niedziela, 26 października 2014

figowiec w nas...


zdj:flickr/stuandgravy/Lic CC
(Łk 13,1-9)
W tym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie. I opowiedział im następującą przypowieść: Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.

Mili Moi...
No dziś zaliczyłem mały jubileusz :) 50 dni w Ameryce!!! I 3076 dzień kapłaństwa. Ale mam takie wrażenie, jakbym był tu bardzo długo. Znacznie dłużej, niż tych kilka dni. A dzień za dniem upływa... A swoją drogą - tydzień temu też mały jubileusz. Rok blogowania w tym miejscu. A w sumie już piąty...

Nie nadążam za czasem. Dziś rano polska szkoła jak w każdą sobotę. Dzieciaki tak pobudzone, że trudno nad nimi zapanować. Chyba lepiej jak pada deszcz, wtedy są nieco bardziej senne :) Później, po chwili przerwy film "Gabriel", na który wybraliśmy się do "kina" pod kościołem. W tym samym czasie przyjechali goście od kablówki, co to ją drzewo zerwało jak się zwaliło podczas wichury przed dwoma dniami. Trzeba z nimi było postać i uśmiechać się "na głupiego mnicha" udając że cokolwiek rozumiem z tego, co do mnie mówią. Udawanie szło dobrze, bo dopiero po pół godzinie zapytali mnie skąd jestem :) A potem Msza po angielsku, na której usłyszałem najpiękniejszy homiletyczny komplement w moim życiu, ale nie będę go przytaczał, żeby Szanowny Czytelnik nie musiał drżeć o moją cnotę pokory :) W każdym razie ucieszyło mnie to, bo to oznacza, że lud rozumie co do niego mówię, a o to chodzi...


Ale hitem dnia był nasz wieczorny udział w Balu Błękitnym, dorocznej imprezie kombatanckiej w hotelu Holiday Inn w naszej wsi. Wysoce podniosłe wydarzenie, z wprowadzeniem flag, sztandarów, z odtańczeniem Poloneza. Przy stole prezydialnym generalicja, konsul, przedstawicielka ministra i my szare żuki... Na szczęście wybroniłem się z grania na gitarze, bo mój proboszcz skłonny był mnie tam zaanonsować. Ale kiedy usłyszałem ośmiolatkę śpiewającą "Czerwone maki na Monte Cassino", to wiedziałem od razu, że tu z pewnością nie jest miejsce na występy z gitarą. Proboszcz wygłosił skromne przemówienie, a mnie wykorzystano do pobłogosławienia posiłku, który już co prawda trwał, ale... Zawsze to lepiej, jak jest pobłogosławiony. Przy okazji jednak powiało swojskością - pan konsul rodowity Lublinianin, pan pułkownik z NATO po KUL-u... Prawie jak w domu...

A w Słowie Pan wzywa do nawrócenia. Zawsze się głowię z czego najpierw. Właściwa diagnoza to połowa sukcesu. A sfer wymagających nawrócenia wcale mi nie brakuje. Dziś zobaczyłem, że potrzebuję konsekwencji i mądrego gospodarowania czasem, bo inaczej przysypie mnie nawał zajęć, które muszą być właściwie zaplanowane i rozłożone. Konsekwentnie muszę też realizować swoje postanowienia. Różne. Także te duchowe. A z poważniejszych rzeczy to pewnie warto by popracować nad miłością nieprzyjaciół, bo ostatnimi dniami przekonuję się, że mam jej ciągle mało. Oczywiście pomysłów na nawrócenie o wiele więcej, ale ich nazywanie nie zawsze jest łatwe. Ale nie da się niczego tak naprawdę ruszyć z miejsca, jeśli nie będę wiedział o czym mowa. Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu - śpiewał niegdyś Adam Nowak w "Raz, dwa trzy".

