wtorek, 26 sierpnia 2014

nosiciel wody...


zdj:flickr/Mimolalen/Lic CC
Mili Moi...
No i od wczoraj siedzę sobie w urokliwym niezwykle miejscu, w domu rekolekcyjnym w Straszynie. Choć przyznać muszę, że dziesięć lat temu wyglądało tu znacznie ładniej. Trochę szkoda. Ale mimo wszystko jest pięknie i ludzie, z którymi uczymy sie tu Jezusa, są naprawdę niezwykle zdeterminowani, żeby się rzeczywiście Go uczyć. To niesłychana frajda głosić dla takich słuchaczy. Wiedzą czego chcą i są konsekwentni w dążeniu do tego. A Jezus ich zaskakuje. I to właściwie od pierwszego dnia...

A ja trochę odpoczywam. Serce się uspokoiło i prawie sie nie odzywa :) Dziesięć dni pozostało mi w Polsce. Może i to nie było bez znaczenia dla "sercowego przyspieszenia". Może ono już wie, że musi zdążyć z "miłością bieżącą", bo czasu coraz mniej. A kilka spraw do nadrobienia :) W każdym razie czuję się dobrze i ufam, że tak będzie. A w najbliższe dni rzeczywiście zamierzam nieco wypocząć. Chociaż... Jeszcze trzy spowiedzi furtek są zaplanowane na te dni... Ale to radość. Posługa jest zawsze dla mnie źródłem radości...

Ona czasem jest taka prosta, jak posługa sług noszących wodę do kamiennych stągwi, w których już po chwili pojawiło się wino. Oni nie wiedzą po co to robią, nikt im niczego nie tłumaczy... Ich cicha posługa, taka wytężona praca staje się... źródłem radości dla wielu. Przecież weselni goście nie wiedzą nic o cudzie, nie zdają sobie sprawy z tego, że wino, które piją powstało w sposób niezwykły. A wody nanosili nic nie znaczący słudzy... Jacy oni musieli być zszokowani, kiedy zdali sobie sprawę z efektu swojego wysiłku. A przecież zrobili coś bardzo zwykłego...

Ja czasem staje wobec podobnych doznań... Choć moje kapłaństwo chyba nigdy nie stanie się dla mnie czymś zwykłym. Zbyt nadzwyczajny to dar. Taki wielki, że nie jestem w stanie się z nim uporać w mojej własnej świadomości, a co dopiero przywyknąć... Ale do niektórych posług, bardziej lub mniej, przywykam... Tyle rozmów, tyle spowiedzi. Czasem to wydaje się takie zwyczajne, czasem takie banalne. I nagle przychodzi olśnienie. Nagle jestem świadkiem cudu. Takiej przemiany, której po ludzku nie da się nijak wytłumaczyć. Takiej przemiany, która wyrasta ponad zwyczajność. I znów zachwyt. Bo On potrafi z codziennego, zwyczajnego, banalnego czasami wysiłku, uczynić źródło radości dla wielu. Nade wszystko dla mnie samego... Nic nie jest bowiem dla mnie większym źródłem radości w moim życiu, niż moje kapłaństwo... Niewielu rzeczy jestem tak pewien.

Ale to dzisiejsze Słowo zrodziło we mnie jeszcze jedno pragnienie. Mianowicie - nie mam pojęcia jak Maryja w słowach Jezusa usłyszała akceptację Jej prośby. Nie ma w nich bowiem ani zaprzeczenia, ani zgody. Można pewnie powiedzieć - no tak, matka, ona zawsze potrafi usłyszeć więcej w słowach syna... Ale może to po prostu nieustanne wsłuchiwanie się w Jezusa z uwagą, codzienne obcowanie z Nim, ustawiczna uwaga na Nim skupiona daje Jej tę umiejętność. On słyszy to, co dla mnie jeszcze jest niesłyszalne. I to rodzi we mnie tęsknotę - żeby słuchać więcej, bardziej, głębiej, dokładniej. Jak Maryja, stać się pełnym Słowa. Tak wrażliwym na nie, żeby nawet skróty myślowe Pana Jezusa, Jego "półsłówka" stawały się dla mnie czytelne, żebym nie miał wątpliwości, co On do mnie mówi...

niedziela, 24 sierpnia 2014

komu okulary?


zdj:flickr/a.grimz/Lic CC
Mili Moi...
No i wieczorową porą zakończyliśmy rekolekcje dla sióstr. Do ostatniej chwili pod drzwiami kolejka. To najpiękniejszy obraz dla rekolekcjonisty, a słowa znacznie starszych ode mnie sióstr - ojcze, Duch Święty tańczy we mnie, jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam - po prostu zwalają z nóg...

