środa, 23 lipca 2014

prosty Bóg...

zdj:flickr/rob patrick/Lic CC

Mili Moi...
Krążą po internecie różnorakie tak zwane "łańcuszki". Polegają na podejmowaniu pewnych wyzwań i nominowaniu do ich podjęcia kolejnych osób. Zwykle są to zadania arcygłupie i nie zasługują na uwagę, ani na podziw. Ale jeden ostatnio mi się spodobał - zauważ i opisz trzy dobre rzeczy, które ci się przydarzyły. Nie zamierzam rzecz jasna nikogo nominować, ale jako że trzy takie rzeczy mam, to się nimi podzielę. A co mi tam :)

Po pierwsze spędziłem uroczy wieczór u mojego przyjaciela Dawida i jego żony Ewy. To, co cieszy najbardziej, to szczęście małżeńskie. A zaraz po tym - mądre wychowywanie dzieci. To dom, w którym najcenniejszym prezentem na I Komunię było Pismo Święte. Piękna rodzina. Oby więcej takich. Po drugie, dziś miły dzień wyjazdowy - Kąty Rybackie, Mikoszewo. Spacery. Dobra rybka. Znakomite towarzystwo. A po trzecie... i to chyba rozczuliło mnie najbardziej - sygnał z Bridgeport. Tajemniczy parafianie z parafii św. Michała Archanioła, w której mam zacząć pracę 5 września piszą, że się modlą, czekają i chcą mi po prostu dodać otuchy. Jak to dobrze dowiedzieć się, że ktoś na mnie czeka, że nie jadę w pustkę, że tam są ludzie, którzy jeszcze mnie nie znają, ale już się za mnie modlą... Tego mi było trzeba. Za ten "prezent tygodnia" szczególnie im dziękuję i podkreślam to, bo wiem, że tu zaglądają...

A z dzisiejszego Słowa najbardziej poruszyła mnie deklaracja Pawła, że w jego życiu zaszła tak potężna i niezwykła zmiana, że właściwie może śmiało powiedzieć, że tym, który prowadzi życie w nim, jest Jezus. Obecne bowiem życie, jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie. Jakie to jest proste - absolutna kwintesencja. Że ja wcześniej nie zwróciłem uwagi na te słowa, a przecież nie jeden raz się z nimi spotykałem.
Spotkałem - poznałem - doświadczyłem miłości - uwierzyłem - doznałem przemiany. Na tym polega przebóstwienie. Paweł jasno pokazuje kolejność faktów, zjawisk, doświadczeń. Nic nie może być pominięte, nic nie może być przestawione, nic nie musi być dodane. Bóg = proste...


Czy Brygida Szwedzka poznała Prostego Boga? Czy takim się zachwyciła? Czy to właśnie doświadczenie pchnęło ją ku założeniu żeńskiego zgromadzenia. Trwałość. Podobnie jak przemiana życia u Pawła, tak i konsekwencja w życiu Brygidy - wynikały z prostego faktu - wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie... Trwałość. I ja, jak wspominałem niegdyś, za nią tęsknię. Może i przede mną gdzieś jest coś trwałego, co Pan pozwoli mi zainicjować, aby mogło głosić Jego chwałę długo po moim odejściu z tego świata. Może... Ale gdyby nawet nie, to zawsze i na wszystko - bądź wola Twoja Panie... I zachowaj mnie prostym, jak i Ty jesteś prosty...

poniedziałek, 21 lipca 2014

znak... ale po co?

