tak skoncentrowani na tym, co w nas złe, że odwykamy z czasem od patrzenia na dobro. Szalenie trudno wówczas zobaczyć swoje talenty, dary, swoje piękno i wewnętrzny urok. A przecież to wszystko patrząc na nas widzi Bóg. Musimy się nauczyć patrzeć na siebie Jego oczami. A opór przed tym jest wielki - no bo jak to tak dobrze mówić o sobie? Przecież to pycha... Ale przełamujemy te opory i jest coraz lepiej.

Dziś na przykład poczułem wielkie przynaglenie, żeby zachować sie jak Ezechiel, któremu Pan rozkazuje prorokować nad wyschłymi kośćmi, przywracając je do życia. Ośmielony tym pierwszym czytaniem, wyciągnąłem po komunii nad siostrami ręce i prorokowałem do Ducha. Wzywałem Go nad wszystkim, co w nich umarłe, prosiłem o ożywienie. Powiedziałem Jezusowi - Panie, nie ma tu Ezechiela, proroka mocnego słowa. Masz tylko mnie, kapłana. Ale skoro na moje wołanie zstępujesz na ołtarz, to ośmielę się wołać również o Ducha. Niech On wskrzesza to, co umarłe...

Sporo inspiracji kaznodziejskich również. Pan przychodzi w obrazach. Dziś Ewangelia o przykazaniu miłości, które jest najważniejsze z ważnych. A ja mam obraz Jezusa, u którego na kolanach siedzi dziecko, a On snuje wielką opowieść o miłości. Nawiązując do początków świata mówi do malucha - wiesz, mój Tata tak to wszystko zaplanował i tak obmyślił, że będziesz miłował Pana Boga swego, z całego serca, z całego umysłu, ze wszystkich sił; i powiem ci jeszcze coś - Tata zaplanował, że będziesz miłował swego bliźniego, jak siebie samego... Ale to jeszcze nie koniec. Bo On miał jeszcze taki pomysł, żebyś nie miał bogów cudzych przed Nim. A do tego jeszcze Jego genialną intuicją jest, żebyś nie wzywał Jego imienia do czczych rzeczy. A w ogóle, to postanowił, że użyje twoich rodziców jako współpracowników miłości i urodzisz się dzięki nim. I dlatego Tata mówi - będziesz czcił swojego ojca i matkę. No i jeszcze w Jego planie jest, żebyś nie zabijał, nie kradł, nie cudzołożył...

Tata uczynił cie do tego wszystkiego zdolnym. On włożył to wszystko w Twoje serce. On ci to obiecuje. Możesz być pewien, że będziesz umiał. Jeśli tylko zechcesz, to z cała pewnością się uda. Nie musisz sie martwić. Podzieliłem się tym obrazem. Oddźwięk - ojcze, jak długo żyje nie słyszałam czegoś równie krzepiącego... Łaska nam towarzyszy. Mam co do tego głębokie przekonanie. Im bliżej końca, tym siostry również odważniejsze. Przychodzą i proszą o modlitwę, w której pochylamy się nad poważnymi ranami. Dlatego proszę was o modlitwę, żebyśmy byli tu szczególnie chronieni, bo spodziewam się, że demon będzie się wściekał wobec tego, co tu się dzieje. Niejedne jego sidła zostają tu bowiem skruszone - sidła lęku, niewiary w siebie, braku przekonania o swojej wartości. Kobiecość rozkwita na naszych oczach. Człowieczeństwu przywracana jest wartość. A wszystko to dar Jezusa, wobec którego jestem tylko posłańcem. Ale jakim szczęściem jest dla mnie patrzeć na uśmiechnięte buzie adresatów :)

wtorek, 19 sierpnia 2014

hola bogaczu!!!


zdj:flickr/doctorwonder/Lic CC
Mili Moi...
No to ruszyliśmy z kopyta... Dziś o Ewie i o tajemnicy kobiecości. O tym drugim powołaniu. Pierwsze jest do życia, a drugie do płciowości. Oba niezależne od nas, ale ich podjęcie i zrealizowanie ma już wiele wspólnego z naszym wysiłkiem. Dziś mówiliśmy o wielu cechach kobiecości, które nie są przekleństwem, ale wyrazem błogosławieństwa Boga, zarówno dla samych kobiet, jak i dla nas, mężczyzn...