Ale wszystko trzeba odcierpieć :) Wczoraj zakołatało się serce w piersi mej... Tak znacząco, że postanowiliśmy pod wieczór udać się do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. Pierwsze EKG, sporo dodatkowych skurczów, krew, prześwietlenie i na sześć godzin pod monitor, żeby sprawdzić, czy to już czas, czy może jeszcze nie... Leżąc tak sobie na łóżku i wsłuchując się we wcale niemiarowe bicie mojego serca, pomyślałem sobie - Panie, przecież rano byłem u spowiedzi, w południe u fryzjera, czy nie jest to dobry dzień na umieranie? Ale za chwilę, niestety, pojawiło sie myślenie ludzkie - tyle kłopotu dla sióstr, a w poniedziałek następne rekolekcje, na które przecież ktoś czeka i tak dalej i tak dalej... Niemniej jednak, kiedy dziś rano powtórne badania wykazały, że wszystko jest w porządku i nasączony elektrolitami wracałem do klasztoru sióstr, myślałem sobie, że przecież przyjdzie taki dzień, w którym Pan mnie zatrzyma, wyrwie z działania... Ale widocznie nie był to dzień wczorajszy... Może nie dojrzałem jeszcze wystarczająco...

Jutro rzeczywiście o 5 rano ruszam do Straszyna. Tam kilka dni ze wspólnotą Emmanuel. Dla mnie to z pewnością będzie czas odpoczynku. Nawet gdyby uparli sie mnie zmęczyć, to w porównaniu z siostrami nie mają szans :) Święte i dobre zmęczenie. Zmęczenie służby...

Cel i zadanie, imię i tożsamość. To są dary, które Jezu dziś dał Piotrowi. On znalazł się przez chwilę w centrum świata. Pan się nad nim pochylił i uczynił go na nowo, nadał mu kształt i kierunek. I, co najważniejsze - Pan sie nie pomylił. Tak bardzo mocno stanęło mi to dziś przed oczami, kiedy pomyślałem o swoim powołaniu. Choć nigdy nie przeszło mi przez myśl, że On pomylił sie w moim przypadku, to spotkałem już tak wielu ludzi, którzy właśnie o to Go podejrzewali. On musiał sie pomylić... Ale Jego decyzje są stanowcze i konsekwentne. On sie nie waha. A dlaczego? Ponieważ nasze powołanie wyprzedza nasze pojawienie sie na tym świecie. Bóg najpierw mnie obmyślił, zaplanował, tkał, a dopiero potem posłał na świat. On nie miał wątpliwości kim chce, abym był... Wątpliwości to tylko moja domena. Choć jestem wielkim szczęściarzem, bo i tych mi Pan Bóg oszczędził...

Imię i tożsamość. Wiem kim jestem i chcę nim być. A jednocześnie nie chcę być nikim innym. Może właśnie dlatego Pan mnie używa. Bo sie nie bronię? Co więcej - kocham te robotę... A zatem cel i kierunek przez Niego wytyczone również akceptuję... A resztę robi On sam... Jak choćby wczoraj. Wspominałem, że byłem u fryzjera. W jakimś wypaśnym salonie, bo tylko taki był w pobliżu. Strzygł mnie młody człek. Słowo do słowa i... ojcze, a ja jestem na drodze neokatechumenalnej... Jak pięknie nam się rozmawiało. Opowiedział mi o swoim nawróceniu. Powiedział mi cudowną rzecz - ojcze, chodzę codziennie do pracy pieszo i... ja widzę Boga. Łzy mi stanęły w oczach i powiedziałem mu - niech Pan sobie wyobrazi, że ja też... Ja też Go widzę... Naprawdę...

piątek, 22 sierpnia 2014

Tata obiecał....


zdj:flickr/Sanctuary photography → back ! maybe :p/Lic CC
Mili Moi...
Od czterech dni nie wyściubiłem nosa za próg. Nawet na jeden moment. Posługa pełną gębą. Jak nie rozmowy indywidualne, to spowiedź, czy modlitwa wstawiennicza. Ale są i chwile nagrody. Dziś jedna z sióstr przyszła i stwierdziła - pierwszy raz w życiu DOŚWIADCZYŁAM miłości Bożej. Nie ma większej radości dla mnie. Żadne pieniądze nie są warte tyle, ile takie wyznanie... Siostry rzeczywiście głęboko wchodzą w treści rekolekcyjne, a ja mam sporo jakichś duchowych inspiracji...