zdj:flickr/Nick Papakyriazis/Lic CC
Mili Moi...
Ósma konferencja rekolekcyjna jest już wśród nas. Urodziła się wczoraj. Przewodzą nam biblijne kobiety, a tym razem była to Marta i Maria, więc w siódmej konferencji spróbuję powiedzieć coś o relacjach w klasztorze, a w ósmej - o przyjaźni siostry zakonnej z mężczyzną. I to jeszcze na dodatek mężczyzną - księdzem :) Nie jest to temat łatwy i przyznam szczerze, że chyba najdłużej nad nimi siedziałem. Zobaczymy co z tego wyszło. Oczywiście już widzę, że nie zdążę wszystkiego zrobić w Sztumie. Ale już w niedzielę pewnie przemieszczę się do Lublina, a tam robota idzie mi znacznie lepiej. Więc ostatecznie zamierzam zdążyć. A jak tam upały? U nas jest rzeczywiście ciepło. Nie powiem, żebym był wielkim przeciwnikiem takiej aury. Wolę ją znacznie bardziej, niż chłodne i deszczowe letnie dni, ale... Rzeczywiście z domu wychodzić się nie chce. Dobrze, że właściciel sklepu za ścianą przybywa do pracy o 4 rano, czyli dokładnie wówczas, kiedy robię sobie kawkę. Nabywam u niego mleko :) a potem już wychodzić nie trzeba... :)

Chcemy widzieć znak - mówią dziś faryzeusze do Jezusa. Ale po co? Przecież i tak uważacie drodzy mistrzowie życia duchowego, że przez Jezusa przemawia demon, że ma w sobie Belzebuba. Czy więc znak, którego się domagacie ma potwierdzić Jego boskość, czy raczej utwierdzić was w przekonaniu, że działa w imię demona? Jak wy to zinterpretujecie? Bóg? Czy demon? To, co miało się stać ostatecznym potwierdzeniem Jego Boskiego pochodzenia, mogło w sposób łatwy zostać zawłaszczone przez demona. On, ta małpa Boga, potrafi zdziałać niejeden cud. Jednego tylko nie potrafił. Tego znaku nie mógł powielić. I dlatego ten znak stał się jedynym, który uczynił Pan...

Demon nie mógłby umrzeć dla nikogo z miłości. Demon nie  jest zdolny do ofiary. Demon nie potrafi ponosić porażek - nie ma w nim na nie zgody. Pokorne oddanie siebie - tego demon by nie wymyślił, tego jemu przypisać nie można, tego nie wymyśliłby żaden człowiek. Znak, który wybrał Jezus jest ponad wszelkie znaki. Choć nawet ten jest dla niektórych wieloznaczny. Choć nawet wobec tego znaku pozostają nieufni. Po co więc inne?

Pomyślałem dziś, że w moim życiu było dotąd już tak wiele znaków Bożej obecności, że domaganie się kolejnych byłoby wyrazem jakiegoś duchowego nieporozumienia. Ale jednak. Jako człowiek ciągle gdzieś tam w sercu za nimi tęsknie. Chciałbym je widzieć. Chciałbym doświadczać. A naśladować? To jest ciekawe pytanie. Czy jestem skłonny naśladować Jezusa w Jego znaku,w  oddaniu siebie?  Mam takie wrażenie, że stoję u progu możliwości wejścia w  ten znak w moim życiu. Zniknąć. Dać o sobie zapomnieć. Wejść w nieznane. Iść tam, gdzie zaprasza Bóg. Nie widzieć, nie wiedzieć, nie rozumieć wszystkiego. Mieć tylko pewność, że tak trzeba, że to jest potrzebne, że to ma sens. Żeby to zrobić trzeba być podłączonym do jedynego źródła siły, na które zawsze można liczyć. Do tego źródła, które jest większe, niż Jonasz (prorocy), niż Salomon (mędrcy), niż Michał Nowak (mały człek na słabej baterii). Żeby być znakiem, trzeba uczestniczyć w ZNAKU...

piątek, 18 lipca 2014

wszystkim... zawsze...

