piątek, 30 stycznia 2015

świeć...


zdj:flickr/alant79/Lic CC
(Mk 4,21-25)
Jezus mówił ludowi: Czy po to wnosi się światło, by je postawić pod korcem lub pod łóżkiem? Czy nie po to, aby je postawić na świeczniku? Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. I mówił im: Uważajcie na to, czego słuchacie. Taką samą miarą, jaką wy mierzycie, odmierzą wam i jeszcze wam dołożą. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, pozbawią go i tego, co ma.

Mili Moi...
Dziś miałem takie postanowienie, żeby napisać homilię na niedzielę. A że po angielsku, to zajmuje to zwykle znacznie więcej czasu, niż po polsku. Ale skończyłem ją dopiero przed chwila i boję się przeczytać, bo dzień był poszarpany przez różne wydarzenia, które nie pozwoliły mi popracować jednym ciągiem.

Tak więc kolęda (tak, u nas ciągle trwa), a potem dobra spowiedź. Zdaje się, że znalazłem stałego spowiednika, z czego jestem niezmiernie rad, bo daje to jakąś realną perspektywę pracy nad sobą. A wieczorem niesłychanie nudne spotkanie z biskupem na temat katolickiej edukacji w diecezji Bridgeport w kościele św. Rafała, który niestety jest już zamknięty (to znaczy nie służy wiernym). Oczywiście spotkanie było nudne z mojej perspektywy, bo pewnie nie z perspektywy wielu rodziców, którzy wzięli w nim udział. Podczas spotkania stwierdziliśmy z proboszczem, że należymy do bardzo nielicznej grupki białych obecnych w  kościele. To taki obrazek. Kiedy biskup przemawiał, jeden z księży dokonywał tłumaczenia na język hiszpański. I taka to edukacja. Najczęstszym słowem, które padało w odniesieniu do naszych szkół katolickich było słowo - excelent (doskonałe), a największe oklaski zebrał biskup mówiąc, że ktoś na te znakomite szkoły złożył donację w wysokości 100 tysięcy dolarów. Tak, czy owak, po raz kolejny jestem zachwycony zdolnościami oratorskimi naszego pasterza. Pan mu ich nie poskąpił...

A mój przyjaciel Maciej napisał dziś na swoim blogu, że światło niegdyś domagało się troski, a ten, który ją sprawował, musiał być człowiekiem odpowiedzialnym. Stało się to dla mnie punktem wyjścia do refleksji nad tym, że dziś w istocie niespecjalnie zastanawiamy się nad wartością światła, bo to przecież takie naturalne, że włączam i jest... Jedyne co może mnie od czasu do czasu interesować, to wymiana żarówki. Ale i one świecą coraz dłużej. Nie trzeba więc nad światłem specjalnie się skupiać. Nie trzeba o nie dbać. Stąd może i to zapomnienie o jego wartości.

Gdybyśmy musieli podkręcać knot, dbać o ilość oliwy w lampie, podtrzymywać ogień, być może łatwiej by nam było zrozumieć wartość blasku tego światła dla wszystkich przebywających w pokoju. Zdaje się, że to właśnie te trudności z uzyskaniem światła, więcej nas uczą o jego wartości, niż samo doświadczenie ciemności. Skoro dziś można je rozproszyć jednym naciśnięciem włącznika. Czy trzeba wrócić do świec, albo lamp naftowych? Może niekoniecznie. Ale trzeba się nauczyć czym jest światło. I nie chodzi wcale o jego fizyczną definicję, ile raczej o jego wartość dla naszego życia. Tylko wówczas będziemy zdolni nieść to światło światu, który wciąż przebywa w ciemności. Tylko wówczas... Kiedy sami będziemy znali jego wartość...

 Filozofowie mówią, że byt docenia się w kontekście braku... Oby nigdy nie zabrakło wam światła... ŚWIATŁA...