I tak pewnie jest. Pokazuje to rozmowa ogrodnika z właścicielem winnicy. Rzeczy nazywaj po imieniu - figowiec wyjaławia ziemię, wytnij go... Obłożę go nawozem. Trzy precyzyjne sformułowania, które domagają się konkretnej zmiany obecnej sytuacji. Konieczność wyboru, decyzji, ruchu - w jedną lub drugą stronę. Nie będzie żadnego nawrócenia w perspektywie stania w miejscu. Trzeba coś zrobić z figowcem w nas. Urodzajne lata pozwalają podobno zebrać z jednego drzewa 100 kilogramów owocu. Do dzieła więc... Do dzieła... Samo się nie zrobi...

piątek, 24 października 2014

wejść w ogień...


zdj:flickr/Serolynne/Lic CC
(Łk 12,49-53)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął. Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie. Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej.

Mili Moi...
Pogodę ostatnimi dniami mamy koszmarną. A że jestem niestety dość wrażliwy na jej zmiany, to odczuwam je raczej boleśnie. A to zwykle wiąże się z koniecznością włożenia większego wysiłku i nieskomplikowane nawet zadania codzienności. Dziś takim naczelnym zadaniem było skupienie dla sióstr z Newarku. Przybyły, żeby wyciszyć się, wyjść na swoistą duchową pustynię i wsłuchać się w głos Jezusa. I musze przyznać, że czyniły to z wielkim zaangażowaniem. Ogromnie je podziwiałem, bo kiedy po konferencji wystawiłem im Najświętszy Sakrament i zapytałem kiedy mam przyjść i zakończyć adorację, odpowiedziały, że... za cztery godziny. I rzeczywiście trwały przed Panem przez ten czas. Mogę się tylko uczyć takiej gorliwości i zażyłości z Najwyższym.

Drugim zadaniem dzisiejszym było stworzenie homilii niedzielnej, bo tym razem moja kolej na Msze anglojęzyczne. Boże, ile mnie to kosztuje.... Tysiące myśli, których nie umiem przelać na papier. A kiedy już je przelewam, są takie "kwadratowe", niezgrabne, niczym litery malucha stawiającego pierwsze kroki w sztuce pisania. To dla mnie prawdziwy koszmar. Nie móc się wypowiedzieć. A przy okazji upokorzenie, za które Panu Bogu dziękuję. Dotyczy ono sfery, z którą nie mam najmniejszego problemu w Polsce (tudzież wobec Polaków). Mogę stanąć wobec tłumów i mówić. Mówienie do Amerykanów zaś określam jako najbardziej stresujące wydarzenie tygodnia. Wiedziałem, że tak będzie już zanim tu przyjechałem. Ale jestem Panu Bogu wdzięczny, bo tylko takie wydarzenia mogą mi pomóc zrozumieć czym jest pokora.

A Słowo zrodziło we mnie dziś niezwykłe pragnienie. Tak silne. A związane z jednym słowem - ogień. Pan mówi, że przyszedł ogień rzucić na ziemię i pragnie, aby on już zapłonął. I ten ogień dziś zobaczyłem. I siebie w nim - to właśnie treść mojego pragnienia. Ponieważ na razie mam takie wrażenie, że stoję blisko, ale jeszcze nie w ogniu. Ponieważ decyzja na wejście w ogień zmienia wszystko. Ogień bowiem pochłania i ten, który weń wchodzi sam staje się ogniem. Jednocześnie ów ogień spala wszystko czyniąc z człowieka wyłączną własność Boga. Wtedy nie ma już nic. jest tylko On. Dlatego, żeby się na to zdecydować, trzeba znać Jego wartość, wybrać Boga, a porzucić wszystko, co Bogiem nie jest. I to jest próg mistyki...