Do najważniejszego pytania rekolekcji urosło - co dobrego dziś Pan Jezus powiedział o siostrze? Zdałem sobie sprawę, że my jesteśmy tak skoncentrowani na tym, co w nas złe, że odwykamy z czasem od patrzenia na dobro. Szalenie trudno wówczas zobaczyć swoje talenty, dary, swoje piękno i wewnętrzny urok. A przecież to wszystko patrząc na nas widzi Bóg. Musimy się nauczyć patrzeć na siebie Jego oczami. A opór przed tym jest wielki - no bo jak to tak dobrze mówić o sobie? Przecież to pycha... Ale przełamujemy te opory i jest coraz lepiej.

Dziś na przykład poczułem wielkie przynaglenie, żeby zachować sie jak Ezechiel, któremu Pan rozkazuje prorokować nad wyschłymi kośćmi, przywracając je do życia. Ośmielony tym pierwszym czytaniem, wyciągnąłem po komunii nad siostrami ręce i prorokowałem do Ducha. Wzywałem Go nad wszystkim, co w nich umarłe, prosiłem o ożywienie. Powiedziałem Jezusowi - Panie, nie ma tu Ezechiela, proroka mocnego słowa. Masz tylko mnie, kapłana. Ale skoro na moje wołanie zstępujesz na ołtarz, to ośmielę się wołać również o Ducha. Niech On wskrzesza to, co umarłe...

Sporo inspiracji kaznodziejskich również. Pan przychodzi w obrazach. Dziś Ewangelia o przykazaniu miłości, które jest najważniejsze z ważnych. A ja mam obraz Jezusa, u którego na kolanach siedzi dziecko, a On snuje wielką opowieść o miłości. Nawiązując do początków świata mówi do malucha - wiesz, mój Tata tak to wszystko zaplanował i tak obmyślił, że będziesz miłował Pana Boga swego, z całego serca, z całego umysłu, ze wszystkich sił; i powiem ci jeszcze coś - Tata zaplanował, że będziesz miłował swego bliźniego, jak siebie samego... Ale to jeszcze nie koniec. Bo On miał jeszcze taki pomysł, żebyś nie miał bogów cudzych przed Nim. A do tego jeszcze Jego genialną intuicją jest, żebyś nie wzywał Jego imienia do czczych rzeczy. A w ogóle, to postanowił, że użyje twoich rodziców jako współpracowników miłości i urodzisz się dzięki nim. I dlatego Tata mówi - będziesz czcił swojego ojca i matkę. No i jeszcze w Jego planie jest, żebyś nie zabijał, nie kradł, nie cudzołożył...

Tata uczynił cie do tego wszystkiego zdolnym. On włożył to wszystko w Twoje serce. On ci to obiecuje. Możesz być pewien, że będziesz umiał. Jeśli tylko zechcesz, to z cała pewnością się uda. Nie musisz sie martwić. Podzieliłem się tym obrazem. Oddźwięk - ojcze, jak długo żyje nie słyszałam czegoś równie krzepiącego... Łaska nam towarzyszy. Mam co do tego głębokie przekonanie. Im bliżej końca, tym siostry również odważniejsze. Przychodzą i proszą o modlitwę, w której pochylamy się nad poważnymi ranami. Dlatego proszę was o modlitwę, żebyśmy byli tu szczególnie chronieni, bo spodziewam się, że demon będzie się wściekał wobec tego, co tu się dzieje. Niejedne jego sidła zostają tu bowiem skruszone - sidła lęku, niewiary w siebie, braku przekonania o swojej wartości. Kobiecość rozkwita na naszych oczach. Człowieczeństwu przywracana jest wartość. A wszystko to dar Jezusa, wobec którego jestem tylko posłańcem. Ale jakim szczęściem jest dla mnie patrzeć na uśmiechnięte buzie adresatów :)

wtorek, 19 sierpnia 2014

hola bogaczu!!!


zdj:flickr/doctorwonder/Lic CC
Mili Moi...
No to ruszyliśmy z kopyta... Dziś o Ewie i o tajemnicy kobiecości. O tym drugim powołaniu. Pierwsze jest do życia, a drugie do płciowości. Oba niezależne od nas, ale ich podjęcie i zrealizowanie ma już wiele wspólnego z naszym wysiłkiem. Dziś mówiliśmy o wielu cechach kobiecości, które nie są przekleństwem, ale wyrazem błogosławieństwa Boga, zarówno dla samych kobiet, jak i dla nas, mężczyzn...