środa, 28 stycznia 2015

MikroArmagedon...


zdj:flickr/groundreporter/Lic CC
(Mk 3,31-35)
Nadeszła Matka Jezusa i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. Właśnie tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: Oto Twoja Matka i bracia na dworze pytają się o Ciebie. Odpowiedział im: Któż jest moją matką i /którzy/ są braćmi? I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką.

Mili Moi...
Dziś nawet nie otwieraliśmy kościoła o poranku, wiedząc doskonale, że nikogo nie należy się spodziewać. Oczywiście wstałem o czasie, żeby w razie czego być gotowym, gdyby jakaś nabożna dusza zastukała w okiennice. Ale nic takiego nie nastąpiło, więc dzień rozpoczął się inaczej, niż zwykle...

Wszędzie wokół cisza i spokój. Nie pracuje nikt, kto absolutnie nie musi. Ludzie donoszą, że siedzą w domu pod kocami i oddają się lekturze, albo spędzają czas ze swymi rodzinami. Halo? Miał być Armagedon, a właściwie może to i niektórym na dobre wyszło. Tylko się cieszyć. Choć oczywiście efekt końcowy "megaśnieżycy" wobec zapowiedzi jest raczej... powiedzmy delikatnie - nieadekwatny.

Aczkolwiek nieco tego śniegu się pojawiło. Uruchomiliśmy więc dziś różne maszyny i oddaliśmy się aktywności na świeżym powietrzu. Proboszcz z łopatą  oczyszczał dachy (ale spokojnie - nie wspinał się na nie), a ja z mechaniczną "kosiarką do śniegu" jeździłem wokół domu. Uruchomić to - nie było łatwo. Poruszać się tą maszyną - jeszcze trudniej. Łapy mnie bolą na całej długości, ale... odśnieżone :)

Czytelnictwo też kwitnie. Kolejna partia książki o św. Maksymilianie przeczytana, "fiszki" porobione. Można powiedzieć, że dzień udany. Tym bardziej, że moi rocznikowi koledzy donoszą, że właśnie zdałem zimową sesję, z czego nie do końca zdawałem sobie sprawę :) Podobno mam jedno 4,5 z Dydaktyki Homiletycznej, ale cóż... Mówi się trudno :) Może są jednak w życiu ważniejsze sprawy...

Jak choćby ta z dzisiejszego Słowa. Zadałem sobie pytanie podczas porannej medytacji, czy ja, podobnie jak krewni Jezusa, nie próbuję na Niego wpływać. Oni wyraźnie czują, że mają jakąś władzę. Nawet fakt "przywołania" Jezusa to sugeruje. Obecność Maryi z nimi ma pewnie tę ich władzę ostatecznie uwiarygodnić. A Ona, pewnie jak każda matka, marzy tylko o tym, żeby swojego syna ustrzec przed złymi ludzkimi językami, które nigdy nie próżnują...

Taką jednak formę "wpływania" na Jezusa wykluczyłem. Nigdy niczego od Niego nie żądałem, ani w żaden sposób nie traktowałem Go "z góry", jako Kogoś, kto "musi" się pozytywnie odnieść do moich oczekiwań. Ale istnieje inna forma manipulacji, która wydaje mi się dużo groźniejsza i bardziej właściwa dla tych "pobożniejszych". A mianowicie załatwianie z Jezusem spraw "po znajomości". Bo przecież On nas wybrał, my odpowiedzieliśmy na Jego wezwanie, staramy się być blisko i wypełniać Jego prawo, więc chyba nam się należy... A może nam bardziej, niż innym... Bo tak wielu tych pobożnych...

Więc niczym Jakub i Jan, którzy chcieli "wyrolować" swojego przyjaciela Piotra i "załatwić sobie" miejsca po prawicy i lewicy, my "pobożni", również możemy stanąć wobec pokusy - na mnie patrz, mnie słuchaj, moje intencje są najważniejsze... Na szczęście Jezus nie podlega żadnym manipulacjom i jest całkowicie wolny także wobec "pobożnych". Dokładnie tak samo, jak wolny był wobec swojej Matki i swoich krewnych... On wie co ma robić, kiedy i wobec kogo... Jemu nie trzeba doradzać...

