czwartek, 27 sierpnia 2015

z głębi mojej biedy...

zdj.za:http://sanktuariapolskie.info/diecezje/28/czestochowska/aktualnosci/1583/kopia-czestochowskiej-ikony-w-polsce
(J 2,1-11)
W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: Nie mają już wina. Jezus Jej odpowiedział: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem - nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli - przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

Mili Moi...
No nareszcie się dziś nieco ogarnąłem i zabrałem do dzieła. Wiem już, że nasze odnowowe rekolekcje będą poświęcone tematowi wspólnoty i oprą się na słowach świętego Pawła - Nikomu nie bądźcie nic dłużni poza wzajemną miłością. Kto bowiem miłuje bliźniego, wypełnił Prawo. (Rz 13,8). Teraz jeszcze pozostaje tylko zrodzić cztery konferencje i będzie dobrze... Ale jestem nastawiony optymistycznie :)

A dziś wybrałem się na dzielnię... Już dawno nie wygłosiłem habitowego kazania na ulicy... Odkąd praktykuję kijaszki, to bardzo rzadko zdarza mi się wyjść na dodatkowy spacer różańcowy. Dziś sobie przypomniałem kto mieszka w okolicy i jak to jest, gdy wszyscy na ciebie patrzą nie mając pojęcia kim jesteś :) Ileż to razy pada za mną klasyczna fraza znana wszystkim z amerykańskich filmów – what the fu**? Błogosławię... A tym, którzy chcą, tłumaczę... Dziś dwaj mili jegomoście i towarzysząca im dama, gaszący dojmujące pragnienie ósmą puszką chmielowego soku wyrazili chęć bliższego poznania mojego pochodzenia :) Zaprosiłem ich do naszego kościoła... A jakże... Mam nadzieję, że kiedyś przyjdą... Jezus ich znajdzie...

A myślą dziś na Jasnej Górze... Byłem tam w czerwcu, ale... Najlepiej czuję się wchodząc tam po dwóch tygodniach pielgrzymowania. Inaczej, czegoś mi brakuje... A właściwie po co ludzie to robią? Przecież samochód, autobus, pociąg.. Są prostsze sposoby na dotarcie do Domu Matki... Myślę, że to wiara w sens podejmowania wysiłku, trudu. Pielgrzymowanie to takie osobiste zaangażowanie w polecaną Bogu intencję. Nie tylko proszę, ale chcę też dać coś z siebie. Wiedząc, że Bóg mógłby i bez tej mojej ofiarki się obejść, podejmuję ją z zaufaniem w Jego dobroć...

I w Kanie mógł się obejść bez ludzi... Mógł własnym tchnieniem napełnić stągwie wodą. Mógł sprawić, że wszyscy czuliby się nasyceni winem, którego wcale nie musiał stwarzać, mógł... Tysiąc sposobów na wykonanie tego cudu... A on wybrał mozolne noszenie wody przez proste sługi. I to oni doświadczają cudu, wiedzą o nim, zauważają go. Bo są zaangażowani. Bo ich ręce miały w nim swój udział. Jakie to musi być dla nich fascynujące...

Może podobnie jest z pielgrzymami... Dochodząc i patrząc wieczorem na swoje nogi wiedziałem, że będę je leczył przez miesiąc, ale takiego poziomu radości nigdy i nigdzie indziej nie doświadczałem. Byłem pewien, że Bóg patrzy na ten wysiłek z miłością. A przed obrazem zwykle nie umiałem powiedzieć nic więcej poza – Mamo, jestem, po raz kolejny... A odkąd przewodziłem grupie, mówiłem jeszcze – doprowadziłem ich znowu... Dziękuję... Wzruszenie odbierało mi głos, mieszało słowa... Cel... Po tylu dniach...

I kiedy czytam świętego Maksymiliana, to w całym Jego spojrzeniu na Maryję najbardziej dotyka mnie jedno jego przekonanie – nie możesz przesadzić w miłości do Maryi, bo choćbyś nie wiem jak się po ludzku starał, to nigdy nie będziesz Jej kochał tak, jak kochał Ją Jezus... Przyjmij więc Matko tę moją miłość, której od dwóch lat już nie mogę poprzeć zbolałymi nogami... Przyjmij te wszystkie słowa, które dziś wzbierają w moim sercu... Przyjmij mnie w biedzie i słabości... Nic nie mam... Przyjmij więc to nic... I nie zapomnij o mnie...