 zdj:flickr/williamson/Lic CC

Mili Moi...
Smutne to dni nadeszły. Tyle śmierci. Jakoś szczególnie mnie poruszyła ta katastrofa samolotu nad Ukrainą, ponieważ sam z lotniska w Amsterdamie startowałem, odbywałem takie długie loty, choć w innym kierunku, i wiem jak zachowują się ludzie w tak długiej podróży. Nie spodziewają się niczego złego, zajmują się czymś relaksującym, co ma pomóc im jakoś skrócić tę długą podróż. A śmierć przyszła tak nagle, nieoczekiwanie, gwałtownie. Modlę się za nich od wczoraj i myślę o podróży, która przede mną. A jak z gotowością na spotkanie z Panem? Czy nadejdzie taka chwila w moim życiu, kiedy powiem - jestem gotów?

Dziś pochłonął mnie temat ocen i łatwości z jaką ich dokonujemy, ja dokonuję. Zwykle jest tak, jak w przypadku faryzeuszy - jest jakaś norma, która zostaje przyłożona do sytuacji w oparciu o niepełne dane. Aparat krytyczny, którego używamy do naszych ocen, zawsze opiera się na jakichś przesłankach, ale zwykle nie na wszystkich, bo one nie są dla nas dostępne. Choćby intencje - tego zwykle nie jesteśmy w stanie ocenić, ponieważ nie mamy do nich dostępu. A przecież to nie jedyny aspekt.

Czym to może owocować? Oddzieleniem, swoistą izolacją, pogardą wobec innych, a przynajmniej dużą nieufnością. Podobnie było z faryzeuszami, którzy reprezentowali przekonanie, że ten lud jest przeklęty, bo nie zna Prawa. Oni je znali, więc nie tyko stawiało ich to w uprzywilejowanej pozycji wobec Boga, ale jeszcze, niejako automatycznie, dawało prawo osądzania innych. I skwapliwie z tego prawa korzystali. Prawa, które sami sobie nadali.

W naszym, chrześcijańskim (a jeszcze bardziej w duszpasterskim) wydaniu często owocuje to zamknięciem i sceptycznym stosunkiem do innych. No bo oni wszyscy jacyś tacy niedoskonali. Służba? Owszem, ale to ja wybieram komu. Absolutnie, nie wszystkim. Niektórym. Tym, których ja uznam za wystarczająco godnych. No i podwójne standardy. Bo przecież wobec siebie nie będę już taks surowy, bo przecież w swoim przypadku z chęcią uwzględnię wszystkie aspekty danej sprawy, bo do wszystkich mam przecież dostęp. A skupię się? No oczywiście na wszelkich okolicznościach łagodzących, przemawiających na moją korzyść. Wobec innych zaś - z cała surowością trzeba egzekwować prawo, bo jak się ludziom popuści. To co? No właśnie. Co?

I tu można prowadzić gawędę dalej... Każdy mógłby coś dodać... Ale Pan zdaje się dziś mówić - bądź konsekwentny, bo lubię konsekwentnych. Ale zaczynaj od siebie. A jeśli tak uczynisz - staniesz się sługą wszystkich. Jeszcze zanim ich ocenisz - czy są źli, czy dobrzy. Są MOI i dlatego godni tego, żebyś im służył. Wszystkim. Zawsze.

wtorek, 15 lipca 2014

sól, lampa, franciszkanin...

zdj:flickr/Levent Ali/Lic CC
Mili Moi...
Kolejna, szósta już konferencja, dziś została stworzona. Jestem więc na półmetku, co daje jakąś nadzieję na zakończenie tej pracy. Oby jak najszybciej. Dziś pisałem o życiu zakonnym jako męczeństwie. Przyznam szczerze, że dla mnie samego było odkryciem, że od IV wieku uważano mnichów za bezpośrednich kontynuatorów i naśladowców tych męczenników, którzy przelali krew dla Chrystusa. Gdybyśmy w ten sposób widzieli nasze życie, gdybyśmy świadomie podejmowali decyzje o jego prowadzeniu właśnie w takim duchu, gdybyśmy nie bali się cierpienia, ale widzieli jego wartość, moglibyśmy naprawdę być bardzo szczęśliwi, mimo różnych trudności, którymi to życie jest naszpikowane. Dlaczego tak nie jest?