PS. A na koniec coś do posłuchania z ostatniej niedzieli... Miłego odbioru :)




wtorek, 27 stycznia 2015

uzdrawiasz?


zdj:flickr/Artotem/Lic CC
(Łk 10,1-9)
Spośród swoich uczniów wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie! Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: Pokój temu domowi! Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: Przybliżyło się do was królestwo Boże.

Mili Moi...
No zdumiewające rzeczy się dzieją. Dziś poczułem jakiś przypływ naukowego zapału i "dziabnąłem" kawał książki o św. Maksymilianie. Ale może to ze strachu... Bo mój serdeczny przyjaciel z roku poinformował mnie, że uczelnia bardzo za mną tęskni i kto wie, czy uda się uczelni przetrwać zimowa sesję bez mojej obecności. A mnie na samą myśl o nieplanowanym wyjeździe do Polski w przyszłym tygodniu, przeszedł dreszcz... Jednakowoż po południu nadeszły bardziej obiecujące wieści i prawdopodobnie uczelnia beze mnie sie ostoi...

Ale mam jeszcze inną radość. Otóż pan Andrzej zaradził dziś drobnemu dyskomfortowi w mojej pieczarze mieszkalnej. Otóż odkąd się tu wprowadziłem, nie było zimnej wody w prysznicu. Mieszacz nie działał. Prysznic nie zawsze należał do przyjemności :) A od dziś będzie inaczej. Poza tym kilka innych usterek hydraulicznych znalazło dziś swój szczęśliwy finał. No małe rzeczy, a cieszą...

A u nas w USA (o matko, ale to brzmi) to idzie Armagedon. Mówią o tym nawet w polskiej telewizji od rana. Śniegu ma być metr (swojego auta jutro nie odnajdę) i wszyscy traktują sprawę nieprawdopodobnie poważnie. Oczywiście nie dyskutuję z ludzkimi niepokojami. Każdy ma swoje. Przyglądam się jednak i obserwuję. Jest to wszystko dość ciekawe i w porównaniu do Polski dość egzotyczne. Dziś gubernator zarządził zakaz poruszania się samochodami po godzinie 21 - dla bezpieczeństwa i żeby nie utrudniać pracy służbom. Osobliwe... Jutro rano więc nie ma nawet sensu otwierać kościoła.

Nie wiem czy was nie zastanawia sposób w jaki Jezu mówi o głoszeniu nauki przez uczniów w połączeniu z... uzdrawianiem chorych. Jakby mówił o rzeczy najbardziej oczywistej pod słońcem. Jakby to uzdrawianie chorych było takim naturalnym dodatkiem do ewangelizacji. Nic szczególnego? To dlaczego my czytając o tym dziś  traktujemy te słowa chyba niczym baśnie z tysiąca i jednej nocy? Ale kto ma uzdrawiać? Ja????? To chyba jakiś żart...

No ale jeśli to jest żart, to cała reszta Ewangelii chyba też. Jeśli natomiast żartem nie jest... Ojoj... To chyba mamy problem. Bo trzeba by zacząć od poważnego potraktowania misji głoszenia. Macie kogoś takiego, o kim możecie powiedzieć, że dzięki waszemu "głoszeniu" (w jakikolwiek sposób by się ono nie dokonało) zbliżył się do Boga? Nawrócił się? Zmienił swoje życie? I nie chodzi wcale o pyszałkowate "liczenie przypadków", ale o fakt, konkret, jakąkolwiek sytuację, która potwierdziłaby zrealizowanie tego Jezusowego polecenia. W naszym życiu, według naszych możliwości, na naszą miarę?