środa, 26 sierpnia 2015

prawnicy...

zdj:flickr/Brian Wolfe/Lic CC
(Mt 23,23-26)
Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz pomijacie to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie opuszczać. Przewodnicy ślepi, którzy przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda! Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są zdzierstwa i niepowściągliwości. Faryzeuszu ślepy! Oczyść wpierw wnętrze kubka, żeby i zewnętrzna jego strona stała się czysta.

Mili Moi...
Wczorajszy dzień to znowu gościna... Tym razem u nas... Siostry z Newarku postanowiły zobaczyć jak my żyjemy i pojawiły się w naszym klasztorze spędzając z nami cały poniedziałek. Dużo dobrych rozmów, dużo poczucia wspólnoty i takiego radosnego odpoczynku... Wieczorem zaś pierwsze spotkanie zarządu polskiej szkoły, co niestety bardzo wyraźnie przypomina, że wkrótce rozpoczną się moje ulubione, sobotnie spotkania z najmłodszym gronem Polaków :)

Swoją drogą czas się już mocno zabierać za rekolekcje, na które wkrótce wyjeżdżamy ze wspólnotą Odnowy. A ja oczywiście jeszcze w proszku. Mam nadzieję, że Duch powieje silnie i coś w najbliższych dniach zrodzę, bo niby się nie obijam, a jednak zasiąść do tego, co pilne i ważne ciągle nie mogę. Zrzuciłbym chętnie na pogodę, ale klimatyzacja w pokoju nie bardzo mi na to pozwala. Bo mimo tego, że za oknem wciąż parno i duszno, to u mnie w celi zakonnej można spokojnie trzymać żywność... Jak w lodówce :)

A w komentarzu do dzisiejszego Słowa wyczytałem, że pobożni Żydzi wylewali wino, w którym utopiła się mucha (względnie komar, tudzież inny insekt), średnio pobożni przecedzali wino, a niepobożni wypijali je z muchą. Nawet taki banał jak owad, który był uważany za zwierzę nieczyste mógł stać się miernikiem ludzkiej pobożności... Mięta, koper, kminek... Drobiazgi. Rzeczy nic nie znaczące, które urastały do rangi dogmatu...

W innym miejscu Jezus powie o faryzeuszach, że wkładają na ludzi ciężary, których sami palcem nie tykają. Tak częstokroć bywało. Jako wyedukowani i bardziej biegli w prawie, niż inni, faryzeusze częstokroć znajdowali możliwości omijania niewygodnych przepisów, których zachowania z całą surowością domagali się od innych. Bywało, że te wymagania okazywały się dla ludzi niszczące. Po prostu nie mieli sił ich dźwigać. Nie byli w stanie im sprostać.

Jezus przyniósł wolność... Zniósł Prawo? Nie... Przywrócił tylko właściwe proporcje, które mocno zostały zachwiane. Rzeczy ważne znów stały się ważne, podczas gdy mniej ważne zajęły należne im, dalsze miejsca. I kiedy czytam wiele dyskusji internetowych na temat drobiazgowego przestrzegania prawa, to modlę się, żeby On znów przyszedł... I żeby jeszcze raz pokazał co jest ważne... Bo ani tam miłości, ani miłosierdzia, ani dobrego serca. Ale za to dużo pogardy, pychy i zaślepienia... Jedyni sprawiedliwi, to ci, którzy trzymają się litery. Całą reszta, która nie nadąża? Cóż... Nie zasługuje na miano chrześcijan...

Lekceważyć prawo? Żadną miarą... Uczyć jego wartości poprzez osobistą wierność i postawę miłości wobec nieznających go... A takich nauczycieli nie spotykam... Przyjdź Panie Jezu...