Przyczyn można mnożyć wiele. Ale dwie wydają się zasadnicze. Po pierwsze nasza relacja z Chrystusem. Przyznam szczerze, że podczas rozmyślania o cierpieniach w moim życiu, stanął mi przed oczami obraz mojego Pana, który kroczy na przedzie sporego tłumu. On sam dźwiga ciężki krzyż. Za Nim postępuje całe mnóstwo Jego naśladowców, którzy również dźwigają ciężkie krzyże. A ja? Idę w tym tłumie i rozdaję uśmiechy widzom, przyjaźnie macham im ręką. Czy tak być powinno? Czy to nie jest głęboko zawstydzające? To przywodzi mi na myśl słowa świętego Franciszka - wielcy święci osiągnęli chwałę świętości cierpiąc dla Chrystusa - my chcemy osiągnąć to samo opowiadając o nich... Zakonnik to ktoś, kto uczestniczy we wszystkich misteriach Jezusa. Współcierpi razem z Nim. I to powinna być norma.

Druga przyczyna wynika z dzisiejszego Słowa. Czytamy w naszych franciszkańskich świątyniach z racji święta św. Bonawentury fragment o soli, która nadaje smak temu światu i o lampie, którą świeci jasno wszystkim. Taka rola chrześcijan, a tym bardziej zakonników. I dziś pomyślałem sobie, że sól jest najszczęśliwsza, gdy jest solą, lampa, gdy jest lapmą, a franciszkanin, gdy jest franciszkaninem. Najgorzej jeśli lampa próbuje być równocześnie trochę stołem, a trochę oknem. Najgorzej, gdy franciszkanin próbuje żyć według zasad tego świata, usiłując za wszelką cenę połączyć je z tymi zasadami, które wynikają z jego życia zakonnego. I nie chodzi tu bynajmniej o żadne grzeszne zachowania. Chodzi czasem o sprawy niezwykle banalne, sprawy, w których koniecznie zdecydować trzeba kim się jest. Taki rozstaj dróg - nie da się pójść w obie strony. Trzeba wybrać. Z tego płynie szczęście bycia sobą. Najpiękniejsza lampa to nie ta, która jest jednocześnie mikrofalówką i  telefonem. Najpiękniejsza jest ta, która jest lampą...

A kiedy jest się sobą, to świadomie się wybiera. Kiedy świadomie się wybiera, to zna się cel i się ku niemu dąży. Wówczas jest motyw. A żadne cierpienie nie może przeszkodzić w doświadczaniu szczęścia. Sól, lampa, franciszkanin, Chrystus. Tak wiele ich łączy...

niedziela, 13 lipca 2014

być cudem...


zdj:flickr/Shawn Rossi/Lic CC
Mili Moi...
Dawno już nie przeżywałem tak spokojnego urlopu. A niepostrzeżenie minęło właściwie dwa tygodnie. Żadnej nadaktywności. Dużo snu, spacerów, rozmyślań. Bez pośpiechu. Bez nadmiernych emocji. Dziś nawet dla ożywienia emocjonalnego świata i przepłukania gruczołów łzowych obejrzałem po raz nie wiem już który film "Szkoła uczuć", bo akurat leciał w telewizji. Skupiłem się dziś na tekście i pomyślałem jak by to był pięknie stać się dla kogoś cudem. Rzecz jasna nie w taki sposób jak główny bohater, bo na to już za późno :) Ale cudem można być na wiele różnych sposobów. Jak by to było dobrze kiedyś usłyszeć od Pana - byłeś moim cudem... Dla (i tu mogłaby nastąpić długa lista nazwisk ) :)