Jeśli tak, to czas przejść do obietnicy z tym zadaniem związanej i uwierzyć Jezusowi, że posyła nas również do uzdrawiania. Nie tylko w przenośni, nie tylko w sensie duchowym. Jeśli nie... To może warto uwierzyć, że żniwo już dojrzało i czeka na robotników (sami księża tu nie poradzą). Tylko uwierzenie, że to wszystko nie jest żartem odrobinę kosztuje... Może dwie odrobiny... A może nawet więcej... Spróbujmy razem...

poniedziałek, 26 stycznia 2015

pułapka...


zdj:flickr/Michel Filion/Lic CC
(1 Kor 7,29-31)
Mówię, bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, co się radują, tak jakby się nie radowali; ci, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata.
(Mk 1,14-20)
Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi. I natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. Idąc dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi i poszli za Nim.

Mili Moi...
No normalna niedziela... Pracowita. Zwłaszcza emocjonalnie dość angażująca. Tak sobie dziś pomyślałem - ile takie, proste wydaje się, wygłoszenie kazania kosztuje. Wchodzę w to zwykle na całego, Słowo mnie porywa i płynę... Zapominam o Bożym świecie (mógłbym mówić i mówić, ale wiem, że ostatecznie i tak trzeba skończyć). A z ambony schodzę... powiedzmy... wyeksploatowany. I dobrze mi z tym... A dzisiejsze komentarze po homilii? Klasyczne... Dobrze ojciec powiedział, to było świetne kazanie... dla mojego męża :) No niech i tak będzie... Usłyszałem to dziś kilkakrotnie... Mam nadzieję, że kiedyś i do żon trafię :)

Wpuściliśmy dziś w obieg nieco płyt. Mam nadzieję, że dobrze będą się słuchać. Najbardziej rozbawiła mnie pewna pani, która dziś gościnnie pojawiła się w naszym kościele. Jakiś czas po Mszy przyszła ponownie zakupić kolejne dwie... Bo zaczęli słuchać w samochodzie, spodobało się i postanowili wrócić... Niech dobry dźwięk otwiera serca...

A po Mszy w naszej sali pod kościołem koncert młodych talentów. Dzieci z naszej Polskiej Szkoły grały na różnorakich instrumentach. Poza wrażeniami artystycznymi, była to również okazja do świętowania 72 urodzin naszego proboszcza. Jak na amerykańskie warunki, wciąż jest młodzieniaszkiem, więc niech nam żyje... jak najdłużej!

A czas się wypełnił i czas jest krótki... Więc o czasie dziś mówiłem. O czasie, którego nam wiecznie brakuje, bo... I tu rozpoczyna się lista tysiąca powodów. I wydaje się, że nie sposób z tego zaklętego kręgu się wydostać. Wszak to  system jest chory. A samemu nie da się wystąpić przeciwko systemowi. System nas odrzuci, zmarginalizuje. Na to zaś nie bardzo jesteśmy gotowi...

A Jezus mówi - nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. Innymi słowy - jeśli odwrócicie sie od waszych bożków, spośród których czas jest jednym z najbardziej zwodniczych, obiecuję wam, że nie zabraknie wam niczego. Czas został stworzony dla was, a nie wy dla czasu. Dlaczego więc jemu służycie? On powinien służyć wam...

Jako wasz Bóg, gwarantuję wam, że jeśli zaufacie moim słowom, nie zabraknie wam również czasu. Ale zaufajcie im dziś, teraz, natychmiast. Niczym Apostołowie, którzy porzucają wszystko, żeby iść z Nim. Dokąd? Nie wiedzą... Ale idą dziś, teraz, już... Bo wiedzą, że największym wrogiem nawrócenia, najskuteczniejszą bronią demona, najniebezpieczniejszą pułapką w ludzkim życiu jest słowo "JUTRO"!

Nie daj się złapać...



sobota, 24 stycznia 2015

coś o wariatach...


zdj:flickr/electricnerve/Lic CC
(Mk 3,20-21)
Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak, że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: Odszedł od zmysłów.

Mili Moi...
No i nadszedł "dzień Eliasza". Czy to warunki pogodowe, czy nadmiar wolnego czasu z powodu odwołania polskiej szkoły sprawiły, że gdziekolwiek usiadłem, tam zasypiałem. No i dzień płynie... Ale większych wyrzutów sumienia nie mam. Wysiłek i emocje dni minionych zasługują na to, żeby je odespać.