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

przebóstwieni...

zdj:flickr/Alan Creech/Lic CC
(J 6,54.60-69)
Ucząc w synagodze w Kafarnaum Jezus powiedział: Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. A spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, wielu mówiło: Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać? Jezus jednak świadom tego, że uczniowie Jego na to szemrali, rzekł do nich: To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem? Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem. Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą. Jezus bowiem na początku wiedział, którzy to są , co nie wierzą, i kto miał Go wydać. Rzekł więc: Oto dlaczego wam powiedziałem: Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli mu to nie zostało dane przez Ojca. Odtąd wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: Czyż i wy chcecie odejść? Odpowiedział Mu Szymon Piotr: Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga.


Mili Moi...
I oto niedziela kolejna za nami... Wczoraj wieczorem bardzo miłe spotkanie z siostrami w Newarku. Wspominałem już o tym, że o 100% wzrasta mi liczba słuchaczek konsekrowanych. W minionym roku skupienia prowadziłem dla dwóch sióstr, a w najbliższym aż dla czterech. Wszystko to w porównaniu do Polski inne... Odległości większe, wspólnoty mniejsze. Ale zapał ten sam... 

A dziś... Dawno już nie odprawiałem tylko jednej Mszy w niedzielę. Sam poczułem się jak na wakacjach... Ale za to z radością stwierdziłem, że ludzi zrobiło się nieco więcej, co jest oznaką kończących się wakacji. A nas to cieszy, bo im bardziej mury naszej katedry pustoszeją, tym smutniej, a im nas więcej, tym radośniej.

A pytanie Jezusa skierowane do uczniów uzmysławia mi, że decyzja o pozostaniu, czy odejściu, jest decyzją codzienną, ponieważ relacja z Jezusem jest dynamiczna i każdego dnia oczekuje On czegoś nowego. Albo w to wchodzę, albo się poddaję i jakbym wówczas rezygnował. Chodzenie za Nim domaga się wielkiej odwagi. Na szczęście jednak nie trzeba jej szukać w sobie, bo chyba nikt z nas nie jest zdolny do zakwestionowania logicznych zasad, którym podlega nasz rozum i do uwierzenia w to, co nie mieści się w głowie. Takiej odwagi może udzielić nam tylko On. Odwagi klęknięcia przed tajemnicą. Jeśli człowiek ją odkryje, wówczas przestaje się liczyć to, co inni mają na ten temat do powiedzenia, przestają się liczyć głosy mędrców, zaczyna się liczyć tylko Jego głos i Jego Słowo.

Fundamentalizm? Nieeee.... Radykalizm ewangeliczny. Wiara w to, że Mówiący jest prawdomówny. I jeśli deklaruje, że będzie nas karmił swoim Ciałem, to nie oszukuje. I czyni to, przemieniając nas jednocześnie w siebie. Stajemy się tym, co spożywamy, jak powiadał św. Leon Wielki. Bóg chce dokonać przebóstwienia naszego życia, chce w nim być obecny w sposób szalony, intymny, najbliższy z możliwych. A my? No nie przesadzajmy Panie Jezu... Mamy takie ciekawe życie... Jest tyle spraw... Ty jesteś jedną z nich, tą niedzielną, świąteczną, rzadką, niekonieczną... Nawet jeśli opuścimy Mszę, to przecież za tydzień będzie następna... Komunia święta??? Nooo... Może nie dziś... Jakieś tam grzeszki... Spowiedź??? No bywam... Jak czuję potrzebę... Ale dziś nie czuję... Potrzeba zwykle przychodzi na święta... Tak to już z potrzebami bywa – trudno przewidzieć kiedy się pojawią...

Klepiemy więc Panie Jezu tę duchową biedę... Ale przecież jest dobrze... Obowiązki wypełniamy. Wszyscy wokół mówią, że Ty nas kochasz. Jest tylu gorszych od nas. Więc ostateczny bilans na plusie... I powinieneś być zadowolony... Tylu ludzi dziś odchodzi, przestają chodzić do kościółka. A my przecież wciąż chodzimy. Więc umówmy się, że będziemy się wzajemnie szanowali Panie Jezu. Ty uszanujesz nasze potrzeby, a my uszanujemy... no coś tam uszanujemy. Jeszcze się zastanowimy co...

My wierzący...

sobota, 22 sierpnia 2015

Obecność... życie... sens...


zdj:flickr/paulmcdee/Lic CC
(Mt 22,34-40)
Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał, wystawiając Go na próbę: Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On mu odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy.