Wczoraj zaoferowałem cały pakiet posługi kapłańskiej, obejmujący również rozmowy indywidualne, czy modlitwę wstawienniczą. Zainteresowanie przeszło najśmielsze prognozy. Na rozmowy zapisało się... 12 sióstr. Każda ma do dyspozycji 20 minut. Łatwo więc obliczyć... Zaczynając o 16.00, z małą przerwą na Nieszpory, kończę niemal o 21.00. Szał... Nie bardzo wiem, jak się nazywam. Ale radości mam w sercu nieprawdopodobnie dużo. Że mogę służyć... Dziś mówiłem Jezusowi - zrobię wszystko, co zechcesz, tylko dodaj sił, żebym fizycznie dał radę... Na modlitwę wstawienniczą też zapisują sie powoli kolejki. Wygląda więc na to, że jutro nie będzie czasu podrapać się za uchem (ani na nic innego) :)

A Słowo? Dziś zaskakuję mnie reakcja uczniów... Jezus mówi o bogatych, którym trudno wejść do Królestwa, a uczniowie sie przerazili... Dlaczego? Przecież nie należą do tej kategorii. Są biedakami utrzymującymi się z pracy własnych rąk. Żaden z nich, zwłaszcza kiedy poszli za Jezusem, nie należał już do zamożnych. Mało tego - pytają z trwogą - któż więc może się zbawić. To sugerowałoby, że bogactwo jest tak powszechną przypadłością, że właściwie wszyscy mają z tym problem... Gdy tymczasem codzienność zdaje sie nam tego nie potwierdzać. Musi więc w tym być jakieś "podwójne dno" i zdaje się, że jest nim znacznie szersze rozumienie bogactwa, niż tylko materialne. Bogatym można być na wiele sposobów. Dopiszcie sobie sami ich nazwy...

Jedno co warto zauważyć, to rodzaj niebezpieczeństwa, które się z tymi wszelakimi bogactwami wiąże. Wydaje się, że najgroźniejsza jest niezależność, samowystarczalność, a co za tym idzie - wyniosłość serca. Bogate serce bardzo często nie ma już miejsca ani dla człowieka, ani dla Boga. Ma tylko miejsce dla swoich bogactw, które stają się więzieniem i niewolą dla człowieka. A Pan, w swoim miłosierdziu, czasami decyduje się nas nieco "przewietrzyć" i uwolnić nas od tych wszędobylskich, pochowanych w różnych zakamarkach, naszych skarbów. Wydaje nam się często, że bez nich nie damy rady żyć, aż do czasu, kiedy je tracimy. Odzyskiwanie wolności boli, ale zawsze jest zmianą na lepsze, bo Bóg nigdy nie zabiera tylko po to, żeby zabrać. Zawsze gdy zabiera, chce dać coś innego, większego, lepszego, piękniejszego... Jego skarby są zawsze cenniejsze, niż nasze własne... Ile jednak kosztuje, żeby to zrozumieć...

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

o czym nie chcesz gadać?


zdj:flickr/Lawrence OP/Lic CC
Mili Moi...
Spędziłem dziś cudowny dzień z książką w ręku. Nikt mi nie przeszkadzał, nikt mi sie nie narzucał. Słonko świeciło w okno, a ja zwiedzałem Stany Zjednoczone z Johnem Steinbeckiem i jego "Podróżami z Charleyem". Takie błogie nieróbstwo, które było miłym przerywnikiem pomiędzy pracowitymi duchowo dniami. Ale dziś też posiedziałem sobie dłużej nad Słowem, posiedziałem nieco w kaplicy. Czyli generalnie dzień udany pod każdym względem.