Armagedon śniegowy okazał się mniej groźny, niż się spodziewano. Oczywiście popadało, oczywiście poranek nie był łatwy dla transportu wszelakiego, ale... Według przewidywań w kościele nie było tłumów :) Zaczynałem Mszę z pustymi ławkami, ale na czytania dotarli ofiarodawcy intencji, więc skończyliśmy Mszę w trójkę.

A my dziś przeżyliśmy powtórnie dzień... 6 stycznia. Tego bowiem dnia w naszym zakonie losuj się patrona na cały rok i sentencję, która ma nas w jakiś sposób prowadzić. Niestety nie dotarły do nas sentencje na czas, więc dopiero dziś ten obrzęd się dokonał. Dla mnie to jeden z ważniejszych dni w roku, bo bardzo liczę na tego niebieskiego patrona, którego otrzymuję. Staram się o nim pamiętać, zwłaszcza kiedy odprawiam Mszę Świętą. W najbliższym roku będzie się mną opiekowała bł. Aniela Salawa, nasza franciszkańska dusza, która przeżyła swoje życie jako prosta służąca, obdarowana przez Pana mistycznymi łaskami. Lubię ją bardzo i zawsze chętnie nawiedzam w Krakowie, w naszym, franciszkańskim kościele, gdzie znajdują się jej relikwie. Sentencja zaś, która ma mi przyświecać, pochodzi z Listu do Galatów i brzmi - A co człowiek sieje, to i żąć będzie. Teraz więc mogę wejść w ten rok ze spokojnym sercem.

Dziś również miła niespodzianka - dotarła do mnie paczka z płytami naszego seminaryjnego zespołu "Pokój i Dobro". Jakiś czas temu poprosiłem braci z seminarium, żeby przysłali mi te egzemplarze płyty, na których miałem to szczęście śpiewać, a ja podzielę się tym z naszymi parafianami w Bridgeport. A nuż znajdą się tacy, którzy zechcą naszej twórczości posłuchać w swoich własnych domach. A przy okazji wesprzemy nasze, łódzkie seminarium. No więc dziś sto płyt pojawiło sie na pokładzie, a jutro po Mszy o 11 spróbujemy je wpuścić w obieg.

No a dziś Jezus, który odszedł od zmysłów. Myślę sobie, że takie pogłoski mogli rozsiewać nie tylko wrogowie Jezusa, ale również ludzie całkiem Mu przychylni. Bo przecież intensywność Jego działania i to, że się w żadnym razie nie oszczędzał, mogły rodzić najróżniejsze domysły. Ktoś, kto działa w taki sposób, musi mieć nie po kolei w głowie. I dziś zdałem sobie sprawę, że to moje największe marzenie - zasłużyć na taką samą opinię z dokładnie tych samych powodów.

Ale to musi być niesłychanie trudne. Kiedy przychodzi do Niego rodzina, która w trosce o swoje dobre imię i o swój honor, zamierza Go powstrzymać. Nie wiemy, czy doszło do tego spotkania, ale takie rozmowy zwykle są gwałtowne i nieprzyjemne. Jeśli nawet takie spotkanie miało miejsce, to bliscy Jezusa nic nie wskórali. Nadal działał jak ten, który odszedł od zmysłów...

A wrogowie? To przecież tak doskonały sposób, żeby zdyskredytować kogoś w cudzych oczach. Pokazać cały ogrom wariactwa, niezrównoważenia, ośmieszyć, wyszydzić, zlekceważyć. I tego się boimy, oj jak bardzo się boimy... Ja też. Choć pogardliwe określenia współczesnego świata brzmią mi w uszach najsłodszą melodią, to chyba najtrudniej nieść brzemię "wariata" nałożone przez tych z wnętrza Kościoła, przez wierzących. Szyderstwo i lekceważenie z tej strony boli chyba najbardziej....