To rzeczywiste i prawdziwe przejście z przeciętności do świętości. Podwójny zysk. Poza Bogiem bowiem, natychmiast zyskuje się wrogów, którzy są niezwykle potrzebni, bo pozwalają zweryfikować realność tego ognistego zjawiska. Człowiek płonący staje się dużym problemem. Tak naprawdę dla wszystkich. Płonąc razi blaskiem ognia... To takie trudne do zniesienia dla żyjących w półmroku... A on sam? Doświadcza tego żaru, który może być zrozumiany tylko przez Jego twórcę. Ma tylko Boga, bo człowiek nie rozumie, choćby bardzo chciał i bardzo się starał. Ogień czyni go samotnym w Bogu i dla Boga. Ogień wprowadza na drogę bez odwrotu. On nie może się cofnąć, ponieważ wyjście z płomienia oznacza przerażające i nigdy nie gojące się oparzenia. Wieczną tęsknotę za czymś bezmyślnie utraconym. Wejście w ten ogień wiąże się z obraniem jednego kierunku i podążaniem w głąb. Aby zostać spopielonym. Aby zniknąć ostatecznie w tym, który Jest...

Ale, żeby wejść w ogień, trzeba pokonać strach, którego we mnie jeszcze wiele... Ale pojawiło sie pragnienie. Takie silne. Zapłonęło we mnie... Wejść w ogień i stać się ogniem...

czwartek, 23 października 2014

czas... na wysiłek...

zdj:flickr/mbgrigby/Lic CC
(Łk 12,39-48)
To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich? Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą.

Mili Moi...
No i znów dzień umknął niemal niezauważalnie... Choć rozpoczęło się dziś coś niesłychanie ważnego. Mianowicie rozpoczęliśmy rekolekcje ewangelizacyjne we wspólnocie Odnowy w Duchu Świętym Ain Karim w Bridgeport. Każde takie rekolekcje cieszą mnie okrutnie, ale te dzisiejsze są szczególne, bo dotyczą właściwie członków wspólnoty, zwłaszcza tych, którzy nigdy wcześniej ich nie przeżyli, a takich mamy zdecydowaną większość. Mam nadzieję, że będzie to dla nich piękne doświadczenie, a i dla mnie, bo po raz kolejny mogę stać się narzędziem poprzez które Pan wyrywa ludzi z jakiegoś marazmu, bierności, przeciętności i zaprasza do wielkiej bliskości. Oczywiście nie twierdzę, że to jedyna droga, na której się to dokonuje, ale właśnie na takiej mnie Pan Bóg postawił i polecił mi pracować. Wszystko sie układa dobrze. Animatorów mamy tylu, ilu potrzeba, żeby stworzyć grupy dzielenia, a rozpoczęliśmy dziś w 22 osoby.

Poza rekolekcjami - codzienność. Trochę sprzątania, odpisywanie na maile, zakupy... A to wszystko pożera czas. Przeczytałem dziś pięć stron. Dosłownie pięć... I to mnie martwi, bo terminy mnie gonią. Ale ufam, że po niedzieli przykuje się do biurka i od niego nie odejdę... Taka mała obserwacja mi się rodzi, że kiedy mieszkałem w Lublinie, a jedynym moim zadaniem było pójść na uczelnię, lub przytargać zakupy w plecaku z pobliskiego sklepu, troszkę posprzątać w mieszkaniu, raz w tygodniu zrobić pranie, to... WYDAWAŁO MI SIĘ, że nie mam czasu. Zupełnie podobnego uczucia doznałem po wyjściu z seminarium, kiedy trafiłem do pracy parafialnej. Tam zrozumiałem lepiej co to znaczy nie mieć czasu. I teraz temat sie powtarza. Zacząłem się już zastanawiać nad właściwym gospodarowaniem tymi czasowymi zasobami. Ale na razie nic mi z tej refleksji nie wychodzi... :)