Mili Moi...
A ja dziś wybrałem się na długo już planowany dzień skupienia. Gdzie? No jak to gdzie? Na pustynię... Jeśli istnieje jakaś lepsza pustynia, niż Nowy Jork, to mi ją wskażcie... Tam jest wspaniale... Miejsca bezwodne, bez życia, pustka duchowa, mnóstwo niebezpieczeństw... Prawdziwa pustynia... Na szczęście są jeszcze zielone oazy... Miejsca, w których Bóg jest uwielbiany i adorowany. Ja dziś odwiedziłem trzy takie kościoły – św. Pawła, św. Wincentego Ferreriusza i katedrę św. Patryka...

Być może wydaje Wam się dziwne, że na skupienie pojechałem do wielkiego miasta. Ale muszę przyznać, że najpiękniejsze chwile pustyni i najgłębsze przemyślenia wiążę z dwoma momentami mojego życia. Mianowicie pierwsza pustynia, na którą nas wysłano, to był jeden z dni podczas rekolekcji na zakończenie nowicjatu. Spędziłem go w parku miejskim w Gnieźnie. Drugi, zapamiętany przeze mnie, to dzień pustyni podczas rekolekcji w czasie drugiego nowicjatu, czyli bezpośredniego przygotowania do ślubów wieczystych. Spędziłem go w parku w Żywcu. W tych miejscach najlepiej pojąłem wartość mojego powołania, potrafiłem je odróżnić od wszystkich innych powołań. Obrazy przesuwające mi się przed oczami uświadamiały mi co wybieram, a z czego rezygnuję. Tam najgłębiej pojąłem do czego zaprasza mnie Pan. Przechodzący ludzie wcale nie przeszkadzają mi w skupieniu, a szum i gwar tylko potęgują pragnienie schronienia się w Bożym sercu...

Dziś nie było inaczej... Skupienie w Wielkim Jabłku, jak niektórzy nazywają Nowy Jork, uzmysłowiło mi, że to jabłko jest mocno nadgnite. Pan postawił mi przed oczami grzech – śmierć niewinnych, abortowane dzieci, złamane życiorysy, prostytucję i wiele innych skaz na obliczu tego miasta i zaprosił mnie do wielkiej modlitwy przebłagalnej... Zobaczyłem, że tak wiele osób pędzi gdzieś bez celu i bez zrozumienia, niczym programy w filmowym matrixie, które ktoś stworzył, ale one same nie wiedzą po co istnieją...

Zdałem sobie sprawę, jak bardzo szarość mojego habitu nie przystaję do kolorów i wszelkich wzrokowych bodźców, na które wystawieni są ludzie. A jednocześnie zobaczyłem, że właśnie przez tę swoją zwyczajność, jest on czymś, od czego ludziom trudno oderwać wzrok. Poczułem się znów bardzo obdarowany. Moje myśli pobiegły w stronę mojej historii... A gdyby coś poszło nie tak. A gdybym popełnił jakiś błąd, który miałby swoje konsekwencje dla mojego życia i je całkowicie inaczej rozwinął. Jak niewiele przecież brakuje, żeby samemu stoczyć się w bezsens i bezcelowość istnienia... Tak wiele jej wokół. Znów poczułem bolesny zawód, że nie znam języka wystarczająco, bo przecież tu trzeba głosić Jezusa – jedyne źródło sensu i nadziei...

Spotkałem go dziś w Joe, kloszardzie, z którym wdałem się w krótką rozmowę. Okazało się, że pochodzi z naszego Bridgeport. Bolesna historia. Inteligentny człowiek. Niczego ode mnie nie chciał. Po prostu pokazał mi, że życie ma granice, które czasem stają się dla człowieka więzieniem, z którego nie umie się wydostać...