Wczoraj zaoferowałem cały pakiet posługi kapłańskiej, obejmujący również rozmowy indywidualne, czy modlitwę wstawienniczą. Zainteresowanie przeszło najśmielsze prognozy. Na rozmowy zapisało się... 12 sióstr. Każda ma do dyspozycji 20 minut. Łatwo więc obliczyć... Zaczynając o 16.00, z małą przerwą na Nieszpory, kończę niemal o 21.00. Szał... Nie bardzo wiem, jak się nazywam. Ale radości mam w sercu nieprawdopodobnie dużo. Że mogę służyć... Dziś mówiłem Jezusowi - zrobię wszystko, co zechcesz, tylko dodaj sił, żebym fizycznie dał radę... Na modlitwę wstawienniczą też zapisują sie powoli kolejki. Wygląda więc na to, że jutro nie będzie czasu podrapać się za uchem (ani na nic innego) :)

A Słowo? Dziś zaskakuję mnie reakcja uczniów... Jezus mówi o bogatych, którym trudno wejść do Królestwa, a uczniowie sie przerazili... Dlaczego? Przecież nie należą do tej kategorii. Są biedakami utrzymującymi się z pracy własnych rąk. Żaden z nich, zwłaszcza kiedy poszli za Jezusem, nie należał już do zamożnych. Mało tego - pytają z trwogą - któż więc może się zbawić. To sugerowałoby, że bogactwo jest tak powszechną przypadłością, że właściwie wszyscy mają z tym problem... Gdy tymczasem codzienność zdaje sie nam tego nie potwierdzać. Musi więc w tym być jakieś "podwójne dno" i zdaje się, że jest nim znacznie szersze rozumienie bogactwa, niż tylko materialne. Bogatym można być na wiele sposobów. Dopiszcie sobie sami ich nazwy...

Jedno co warto zauważyć, to rodzaj niebezpieczeństwa, które się z tymi wszelakimi bogactwami wiąże. Wydaje się, że najgroźniejsza jest niezależność, samowystarczalność, a co za tym idzie - wyniosłość serca. Bogate serce bardzo często nie ma już miejsca ani dla człowieka, ani dla Boga. Ma tylko miejsce dla swoich bogactw, które stają się więzieniem i niewolą dla człowieka. A Pan, w swoim miłosierdziu, czasami decyduje się nas nieco "przewietrzyć" i uwolnić nas od tych wszędobylskich, pochowanych w różnych zakamarkach, naszych skarbów. Wydaje nam się często, że bez nich nie damy rady żyć, aż do czasu, kiedy je tracimy. Odzyskiwanie wolności boli, ale zawsze jest zmianą na lepsze, bo Bóg nigdy nie zabiera tylko po to, żeby zabrać. Zawsze gdy zabiera, chce dać coś innego, większego, lepszego, piękniejszego... Jego skarby są zawsze cenniejsze, niż nasze własne... Ile jednak kosztuje, żeby to zrozumieć...

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

o czym nie chcesz gadać?


zdj:flickr/Lawrence OP/Lic CC
Mili Moi...
Spędziłem dziś cudowny dzień z książką w ręku. Nikt mi nie przeszkadzał, nikt mi sie nie narzucał. Słonko świeciło w okno, a ja zwiedzałem Stany Zjednoczone z Johnem Steinbeckiem i jego "Podróżami z Charleyem". Takie błogie nieróbstwo, które było miłym przerywnikiem pomiędzy pracowitymi duchowo dniami. Ale dziś też posiedziałem sobie dłużej nad Słowem, posiedziałem nieco w kaplicy. Czyli generalnie dzień udany pod każdym względem.