Tym bardziej, że w dzisiejszym Słowie słyszę zachętę do starania się, do nie ustawania w wysiłkach. Czuwanie i świadomość, że Pan może wrócić w każdej chwili mają stać się źródłem nieprzerwanego wysiłku, żeby swoje zadania zrealizować dobrze. Tym lepiej, im ważniejszych rzeczy dotyczą. A trudno mi sobie wyobrazić ważniejsze zadanie w moim życiu, niż praca dla zbawienia dusz. Kiedy czasem czytam sobie różne wskazania wielkich świętych dla kapłanów, to widzę jak wiele mi jeszcze brakuje do zrealizowania nawet najbardziej rozsądnych ideałów. Nie mówiąc o rzeczywistościach heroicznych... Wciąż sam ocieram się o kapłańskie przeciętniactwo, co czasem mnie głęboko zawstydza. Choćby to gospodarowanie czasem (którego się dziś uczepiłem). Z ogromnym podziwem patrzę na mojego najlepszego przyjaciela z liceum - Dawid obronił doktorat z ekonomii pracując zawodowo i dzieląc czas pomiędzy żonę i dwójkę dzieci. Moja najlepsza przyjaciółka z liceum, Kaśka, dziś zdała lekarski egzamin specjalizacyjny. W ostatnich miesiącach każdą wolną chwilę spędzała w bibliotece, normalnie pracując zawodowo, wychowując dziecię i dbając o męża. To są dla mnie herosi... A ja nie mam czasu się pomodlić dobrze, nie mam czasu stworzyć rekolekcji, nie mówiąc już o pisaniu doktoratu... Ksiądz, zakonnik, którego życie winno być uporządkowane i usystematyzowane... Ale to niestety chyba tylko w baśniach o księżach, bo na pewno nie w realnej historii dwóch duszpasterzy na małej, wdzięcznej, ale wymagającej dość dużej pracowitości parafii w Bridgeport. Może trzeba ten stan zaakceptować. Co nie zmienia faktu, że trzeba się wciąż starać. Bo żeby dobrze pracować dla zbawienia dusz, trzeba najpierw zadbać o swoją własną. Bo żeby innym pomóc w realizacji ich planów, trzeba najpierw ogarnąć swoje. Bo żeby innych uczyć jak szukać, znajdować i realizować wolę Boża, trzeba się nią najpierw zachwycić w swoim życiu. I to tak bardzo się nią zachwycić, żeby każdego dnia wychodzić z wszelkich form przeciętniactwa ku temu "więcej", które wskazuje Pan.

Bo żeby... Bo żeby... Bo żeby...

Trzeba tylko chcieć...

środa, 22 października 2014

w dzień.... i w nocy....


zdj:flickr/Ibrahim Asad's PHotography/Lic CC
(Łk 12,35-38)
Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie! A wy [bądźcie] podobni do ludzi, oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał. Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie.

Mili Moi...
No i znów początek tygodnia taki, że gonimy... Kogo? Po co? Tego nikt nie wie. Ale spraw do załatwienia całe mnóstwo. Po wizycie biskupa i emocjonującej niedzieli postanowiliśmy z proboszczem sie urwać z domu, a okazją było pożegnanie... Wczoraj w Chicopee (jakieś półtora godziny od nas) pożegnaliśmy o. Eligiusza Kozaka. Miał 95 lat i reprezentował coraz mniejsze grono świadków życia i świętości św. Maksymiliana Kolbe. Sam o. Eligiusz był podobno uroczym człowiekiem, który nigdy się nie skarżył i nigdy nie narzekał. Jego pogrzeb stał się okazją do miłych, braterskich spotkań, jak to zwykle w rodzinie bywa. Spotkałem więc Prowincjała amerykańskiej prowincji Matki Bożej Anielskiej, na terenie której się znajdujemy. O. James Mc Curry jest przeuroczym człowiekiem, którego bardzo, ale to bardzo lubię. A znamy się z moich irlandzkich czasów. On był wówczas naszym przełożonym, delegatem Generała. Piękna dusza. Poza nim, spotkaliśmy całe grono polskich braci, którzy zjechali się z okolic na pogrzeb. Naliczyłem ich poza nami dwoma co najmniej sześciu.