A wieczorem rozpoczęliśmy nasze rekolekcje. Sióstr jest ponad trzydzieści. W różnym wieku, choć chyba dominują młode. To nieco inaczej, niż rok temu, kiedy proporcje były raczej odwrotne. A Pan, jak zawsze, zadbał o odpowiednie Słowo na rozpoczęcie tego czasu. Ja nie mogę sie nad tym przestać zachwycać. Słowo jest punktualne. Zawsze na czas. Pan przygotowuje wszystko sam, a nas tylko zaprasza do skorzystania. Jak nazwać tych, którzy w takich okolicznościach tego nie robią, nie korzystają? Przychodzi mi do głowy kilka określeń, ale przez grzeczność ich nie zacytuję :)

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że młodzieniec, który dziś przychodzi do Jezusa ma znakomite mniemanie o sobie. On naprawdę wierzy, że wszystko w jego życiu jest jak najbardziej w porządku. Taki mistrz świata. Czuje się całkowicie bezpieczny, bo przecież ów nauczyciel nie może mu postawić w ramach wymagań niczego, czego on by juz nie robił. Ma przewagę, bo realizuje wszystko, co konieczne do otrzymania życia wiecznego. On to wie. I to jeszcze bardziej go pokrzepia.

Po co pyta? Może tylko tak, prowokacyjnie, żeby nauczyciel go pochwalił, a może nawet uczynił wzorem dla innych. Mam wrażenie, że jedyna rzecz, której się spodziewa to poklepanie po ramieniu i stwierdzenie - tak trzymaj chłopie, jest właściwie nawet lepiej, niż dobrze. Na zadane pytanie Jezus wskazuje mu pewną ogólną drogę, bazę, fundament. I znów widzę jak ten człowiek rozkwita z każdym wymienionym przez Jezusa przykazaniem. Każde bowiem z nich budzi w nim radość - mam to... Trochę tak, jak gracz w totka, który sprawdzając kupon po losowaniu, odnajduje na nim wylosowane liczby. Wygrana wisi na włosku...

Wystarczyłoby, żeby zabrał to dobre samopoczucie i odwróciwszy się, odszedł w swoją stronę. Może ocaliłby to błogie, znakomite przekonanie o sobie samym i swojej relacji z Bogiem. Ale to hazardzista, ryzykant (a może tylko ktoś, kto naprawdę potrzebował pochwały, a wciąż jej nie dostał). Pyta więc - co jeszcze??? I Jezus odpowiada, uderzając w tę sferę życia, której z cała pewnością ten młodzian nie chciał z Nim omawiać. Zresztą pewnie i tu czuł się znakomicie. Wszak bogactwo było rozumiane jako znak szczególnego wybrania i błogosławieństwa Boga. Nie spodziewał się, że to mogłaby być jakakolwiek przeszkoda. Tymczasem Jezus rozwala w pył jego dobre samopoczucie. Ów człowiek odchodzi smutny. Tu jest jakiś znak nadziei, bo ma jeszcze w sobie jakąś zdolność odczuwania, a to pozwala sądzić, że jest również zdolny do refleksji, która może przyszła z czasem... Ale nie dziś...

Jak się to ma do rekolekcji? Ano warto sobie na początku uświadomić, czy ja chcę naprawdę usłyszeć to, co Jezus ma mi do powiedzenia. Bo być może chcę tylko, żeby poklepał mnie po ramieniu i powiedział - jesteś świetnym kandydatem na świętego, tak trzymaj... Może oczekuję, żeby rekolekcje były czasem zupełnie nieinwazyjnym, żeby nie dotykały niczego ważnego, żeby je po prostu przeżyć... Jest na to znakomita metoda. Trzeba spełnić trzy warunki - dużo spać, dużo jeść i dużo gadać z innymi. Wówczas człek na pewno nie usłyszy nic... Ale jeśli naprawdę chcę spotkać Jezusa mówiącego do mojego serca, to musze mieć motywację wczorajszej Kananejki - muszę wiedzieć, że walka toczy się o moje życie, a ja nie jestem jej obserwatorem... Jak będzie w Krakowie? Najbliższe dni nam objawią...