Ale na razie słucham Słowa, z którym Pan przychodzi dziś. Poskramiam marzenia i mierzę się z rzeczywistością. Zdałem sobie mocno sprawę, że do wiary prawdziwej prowadzą przynajmniej trzy etapy. Pierwszy z nich to intelektualnie uznanie prawdy. Przyjmuję treść i określam wobec niej samego siebie. Nazywam się człowiekiem wierzącym. Ale to jeszcze nie wpływa na moje życie. Taki wierzący - nie praktykujący. Potrzeba drugiego etapu, etapu odpowiedzi na to Boże zaproszenie. Wówczas coś zaczyna się dziać - religijność, kult, sakramenty. Ale... nadal jest to człek wierzący - nie praktykujący. No jak to? - powiecie. Przecież praktykuje. Do kościoła chodzi. Może nawet się modli. Ale to jeszcze nie jest pełna wiara. To zaledwie połowa drogi. Przypominają mi się natychmiast słowa Jezusa, który mówi - nie każdy, który mi mówi Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebieskiego. Wejdą tam tylko ci, którzy słuchają i wypełniają słowo mojego Ojca. To dopiero pełna wiara. Żyć Słowem, wypełniać je. Innymi słowy - być chrześcijaninem również po wyjściu z kościoła. A na to już stać niestety niewielu...

I w tym kontekście opisy gleby, które dziś Pan nam przypomina, nabierają nowego, jaśniejszego znaczenia. Droga - obrzędowcy, którzy realizują jakiś arcynudny obowiązek. Skała - gorliwcy, których chrześcijaństwo kończy się w przedsionku, kiedy wychodzą ze świątyni. Otoczeni cierniami - zbyt zajęci, żeby zdać sobie sprawę w czym uczestniczą. Żyźni - ci jako jedyni mają szansę przyjąć Słowo, zrozumieć, zachwycić się nim i przyjść po więcej... Abstrahując od indywidualnej winy, trzeba powiedzieć jasno - nie będzie miłości wobec Słowa przy takim poziomie kaznodziejstwa, nad jakim wielu z nas boleje i z którym wielu z nas się spotyka. Nie ciągnę wątku. Jedno jest pewne - dziś przepraszam Jezusa za niefrasobliwości kaznodziejskie, za każdą straconą szansę na wzbudzenie miłości do Słowa w słuchaczach... Za każdą zmarnowaną szansę... I modlę się o łaskę... bycia cudem... właśnie w tym aspekcie. Modlę się o tę łaskę nie tylko dla siebie - ale dla wszystkich kapłanów, których znam. Amen.

czwartek, 10 lipca 2014

na poważnie...

zdj:flickr/Jeff/Lic CC
Mili Moi...
Od dziś wszedłem w nową fazę urlopu... Bardzo ciekawa i całkiem się sprawdza. Rozpoczyna się pobudką o godzinie 4 rano. Godzina modlitwy, dwie godziny pracy, półtorej godziny z kijaszkami i można wracać na śniadanko. A potem, w południe, w najgorętszej porze dnia, cudowna drzemka. Mieszkam w mieszkanku, do którego nie dochodzą promienie słońca w żadnej porze dnia, co w dni takie jak dzisiejszy, jest prawdziwym błogosławieństwem... No tak już mam, że świetnie się czuję o poranku i pracuję najwydajniej :) Dziś powstała trzecia konferencja. O Rachab, nierządnicy, która zaryzykowała i uwierzyła... A zatem jeszcze tylko dziewięć konferencji i wersja podstawowa będzie gotowa...