Dobry dzień... Dużo modlitwy, dużo lektury... A zachód słońca w Central Parku ma wymiar niemal mistyczny... Tylko stać, patrzeć i uwielbiać Miłość, która to stworzyła. Po co? Dla czystego ludzkiego zachwytu. Bóg i Jego dary właśnie po to są nam objawiane – dla zachwytu, który rodzi miłość. Miłosną odpowiedź na Miłość Odwieczną. Dzisiaj znów poczułem się jakoś bliżej... Obecność... Życie... Sens...

czwartek, 20 sierpnia 2015

umęczeni skwarem dnia..



zdj:flickr/amira_a/Lic CC
(Mt 20,1-16a)
Jezus opowiedział swoim uczniom następującę przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam. Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? Odpowiedzieli mu: Bo nas nikt nie najął. Rzekł im: Idźcie i wy do winnicy! A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych! Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty. Na to odrzekł jednemu z nich: Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi.

Mili Moi...
Ostatnie dni pracowite okrutnie, choć zadania podejmowane, są dość prozaiczne. Niezbędne jednakowoż. Towarzyszy im jednak satysfakcja, że właściwie żadna godzina nie została zmarnowana. To generalnie rzadkość, dlatego cieszy pewnie podwójnie. Pomiędzy zakupami, porządkami, rozmowami i spowiedziami, spotkaniami i spacerami trwa na szczęście codzienna medytacja i lektura naukowa. Przeżywam teraz tydzień, który zwykłem nazywać „niebiańskim” z tej prostej przyczyny, że mogę pospać do 6.00, a to już bardzo dużo. To pozwala mi zachować trzeźwość umysłu na cały dzień. Myślę sobie, że również ta aktywność fizyczna, której nigdy nie było w moim życiu w nadmiarze, a teraz się pojawiła, daje mi sporo entuzjazmu do podejmowania codziennych zadań.

Z ciekawych odkryć... W Polsce zostałem obdarowany płytami z serialem „Czas honoru”. Kiedyś czytałem o nim sporo dobrych rzeczy, ale jakoś nigdy nie miałem czasu, żeby zacząć oglądać. Innymi słowy – nie dałem się wciągnąć. Wczoraj jednak długotrwałą konieczność używania żelazka zachęciła mnie do rozpoczęcia przygody z tym filmem. I muszę przyznać, że „szarpnąłem” trzy pierwsze odcinki. A że moje kinematograficzne doświadczenia ograniczają się zwykle do czasu z żelazkiem w ręku, to chyba wkrótce zaplanuję znów duże pranie. Bo film mnie „złapał”.

A dziś myślę sobie o odpowiedzialności... Żyję (jak wielu z nas) wśród pogan, którzy według słów Boga z Księgi proroka Jonasza, nie odróżniają ręki prawej od lewej. Z cała pewnością nikt ich do tej pory nie najął. Nie mają doświadczenia Winnicy, w której nie tylko się pracuje, ale również tworzy więzi, nawiązuje relacje, przeżywa Obecność. Są właściwie o krok od poznania, ale...

Wokół nich żyją chrześcijanie, którzy nie są zainteresowani szerzeniem wiedzy o Winnicy. Bo przecież ten drugi to potencjalna konkurencja. Nie daj Boże, mógłby jeszcze moje miejsce zająć. Po wtóre, nawet jeśli już jakimś cudem zostaną zainteresowani tematem Winnicy, to podpatrując życie jej pracowników (myślę o chrześcijanach w szerokim sensie) nie koniecznie chętnie się do tej Winnicy wybiorą. Postawią sobie bowiem pytanie – co ich tak naprawdę różni od nas poza tym, że są o denara bogatsi, ale również niemało spracowani? Gdyby się tak jednak stało, że wreszcie do Winnicy „się zapiszą”, to bardzo szybko doświadczą specyficznej sprawiedliwości. Może nieco korporacyjnej... Ty jesteś tu krótko, stań więc w szóstym rzędzie, bo przed tobą jest wielu innych, którzy mają prawo...

Przesadzam? Może... Ale droga tych zatrudnionych w ostatniej godzinie wcale nie jest łatwa. I pytań w ich głowach znacznie więcej, niż odpowiedzi. Dlaczego tak? Dlaczego my gorsi? Dlaczego nie zasłużyliśmy na zapłatę? Na szczęście jest ON... Ten, który jest Bogiem sprawiedliwym i ludzkie serca zna. Bo gdyby nie to... Wówczas Winnica szybko zmieniłaby się w Orwelowski „Folwark zwierzęcy”...