Jak będzie w moich i twoich rekolekcjach życia??? Zostaniesz z Nim, czy odejdziesz smutny? To zależy od tego, jak słuchasz... I co chcesz usłyszeć :)

niedziela, 17 sierpnia 2014

rekolekcyjny ogień...


zdj:flickr/Nomadic Lass/Lic CC
Mili Moi...
Rekolekcjonista lotny ze mnie... Przeleciałem delikatnie nad ziemią znad morza na drugi kraniec Polski. Jestem już w Krakowie. A drogi wiodły przez Częstochowę. Wczoraj zakończyłem rekolekcje dla wspólnoty Źródło Wody Żywej, a w nocy pojechałem do Mamy, żeby sie trochę poskupiać przy Niej. Niestety, całe moje skupienie wyraziło się w słowach - niech Cię nawet sen nasz chwali. Poza tym na Jasnej Górze niedzielny tłok, a niedziela ma to do siebie, że więcej tam turystów, niż pielgrzymów. Dziś też spora Ogólnopolska Pielgrzymka Elektryków i Energetyków. Generalnie dużo ludzi, jak to w sierpniu.

W Krakowie rzecz jasna nie jest inaczej. Zabrała mnie siostra Kanizja na spacer, więc połaziliśmy nieco. Ma to miasto coś w sobie. Dziś jednak jestem tak zmęczony, że nawet nie umiałem sie tym głęboko ucieszyć. Ale warto było wyjść, bo jak znam życie, to podczas tych tygodniowych rekolekcji nie będę miał czasu wyjść nawet na spacer do ogrodu, a co dopiero pojechać do miasta. Tak zresztą być powinno. Rekolekcje to nie sielanka, nie wypoczynek, nie dodatkowy tydzień urlopu. Zawsze się buntowałem przeciwko takiemu ich rozumieniu - zarówno jako uczestnik, jak i jako prowadzący. Prawdziwe rekolekcje to ciężka praca, to walka, to trud, zmaganie się ze sobą. Ci, którzy uczestniczą w rekolekcjach przeze mnie prowadzonych, wiedzą, że nie przesadzam. To jest też czas walki Boga o moją duszę. Po dobrze odprawionych rekolekcjach, uczestnik powinien być zmęczony, nie wypoczęty. Praca duchowa naprawdę kosztuje. Niestety wciąż spotykam się z próbami przedstawiania tego czasu, jako jak najmniej inwazyjnego. A na to we mnie nie ma wewnętrznej zgody.

Żeby dobrze odprawić rekolekcje potrzeba dużej dozy wytrwałości. Może takiej, jaką dziś pokazuje kobieta kananejska, która się nie zniechęca milczeniem Jezusa. Mogłaby. A jednak nalega z wiarą. Prosi. Krzyczy. Wydaje jej się, że może ostatnia szansa właśnie ją mija. Być może zdaje sobie sprawę, że poza Jezusem nie ma juz żadnego ratunku. Ona walczy o życie swojego dziecka - kogoś, kogo kocha najbardziej. To daje jej taką motywację, której nic nie jest w stanie skruszyć - ani milczenie Jezusa, ani Jego szorstka skądinąd odmowa. Kobieta nie rezygnuje łatwo, nie poddaje się, nie kapituluje. Choć wydaje się, że sprawa jest przesądzona. Sugeruje to postawa uczniów - odpraw ją, bo krzyczy za nami. Oni są przekonani, że nic z tego nie będzie. Im wydaje się, że Jezus juz podjął decyzję. Tymczasem On budzi w niej jeszcze większą tęsknotę.

Nie zdarzało Mu się to zbyt często. Być może wiedział, że wobec tej matczynej miłości może zachować się w ten sposób, być może chciał, żeby Kananejka jeszcze bardziej doceniła dar, który miał stać sie jej udziałem. Łaska ostatniej godziny - to dość częste zjawisko podczas rekolekcji. Wierność do końca, która okazuje się źródłem cennych darów, które, bywa że przychodzą wówczas, kiedy już wszyscy inni rekolekcje zamknęli. Czasem Jezus, który milczy przez kilka dni, zaczyna mówić wobec wiernego ucznia, wytrwałego słuchacza, dopiero na kilka chwil przed wyjazdem. Zwykle to, co wówczas mówi wstrząsa posadami duchowymi. Niech ci sie stanie, jak chcesz - mówi do Kananejki. Co i kiedy dokładnie powie do sióstr nazaretanek w Krakowie? Tego nie wiem... I one nie wiedzą... Ale mamy kilka dni, żeby się w Niego wsłuchać...

piątek, 15 sierpnia 2014

od czego zacząć???