A dziś od rana pielgrzymka po urzędach, bankach, sklepach.. Jedne od drugich oddalone. Czas płynie... Ale udało nam się dziś załatwić Social Security Number dla mnie, co oznacza, że znacznie więcej spraw będzie można pchnąć do przodu Wszak po numerze człowieka poznają. I w wielu miejscach pada o niego pytanie. Potem niemal godzina w banku i urocza, ciemnoskóra pani, której językiem macierzystym był portugalski próbowała nam pomóc załatwić karty kredytowe dla mnie. To też element franciszkańskiego życia tutaj. Nie nosi się banknotów i monet, tylko plastik. Potem wyprawa po nową pościel do pokoi gościnnych i skwapliwe przeliczanie przy półkach centymetrów na inche...  Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do feetów, galonów, Fahrenheitów, mil...

Urzeka mnie dziś ta myśl o tym, że mój Pan mógłby mi posługiwać do stołu i że mógłby to czynić z radości, że na Niego czekałem... Od razu staje mi przed oczami mycie nóg uczniom podczas Ostatniej Wieczerzy. Im też Pan posłużył w tak nieprawdopodobnie uniżony i pokorny sposób. To jest lekcja... Niezależnie od tego kim się jest, ucieszyć się drugim człowiekiem. Zwłaszcza tym, który pragnie stać się tym źródłem radości. Sługa, który czeka w nocy jest tym, który wchodzi w ducha ofiary. Okrada się ze snu, żeby otworzyć drzwi Panu. Nie wie, kiedy On wróci... Czuwa... Być może więc Pan jest mocno zaskoczony tym wysiłkiem sługi, być może się nie spodziewał. Pewnie nie jeden raz doświadczyliście takiej niespodzianki - choćby wracając wieczorem z podróży i nie spodziewając się nikogo na dworcu, a tu nagle ktoś bliski wyszedł wam na przeciw... Niespodzianka. Miła...

Myślę sobie czasem o dosłownym, nocnym czuwaniu, do którego nigdy nie odkrywałem w sobie szczególnego talentu. Jestem nieprawdopodobnie słaby w tej dziedzinie i bardzo zazdroszczę tym, którym Pan dał łaskę zrywania się w środku nocy, choćby na godzinę, aby pobyć z Nim. Ale jeśli nie to, to o jakiej innej niespodziance mógłbym pomyśleć. Czym mógłbym "zaskoczyć" Jezusa (rzecz jasna mówiąc trochę obrazowo)? Jaką mógłbym Mu zrobić przyjemność? - idąc śladem Małej Tereski...

Otwarte oczy... Nie w nocy... Ale w dzień... Otwarte na Jego znaki, prowadzenie... Na ludzi... To chyba mogłoby Go ucieszyć... To byłaby miła niespodzianka... No to mamy plan na jutro :)

poniedziałek, 20 października 2014

wszystko...


zdj:flickr/aka Jens Rost/Lic CC
(Mt 22,15-21)
Wtedy faryzeusze odeszli i naradzali się, jak by podchwycić Go w mowie. Posłali więc do Niego swych uczniów razem ze zwolennikami Heroda, aby Mu powiedzieli: Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Na nikim Ci też nie zależy, bo nie oglądasz się na osobę ludzką. Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? Jezus przejrzał ich przewrotność i rzekł: Czemu Mnie wystawiacie na próbę, obłudnicy? Pokażcie Mi monetę podatkową! Przynieśli Mu denara. On ich zapytał: Czyj jest ten obraz i napis? Odpowiedzieli: Cezara. Wówczas rzekł do nich: Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.