Wracając do początku... Trzeba tych, którzy zareklamują Winnicę... Swoim życiem zareklamują... Bo w niej ciągle zatrudniają... I dla nikogo nie zabraknie miejsca...

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

mądrości więcej i więcej...

zdj:flickr/Lawrence OP/Lic CC
(J 6,51-58)
Jezus powiedział do tłumów: Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata. Sprzeczali się więc między sobą Żydzi mówiąc: Jak On może nam dać /swoje/ ciało do spożycia? Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił - nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki.

Mili Moi...
Dzięki Bogu proboszcz już wrócił. Niedziela we dwóch przeżywana, jest znacznie łatwiejsza. Popracowaliśmy dziś dla chwały Bożej, choć kościół świeci pustkami. Czas wakacyjny ma to do siebie. Ale czy człek jeden, czy tysiące w ławach, służba winna wyglądać tak samo. Bo każdy ma prawo do przeżycia liturgii na jak najlepszym poziomie i nie może to być zależne od ilości ludzi w kościele. Choć czasem trzeba dużego wysiłku, żeby sobie o tym nieustannie przypominać.

A po Mszach był już tylko relaks... Lunch z proboszczem. Trochę snu. Spacer z kijkami. Sok ze szpinaku, pietruszki, marchewki, imbiru, jabłek, pomarańczy, selera... Dobry dzień... A od jutra... Pobudka o 6 rano... Już zapomniałem jak to jest wyspać się do bólu... W tym tygodniu sobie przypomnę...

A dziś kolejna odsłona prawdy o Jezusie i Jego Ciele, które daje życie. Tym razem, w połączeniu z pozostałymi czytaniami, ustawiona na lini “mądrość – głupota”. Biblia nie wie co to poprawnośc polityczna. Słowo nie pieści nas duchowo, ale czasem uderza bardzo mocno, żeby wyrwać nas z marazmu, żeby nas przebudzić...

Biblijni głupcy? To ci, którzy mówią, że nie ma Boga (Psalm 14). Zepsuci, popełniający ohydne czyny. To także ci, którzy nie rozpoznali Boga patrząc na to wszystko, co stworzył (Księga Mądrości 13). Czynili sobie bożków, oddając chwalę bałwanom, zamiast Bogu jedynemu. To pyszni, którym wydaje się, że są mądrzy (List do Rzymian 1), ale tak naprawdę są niewolnikami swoich ludzkich żądz. Innymi słowy – bezmyślni, zamieniający chwałę Najwyższego na błyskotki świata, trwający w grzechu, targani namiętnościami... Suche liście, które nie mają swojego miejsca, a których los jest przesądzony na ich własne życzenie. Unoszeni przez każdy powiew błędnej nauki. Smagani wiatrem opinii świata, nietrwali w przekonaniach. I pewni, że pozjadali wszystkie rozumy...

Lękam się, czy aby zastrzeżenia Żydów, które dziś wyrażają wobec Jezusa, nie są również zastrzeżeniami tak wielu osób, które mogąc, nie przystępują do Stołu Pańskiego. Lekceważenie? Brak wiary? Brak głodu? A może jednak swoje własne przekonania, które nie mają wiele wspólnego z ewangeliczną prawdą... Myślę o tym zawsze, kiedy zderza mi się ta lekkomyślna postawa wierzących z przeogromnym głodem tych, którzy nie mogą karmić się Ciałem Pana, i cierpią z tego powodu przeogromnie... Może prawdziwą jest stara filozoficzna zasada, że „byt docenia się w kontekście braku”. Może trzeba coś stracić, żeby zrozumieć jak było cenne.

Co jednak zrobić, żeby tej cienkiej granicy głupoty, przed którą przestrzega nas Słowo, nie przekroczyć? Jak nie stać się biblijnym głupcem? Niech przyjdzie prostaczek, woła dziś Mądrość w Księdze Przysłów... To po pierwsze. Prostota, która jest przekonaniem o tym, że nie jestem największym mędrcem tego świata, a co za tym idzie, wciąż muszę się uczyć. Po wtóre – uczyć się mam nade wszystko od Najwyższego. Jak napisze Paweł do Efezjan – szukajcie woli Pana. On mówi nieustannie... Do mnie i do Ciebie...