zdj:flickr/Viewminder/Lic CC
Mili Moi...
Od wczoraj jestem w Dębkach. Prowadzę tu rekolekcje dla charyzmatyczno - ewangelizacyjnej wspólnoty Źródło Wody Żywej z Gdańska. Przybyło około czterdziestu osób i uczymy się wspólnie Jezusa z Ewangelii św. Marka. Całe rekolekcje są bardzo krótkie, a przez to bardzo intensywne. Tylko dziś wygłosiłem cztery godzinne wprowadzenia do medytacji, co sprawiło, że wieczorem nie do końca wiem jak się nazywam. Za bardzo mnie to angażuje emocjonalnie. Po prostu dużo z siebie daję. Ale ludzie piękni. Mocno wchodzą w Słowo. Ono ich kruszy, łamie, odziera z iluzji, z dobrego myślenia o samych sobie. Dziś poszli spać z Judaszem i moimi najlepszymi życzeniami - żeby przeżyli noc Judasza, żeby nie spali, żeby im było źle i żeby rano przyszli zmęczeni... Muszą umrzeć dziś, żeby jutro mogli zmartwychwstać. Rekolekcje ze wszech miar nietypowe. Jest na przykład z nami Ewelina, bardzo młoda dziewczyna z zaawansowanym nowotworem trzustki. Bywa, że mdleje z bólu. Ale jestem zbudowany opieką jaką zapewnia jej wspólnota. Mamy tu też lekarza więc bez strachu. Ale gorąco polecam waszym modlitwom to dziecko... Modlimy się za nią już długo przez przyczynę służebnicy Bożej Antonietty Meo. Proszę, dołączcie do naszego wołania o jej uzdrowienie. Prośmy o wiele, aby Pan mógł nam dać wiele...

Dziś natomiast święto człowieczeństwa. Tak sobie pomyślałem, bo przecież wyniesienie Maryi jest zapowiedzią tego wszystkiego, czego i my, każdy z nas ma doświadczyć u kresu czasów. Czytając dziś Słowo o spotkaniu człowieka - Maryi z człowiekiem - Elżbietą i z człowiekiem - Janem Chrzcicielem myślę sobie, że tam naprawdę wiele prawd o nas sie objawia. Ile tam jest uczucia, ile prostej radości, ile życzliwości, ile namysłu nad Bożym działaniem. Człowieczeństwo jest naszym pierwszym powołaniem i zadaniem. Mamy je realizować na drodze cielesności, płciowości, psychiki, ducha. Wiele tych płaszczyzn, ale dziś pomyślałem o rzeczach najprostszych, przez które objawiamy siebie innym. I z pewnością nie są to kwestie duchowe. Bo pierwsze, co widza ludzie w kontakcie z nami, to wcale nie piękno naszego ducha, ale... No właśnie - nasze ciało. A z nim nasz zapach, nasze spojrzenie, nasze gesty, nasze maniery, naszą mimikę twarzy. Tyle prostych spraw, przez które przeziera nasze człowieczeństwo. To poziom tych spraw daje nam pierwszy obraz. Może więc warto o te najprostsze wymiary człowieczeństwa zadbać?

Bóg nam nigdy człowieczeństwa nie odbiera. Stworzył nas ludźmi i jako ludzie umrzemy. Chyba, że sami zdecydujemy inaczej. Czasem mówi się o kimś, że zatracił swoje człowieczeństwo. Ale ono jest tak naprawdę niezbędne, żebyśmy mogli zostać zbawieni, bo jest elementem naszej natury. Wszelka łaska zaś tę naszą naturę uwzględnia. Obyśmy jeszcze pozwalali owej łasce naszą naturę doskonalić. Mam czasem taką obawę, że jesteśmy tak bardzo skupieni na duchowości, że zapominamy o cielesności, o tych wymiarach człowieczeństwa, które są naprawdę również ważne. Kolejność jest ważna. Pewnie dlatego Jan Paweł II zalecał w Pastores dabo vobis trójstopniową formację kleryków - ludzką, duchową, kapłańską. Bez tej ludzkiej próżno się spodziewać sukcesów na pozostałych płaszczyznach.

Wniebowzięta... Matka Niepokalana... Człowiek w pełni zrealizowany. W Niej podobieństwo i obraz Boży osiągnęły szczyt. Współpracowała z łaską. I ceniła małe rzeczy - szczery uśmiech wobec Elżbiety, życzliwą troskę wobec małego Janka (zwanego później Chrzcicielem), prawdziwą radość ze spotkania. CZŁOWIECZEŃSTWO - od czegoś trzeba zacząć...