Kiedy dziś siadłem do Słowa, to trochę się ucieszyłem. Bo Jezus daje bardzo konkretne wskazania swoim Apostołom na ich misję. Nie bierzcie torby, ani laski, ani sandałów. Ja właśnie znajduję się w takim momencie, że naprawdę nie za wiele rzeczy ze sobą zabiorę. Oczywiście to jeszcze nie jest największy sukces. Największym bowiem sukcesem jest odkryć wolność w tej... zależności. Pamiętam, że kiedyś z tym było łatwiej. Lata jeżdżenia na tak zwanego "stopa" mam już pewnie za sobą, a sprawiało mi to tyle przyjemności. Oduczyłem się ją odczuwać, kiedy przesiadłem się do samochodu i sam stałem się kierowcą. Udogodnienia, udogodnienia, udogodnienia.. Jezus zaś mówi - nie ułatwiajcie sobie. Zostańcie tam, gdzie was przyjmą, nie szukajcie wygodniejszych warunków. Bądźcie wdzięczni za to, co macie... Tego się naprawdę można nauczyć... Dlatego rzeczywiście odrobinę ucieszyła mnie możliwość wyjazdu z kraju z dobytkiem znacznie odchudzonym. Bardzo znacznie. A gdyby jeszcze udało mi się go nie pomnożyć na amerykańskiej ziemi (co samo w sobie jest z pewnością trudne), to ucieszyłbym się jeszcze bardziej. A właściwie na  nowo nauczył odczuwać radość z powodu wolności, która wypływa z zależności. Zaraz za tym idą lekcje pokory, bo musisz poprosić. Uczysz się również tego, że ktoś może ci odmówić. Oduczasz się egoizmu, bo nie masz więcej od innych. Nikomu nie imponujesz tym, co posiadasz, a jeśli ktoś do ciebie przychodzi, to z pewnością nie po dobra materialne. Wówczas możesz dać coś innego. Wówczas masz co dać i dajesz w zupełnie innej perspektywie... Darmo... Bo sam darmo bierzesz...

Ale ja, franciszkanin, zakonnik. Wspólnota posyła mnie z misją, wyposaża, zleca. A taki "szary świecki", jak czasem sami określają się ludzie - co taki świecki może zrobić, żeby przejąć się tą Ewangelią? Wszak Słowo jest dla wszystkich. I to poważne potraktowanie wskazań Jezusa objawia prawdziwy poziom naszej wiary. To w podejściu do Słowa "na poważnie" weryfikują się nasze ustne deklaracje. Żyć Słowem realne i codziennie - to znaczy wierzyć. Więc co świeccy? Może właśnie rezygnacja z absolutnej i totalnej niezależności (tudzież z tęsknot za nią), może dopuszczenie innych do skarbca mojego serca i hojne obdarowanie ukrytymi tam wartościami - bez oglądania się na cudzą wdzięczność, być może ważny gest odseparowania się od nieustannego krytykanctwa spraw związanych z wiarą, Bogiem, Kościołem - takie przysłowiowe strząśnięcie prochu ze swoich stóp, które może kogoś skłonić do refleksji... Jest wiele okazji, możliwości, szans. Duch Święty dba o nie w naszym życiu. Byle tylko chciało nam się potraktować Słowo na poważnie...

wtorek, 8 lipca 2014

pociąg do pytań...