Jeśli słyszysz... Nie siedź w niedzielę w ławce... W żadną z niedziel... Zadbaj o swoje serce – przyjmij Jego miłość ukrytą w Chlebie. Bo gra idzie o najwyższą stawkę... O życie!

sobota, 15 sierpnia 2015

zmienić świat...


zdj. za: http://www.marytown.com/content/who-saint-maximilian-kolbe
12 To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. 13 Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. 14 Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. 15 Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. 16 Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał - aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. 17 To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. J 15, 12-17.

Mili Moi...
No szalony dzień zbliża się powoli do końca... Od samego rana wielkie przygotowania do przyjazdu gości. Z okazji bowiem uroczystości świętego Maksymiliana zapowiedzieli się u nas bracia z okolicznych klasztorów. Oczywiście sam się tym przygotowaniom nie oddawałem... Moi piękni ludzie ze wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym wydatnie mi w tym pomogli, zwłaszcza kulinarnie... Jak dobrze, że jesteście kochani... Mogę na Was liczyć zawsze...

Przygotowania przerwałem na chwilę, aby pojechać na cmentarz i pożegnać naszą stuletnią parafiankę, której pogrzeb celebrowałem w środę. Była to właściwie Msza pogrzebowa, bo uroczystości na cmentarzu odbyły się dziś, po uprzednim skremowaniu ciała.

Bracia rzeczywiście przybyli i spędziliśmy przemiły dzień na świeżym powietrzu. Podjedliśmy, pomodlili sie, pogawędzili... Wszyscy, jednogłośnie planując już następne spotkanie... Bardzo mnie to cieszy. Wszak święty Maksymilian był wielkim orędownikiem życia wspólnego i widział w nim niesłychanie ważny element naszego życia... Myślę, że dziś w niebie był z nas zadowolony...

Potem wielkie sprzątanie, dzielenie się żywnością z biedniejszymi i mogłem spokojnie wyruszyć na psychiczny i fizyczny nadmorski relaks z kijaszkami... A przy okazji wsłuchać się... No właśnie... Zamieszczam wam u dołu filmik z pieśnią w wykonaniu Magdy... Jej głos... Znam ją od wielu lat... I chciałem napisać, że ilekroć słucham, tylekroć płaczę :) Ale nie... Nie płaczę... Ona mnie przenosi w jakiś inny wymiar... Posłuchajcie zresztą sami... Ja od dwóch godzin słucham w kółko :)

A w Słowie urzeka mnie, że mój Bóg nazywa mnie swoim przyjacielem. W żadnej innej religii Bóg nie czyni sie przyjacielem człowieka. Jeśli więc jestem zaproszony do tak niezwykłej relacji, to co innego może się w życiu liczyć bardziej... Nad tym Słowem mam zawsze takie przebłyski świadomości, że moim życiem uczestniczę w czymś niesłychanie wielkim, że gdybym to wszystko pojął w pełni, to pewnie oszalałbym z radości... Choć dla wielu i tak jestem szalony...

Ale lubię to swoje własne szaleństwo i chciałbym, żeby ono się pogłębiało, żeby z dnia na dzień było go więcej, żebym robił coraz głupsze rzeczy w oczach tego świata, a jednocześnie coraz mądrzejsze w oczach mojego Boga, bo niczyja opinia dla mnie się nie liczy, tylko Jego właśnie... Owocność mojego życia właśnie od tego szaleństwa zależy, bo tylko szaleńcy zmieniają ten świat. A Boży szaleńcy??? Zmieniają go trwale... A szaleńcy Niepokalanej zyskują nawet naśladowców...

Chciałbym tego Szaleńca Niepokalanej, Maksymiliana choć trochę naśladować... Jestem jego wielkim dłużnikiem. Trafiłem do Zakonu dzięki Rycerzowi Niepokalanej... Gdyby nie Maksymiliana, nie byłoby Rycerza, gdyby nie Rycerz... aż boję się pomyśleć... Mój doktorat ma być próbą spłaty tego długu... To chyba najsilniejsza motywacja w moim pisaniu... Uczynić go bardziej znanym... Niech przybywa mu naśladowców... Szaleńców, którzy zmienią świat...