Mili Moi...
Co tu się dzisiaj działo... Od samego rana na najwyższych obrotach. Ja dziś odpowiadałem za Msze polskie, więc o siódmej pierwsza z nich. Potem o dziewiątej wizyta naszego pasterza, biskupa Franka. To moje drugie z nim spotkanie, ale ponownie musze napisać, że jestem... oczarowany. To chyba właściwe słowo. Niezwykle przystępny człowiek, skromny, prosty, a jednocześnie emanujący jakąś nieprawdopodobną siłą duchową. Kazanie... Mistrzostwo świata. Żadnej karteczki, a punkt po punkcie - bez jąkania się, bez odbiegania od głównego wątku. Naprawdę widać, że ten człowiek żyje Słowem Bożym. Nie spotkałem dotychczas biskupa, który by do mnie tak trafiał w tym, co mówi. Nie duży wzrostem, ale wielki duchem. Jemu się w naszej parafii podobało bardzo. Fakt, że zrobiliśmy trochę "pospolite ruszenie" i ludzi było na Mszy znacznie więcej, niż zwykle. I chór, i zespół, i polska szkoła i ministranci.... Wszyscy żywo zaangażowani. Nie mówiąc już o uczcie poeucharystycznej, przygotowanej przez kucharski team. Już zapowiedział kolejną wizytę. I mogę bez żadnej przesady i kłamstwa napisać, że ta zapowiedź nas ucieszyła.

Ja musiałem się co prawda urwać z miłego spotkania pod kościołem, żeby celebrować kolejną Eucharystię, ale to wcale nie był ostatni punkt dnia. Bo o 15 rozpoczynaliśmy dzień skupienia dla lokalnej wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym, który zakończył się o 21.00. I sam się dziwie, że moje palce są jeszcze zdolne do przeskakiwania po klawiaturze. Jestem absolutnie padnięty... Ale dzień skupienia znakomity - przynajmniej z mojej perspektywy i myślę tu o zaangażowaniu i otwartości ludzi. A żeby zintensyfikować nasze duchowe doznania, od środy ruszamy z wewnętrznymi, wspólnotowymi rekolekcjami ewangelizacyjnymi. A to znak, że czeka nas dużo pięknej pracy, której owoce są jeszcze piękniejsze... Bo Pan Bóg tak bardzo lubi się nam udzielać...

Wybaczcie, że dziś nieco inaczej, niż zwykle, nie napisze komentarza do Słowa, bo nie mam po prostu siły. Ale w ramach komentarza załączam dzisiejszą homilię. Jeśli ktoś zechce, może odsłuchać... Dobrej nocy zatem czytelnikom po tej stronie Oceanu, i dobrego dnia tym po stronie przeciwnej :)



niedziela, 19 października 2014

Królestwo...



(Łk 10,1-9)
Następnie wyznaczył jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie! Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: Pokój temu domowi! Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: Przybliżyło się do was królestwo Boże.

Mili Moi...
Dzisiejszy dzień pełen ruchu. I takie najbardziej lubię. Po porannych nabożeństwach, zebranie zarządu, a potem katecheza w polskiej szkole. Chwila przerwy i obrzęd pasowania na uczniów. Dzieciaki są rozkoszne i były bardzo dumne i przejęte w tym ważnym dla nich momencie. Potem oddałem się ćwiczeniom. Ale bynajmniej nie gimnastycznym. Jutro gościmy w naszej parafii naszego biskupa Franka i mam zagrać i zaśpiewać cos po angielsku. Dla mnie to rzecz jasna jakieś duże wydarzenie. Los padł na piosnkę franciszkańską, którą zamieszczam na końcu, w znacznie oczywiście lepszym wykonaniu, niż moje :)

A tak poza tym, to napisałem dziś list... Być może niektórzy Czytelnicy, zwłaszcza młodsi, nie bardzo wiedzą co to takiego - zamieszczam więc definicję. List – gatunek literatury stosowanej, pisemna wiadomość wysyłana przez jedną osobę (nadawcę) do drugiej (adresata). Tradycyjny list to wiadomość zapisana na kartce (kartkach) papieru i zapieczętowana lub wysłana do adresata w kopercie. Ja sam nie pamiętam, kiedy napisałem list po raz ostatni. Taki zwykły. Piórem. Na kartce. W kopercie. Sprawiło mi to ogromnie dużo przyjemności i może nawet będę robił to częściej... A przy okazji dokonałem małej syntezy mojego czasu tutaj. Poza kilkoma mniej przyjemnymi wydarzeniami, czuję się tu, w naszej parafii naprawdę dobrze... I mam nadzieję, że to się nie zmieni.