zdj:flickr/halfrain/Lic CC
Mili Moi...
No i wrócił o. Miś z Warszawy, ale ile się działo zanim do niej dotarł... Niedziela to uroczy grill w gronie wspólnoty Emmanuel w Gdańsku. Dużo dobrego jedzenia i dużo dobrych rozmów... Potem pomoc w pakowaniu s. Barbarze, którą posłuszeństwo zakonne wywiozło do Międzyrzecza, a w poniedziałek odprawiłem dla niej mszę o 4.30 i pomachałem białą chusteczką na pożegnanie. Sam natomiast śmignąłem do Gdyni i zostałem zapakowany przez moją psiapsiółkę Katarzynę do wozu i wywieziony w bliżej nieokreślonym kierunku... A tak naprawdę to ja kierowałem i dotarliśmy do Władysławowa. Tam mieliśmy zasiąść na plaży i pogadać o sympatycznych sprawach, podczas gdy dziecię będzie się taplać w wodzie... Po dwudziestu minutach stania na jednej nodze w piasku pośród takiego hałasu, że na autostradzie chyba było ciszej, stwierdziliśmy, że tu jednak nie wypoczniemy. Spacer, lody, obiad i powrót do Gdyni. A późną nocą wczoraj wyjazd do Warszawy. Noc w pociągu przespałem a o 6 rano w Warszawie Centralnej oczekiwała mnie kolejna Boża dusza z pomysłem na śniadanie. Podziwiam ją... Że też chciało jej się zrywać tak wcześnie, tylko po to, żebyśmy zjedli coś smacznego i rozeszli się do swoich zajęć :) Beata do pracy, a ja do gościnnego kościoła księży orionistów, gdzie odprawiłem Eucharystię. A potem już spokojnym krokiem do ambasady. Byłem bardzo zdziwiony brakiem kolejki. To niebywałe zwłaszcza w okresie wakacyjnym. Tuż przede mną pan Zulu-Gula (Tadeusz Ross) ekspediował córkę. Powymienialiśmy uwagi na temat tego "raju", do którego wcale nie łatwo się dostać. Wewnątrz ambasady też właściwie tylko dwadzieścia osób przede mną, więc w godzinę udało mi się załatwić wszystko. Najweselej było, kiedy przeurocza pani z okienka spytała, czy możemy mówić po angielsku? A w związku z tym, że to jej pytanie akurat zrozumiałem, to nieopatrznie odpowiedziałem "yes". No i potem już tak sobie gawędziliśmy w tym zacnym języku. Pani wyznała, że pochodzi z Chicago, ale jeździła w dzieciństwie na wakacje w "moje" rejony. Miała prześliczny uśmiech i zakomunikowała mi, że w takim razie wiza przyznana i za trzy dni przyślą mi ją kurierem o domu. No jesteśmy więc coraz bliżej. Powrót do domu w koszmarnie gorącym, choć klimatyzowanym ekspresie, no i pełen wrażeń znów siedzę sobie przed ekranem w Sztumie...

Dziś kolejny przyczynek do mojego habitowego ogródka. Zaczepił mnie na warszawskim dworcu młodziutki student z Terespola. Szalenie miła rozmowa. O jego studiach z administracji, o moim wyjeździe, o życiu. Jak wiele dobra może się wydarzyć między ludźmi, dzięki jednemu, odważnemu pytaniu - czy pan jest mnichem? Pytanie wcale nie głupie... A sztuką jest postawić pytanie właściwe...

Dziś Jezus uwalnia opętanego, ale faryzeusze nie pytają w jaki sposób. Oni wiedzą. Oni udzielili już sobie odpowiedzi, zanim pojawiło się pytanie. Chcąc, żeby ta odpowiedź wybrzmiała głośno, powtarzają ją, wobec tych, którzy ich wcale nie pytali. Być może chcą sami słyszeć - mocą Belzebuba to uczynił. Być może to jakimś przedziwnym, zatrutym balsamem spływa na ich serca i chwilowo zagłusza wątpliwości... A co, jeśli jednak nie? Co trzeba by zrobić ze swoim życiem, gdyby Jezus jednak okazał się prawdomówny? Odpowiedzieć na takie pytanie, to coś znacznie trudniejszego. Lepiej więc nigdy nie pozwolić, aby ono się zrodziło...

A Jezus? Robi swoje... To jest metoda. Robić swoje wbrew, niezależnie od opinii tłumu. On wie po co i do kogo został posłany.Ci zaś, którzy nie wiedzą, dziś stracili kolejną okazję, żeby się dowiedzieć. Na szczęście Ł. na dworcu pytał. O wiele ciekawych rzeczy. Ten młody człowiek wie, że dzień bez pytania, to dzień stracony. Kto bowiem pyta, ten się dowiaduje. Czasem czegoś ważnego...