A wieczorem rozpoczęliśmy nasze rekolekcje. Sióstr jest ponad trzydzieści. W różnym wieku, choć chyba dominują młode. To nieco inaczej, niż rok temu, kiedy proporcje były raczej odwrotne. A Pan, jak zawsze, zadbał o odpowiednie Słowo na rozpoczęcie tego czasu. Ja nie mogę sie nad tym przestać zachwycać. Słowo jest punktualne. Zawsze na czas. Pan przygotowuje wszystko sam, a nas tylko zaprasza do skorzystania. Jak nazwać tych, którzy w takich okolicznościach tego nie robią, nie korzystają? Przychodzi mi do głowy kilka określeń, ale przez grzeczność ich nie zacytuję :)

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że młodzieniec, który dziś przychodzi do Jezusa ma znakomite mniemanie o sobie. On naprawdę wierzy, że wszystko w jego życiu jest jak najbardziej w porządku. Taki mistrz świata. Czuje się całkowicie bezpieczny, bo przecież ów nauczyciel nie może mu postawić w ramach wymagań niczego, czego on by juz nie robił. Ma przewagę, bo realizuje wszystko, co konieczne do otrzymania życia wiecznego. On to wie. I to jeszcze bardziej go pokrzepia.

Po co pyta? Może tylko tak, prowokacyjnie, żeby nauczyciel go pochwalił, a może nawet uczynił wzorem dla innych. Mam wrażenie, że jedyna rzecz, której się spodziewa to poklepanie po ramieniu i stwierdzenie - tak trzymaj chłopie, jest właściwie nawet lepiej, niż dobrze. Na zadane pytanie Jezus wskazuje mu pewną ogólną drogę, bazę, fundament. I znów widzę jak ten człowiek rozkwita z każdym wymienionym przez Jezusa przykazaniem. Każde bowiem z nich budzi w nim radość - mam to... Trochę tak, jak gracz w totka, który sprawdzając kupon po losowaniu, odnajduje na nim wylosowane liczby. Wygrana wisi na włosku...

Wystarczyłoby, żeby zabrał to dobre samopoczucie i odwróciwszy się, odszedł w swoją stronę. Może ocaliłby to błogie, znakomite przekonanie o sobie samym i swojej relacji z Bogiem. Ale to hazardzista, ryzykant (a może tylko ktoś, kto naprawdę potrzebował pochwały, a wciąż jej nie dostał). Pyta więc - co jeszcze??? I Jezus odpowiada, uderzając w tę sferę życia, której z cała pewnością ten młodzian nie chciał z Nim omawiać. Zresztą pewnie i tu czuł się znakomicie. Wszak bogactwo było rozumiane jako znak szczególnego wybrania i błogosławieństwa Boga. Nie spodziewał się, że to mogłaby być jakakolwiek przeszkoda. Tymczasem Jezus rozwala w pył jego dobre samopoczucie. Ów człowiek odchodzi smutny. Tu jest jakiś znak nadziei, bo ma jeszcze w sobie jakąś zdolność odczuwania, a to pozwala sądzić, że jest również zdolny do refleksji, która może przyszła z czasem... Ale nie dziś...

Jak się to ma do rekolekcji? Ano warto sobie na początku uświadomić, czy ja chcę naprawdę usłyszeć to, co Jezus ma mi do powiedzenia. Bo być może chcę tylko, żeby poklepał mnie po ramieniu i powiedział - jesteś świetnym kandydatem na świętego, tak trzymaj... Może oczekuję, żeby rekolekcje były czasem zupełnie nieinwazyjnym, żeby nie dotykały niczego ważnego, żeby je po prostu przeżyć... Jest na to znakomita metoda. Trzeba spełnić trzy warunki - dużo spać, dużo jeść i dużo gadać z innymi. Wówczas człek na pewno nie usłyszy nic... Ale jeśli naprawdę chcę spotkać Jezusa mówiącego do mojego serca, to musze mieć motywację wczorajszej Kananejki - muszę wiedzieć, że walka toczy się o moje życie, a ja nie jestem jej obserwatorem... Jak będzie w Krakowie? Najbliższe dni nam objawią...

Jak będzie w moich i twoich rekolekcjach życia??? Zostaniesz z Nim, czy odejdziesz smutny? To zależy od tego, jak słuchasz... I co chcesz usłyszeć :)