Natomiast Pan zwrócił moją uwagę dziś na... nadzieję. Bo to właśnie nadzieję mają przywracać uczniowie idąc od miasta do miasta. Służą temu zarówno słowa przesłania - przybliżyło się do was Królestwo Boże, jak i fakt uzdrawiania chorych. Jedno i drugie jest tak naprawdę przypomnieniem, że to Bóg jest Panem historii każdego człowieka i że jest w tej historii obecny. Myślę sobie, że te słowa o Królestwie są nawet bardziej "nadziejorodne", ponieważ Królestwo to coś więcej, niż uzdrowienie fizyczne. Człek uzdrowiony będzie musiał umrzeć. Jak każdy inny. Może nieco później, może w innych okolicznościach, ale umrze z pewnością. Znak uzdrowienia ma być tylko potwierdzeniem, że słowa o Królestwie są prawdziwe, że Bóg rozciąga swoje panowanie na życie każdego z nas, że Jemu na nas zależy i że ma nam do zaoferowania rzeczy nieskończenie piękniejsze, niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Jeśli przyjmiemy Jego słowa o Królestwie, jeśli otworzymy się na nadzieję, uzdrowienia (i cały szereg innych cudów) naprawdę nie będą nas dziwić i zaskakiwać.

Przywracać nadzieję, która nie jest jakimś ulotnym, bliżej nieokreślonym uczuciem, ale jest prawdziwym otwarciem się na Królestwo Boga, który jest...

źródło: You Tube

sobota, 18 października 2014

dziś jest ten czas...



zdj:flickr/Sprogz/Lic CC
(Łk 12,1-7)
Kiedy wielotysięczne tłumy zebrały się koło Niego, tak że jedni cisnęli się na drugich, zaczął mówić najpierw do swoich uczniów: Strzeżcie się kwasu, to znaczy obłudy faryzeuszów. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome. Dlatego wszystko, co powiedzieliście w mroku, w świetle będzie słyszane, a coście w izbie szeptali do ucha, głosić będą na dachach. Lecz mówię wam, przyjaciołom moim: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą. Pokażę wam, kogo się macie obawiać: bójcie się Tego, który po zabiciu ma moc wtrącić do piekła. Tak, mówię wam: Tego się bójcie! Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy? A przecież żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.

Mili Moi...
No dzień chyba trzeba uznać za nieco zmarnowany. W jakim sensie? Nie to, żebym się jakoś szczególnie lenił. Ale wybrałem się na poszukiwanie stroika i paska do gitary, popularnie zwanego "krawatem". Mapa sklepów muzycznych wydrukowana, woda i kanapki w plecaku :) Wszędzie daleko... Części sklepów nie udało mi sie odnaleźć mimo kilkakrotnego mijania obiektów obserwowanych na mapie. Ale do kilku zawitałem. Stroik kupiłem bez większego kłopotu. Bez większego piszę, bo pan sprzedawca na moją prośbę o stroik spytał czy do klarnetu, czy do saksofonu? Ja mu na to, że do gitary. Na co on zrobił wielkie oczy i stwierdził, że nie rozumie o co mi chodzi. Na to ja zrobiłem wielkie oczy (no bo jak można tego nie rozumieć i pracować w sklepie z gitarami). No więc zacząłem tłumaczyć obrazowo. Na co pan sprzedawca wykrzyknął radośnie, komunikując mi, że już rozumie... A za chwilę zrozumiałem i ja, że stroik do intrumentów dętych jest określany przez inne angielskie słowo, niż stroik do instrumentów strunowych... Na Boga! Czy twórcy tego języka naprawdę nie mieli co robić? :) Ale ja od dziś znam oba te słowa :)

Z paskiem jednak poszło znacznie gorzej. Nie miałem problemu z wyjaśnieniem o co mi chodzi, sprzedawcy nie mieli problemu ze zrozumieniem. Jedyny problem polegał na tym, że żaden sklep "krawata" w sprzedaży nie ma. Czasami podobno bywają, ale trudno określić kiedy i jak często. Jednakowoż sprzedawcy wykazali się niemałą doza kreatywności. Jeden przyniósł mi na przykład pasek do... saksofonu. Bo przecież wygląda podobnie do tego, co opisałem. Na moje pytanie czy to bezpieczne dla gitary nie umiał mi jednak odpowiedzieć. Mimo jego szczerego zapału nie dałem się skusić... I w tym sensie zmarnowałem dzień, że nie załatwiłem zamierzonego zakupu, namęczyłem się szukając różnych adresów, a niedzielna pieśń, którą miałem zagrać i zaśpiewać (o zgrozo - po angielsku) na Mszy z biskupem zawisła na... "krawacie".

Dobrze, że choć wieczorem mała pociecha. Spotkanie z ministrantami, którzy przejmują się swoją rolą i uważnie słuchają. Wierzę, że lada chwila będą chodzili jak w zegareczku, bo są dobrze zmotywowani.

A w Słowie odczytuję wielką zachętę do radykalizmu, przejrzystości, konsekwencji, jednoznaczności i zdecydowania. Te cechy w połączeniu z wiernością nauczaniu przyciągały ludzi do Kościoła w pierwszych wiekach. Wówczas nie drukowano ulotek, plakatów, nie noszono ze sobą transparentów z zaproszeniem na Eucharystię, nie trzeba było reklamować wiary. Świadectwo samych chrześcijan było tak silne, że wielu z tych, którzy ich spotykali, nie mogło pozostać już przy swoim dawnym życiu. Czasem pociągało to za sobą kłopoty, bardzo poważne kłopoty. Ich obrazem jest dzisiejszy patron - święty Ignacy Antiocheński, który jako jeden z wielu oddał życie za to, w co wierzył.

Tymczasem dziś wydaje się być jednak nieco słabiej. I być może powodem jest nasze podwójne życie. Jedno, które prowadzimy na "potrzeby Kościoła" i drugie, które wiąże się z "szeptaniem w izbie". Chrześcijanie, którzy sami nie do końca wierzą, w to, co wyznają swoimi ustami, nie wiedzą, dlaczego w to właśnie wierzą, a nie w co innego, którzy mają wiele zastrzeżeń do treści swojej wiary, a z niektórymi jej postulatami w ogóle się nie zgadzają, którzy, niczym chorągiewki na wietrze dają sobą miotać różnym sprzecznym z wiarą poglądom; tacy chrześcijanie nie mogą przekonać nikogo. Nie mogą, choćby bardzo się starali, nadrukowali tysiące ulotek,  a nawet chodzili po ulicach i je rozdawali.

Nie w reklamie bowiem siła, ale w świadectwie, które nie znosi dwuznaczności, które zwykle kosztuje, jest wymagające i które kształtuje nowe oblicze ziemi. Które staje się życiodajnym źródłem w Kościele. Kiedy więc Jezus dziś mówi - nie ma nic ukrytego, bo na dachach będą głosić to, co szepczecie po izbach, nie zapowiada dalekiej przyszłości związanej z Sądem Ostatecznym, ale mówi o dziś, tu i teraz. Bo to dziś widać, jak "na dachu" jakim jestem chrześcijaninem. Bo to dziś tego nie da się ukryć. Bo to dziś moje "podwójne życie" oddziałuje na wspólnotę Kościoła. Dziś jest czas świadectwa. Radykalnego, przejrzystego, konsekwentnego, jednoznacznego i zdecydowanego...