Ale tłum nadal czeka... I nawet gdyby nie było czasu na nic innego, to na naśladowanie Jezusa, który odszedł od zmysłów w oczach wielu, czas musi się znaleźć...





opad prognozowany...


zdj:flickr/hyperion327/Lic CC
(Mk 3,13-19)
Jezus wyszedł na górę i przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego. I ustanowił Dwunastu, aby Mu towarzyszyli, by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki, i by mieli władzę wypędzać złe duchy. Ustanowił więc Dwunastu: Szymona, któremu nadał imię Piotr; dalej Jakuba, syna Zebedeusza, i Jana, brata Jakuba, którym nadał przydomek Boanerges, to znaczy synowie gromu; dalej Andrzeja, Filipa, Bartłomieja, Mateusza, Tomasza, Jakuba, syna Alfeusza, Tadeusza, Szymona Gorliwego i Judasza Iskariotę, który właśnie Go wydał.

Mili Moi...
Dni formacyjne dla sióstr przeszły do historii. Przynajmniej te w Chicago. Siostry chyba zadowolone, ja zadowolony, więc możemy przystąpić do dalszych prac i zobaczymy kto jeszcze będzie zadowolony... Może to jeszcze nie koniec :)

Dziś na lotnisku poszło już łatwiej i przynajmniej niczego mi nie zabrali. A w samolocie... Znowu jakieś błogosławieństwo - podobnie jak w tamta stronę, tak i dziś nie miałem nikogo obok. Komfort lotu nieco większy. Za sterami wesoły fachowiec. Ogłosił nam, że dawno już nie przeżyliśmy tak pięknego lotu, jaki on nam zafunduje, a może nawet nigdy dotąd... No i że będzie trochę trzęsło nad Nowym Jorkiem. Pojechaliśmy na pas startowy i ten lot życia rozpoczął się od tego, że zawróciliśmy, bo za głośno gdzieś coś działało i spodziewano sie awarii, którą jednak lepiej usunąć na ziemi, niż w powietrzu. Ale okazało się, że awarii nie stwierdzono, więc przy drugim podejściu udało się wystartować. Ciekaw byłem, czy uda się wylądować. Ale pan kapitan, synoptyk z zamiłowania (z sześć razy informował nas o pogodzie) posadził nas profesjonalnie. Przy okazji ukłon w stronę linii United, bo po raz pierwszy nie oglądałem nudnego pokazu instrukcji bezpieczeństwa, ale interesujący film, na którym można było się i uśmiechnąć...

No, ale podsumowując - wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej... Dojechałem bez korków. Pogoda słoneczna... Choć apokaliptyczne zapowiedzi końca świata wobec prognoz pogody na jutro, to baśnie dla grzecznych dzieci. No w tej dziedzinie jak nie zobaczę, to chyba nie uwierzę... Niemniej nauczyłem sie już obliczać przypuszczalną liczbę osób na Mszy na podstawie prognoz pogody. Jutro rano odprawiam sam - jestem o tym przekonany :)

A Słowo dziś... Tak wiele razy słyszane... A znów na czymś nowym Pan mnie skupił... Pomyślałem sobie, że co człowiek, to historia... Każdy z nich, każdy z Apostołów ma swoją - historię życia i historię z Jezusem. Wprawdzie tworzą wspólnotę, ale przecież każdy z nich powołany jest indywidualnie, inaczej. Do osobistej więzi, relacji. Nic powtarzalnego, nic rutynowego, nic banalnego. Głębia. Bliskość.

To jedyna szansa na zrozumienie swojej tożsamości. Sporo o niej mówiłem ostatnimi dniami. I czuję wyraźnie, że bez Jezusa coś nam umyka z naszego własnego człowieczeństwa. Ono staje się rozchwiane, niepełne, banalne, pozbawione fundamentu. Człowiek - to brzmi dumnie - ale tylko wówczas, gdy ma swoje oparcie w Jezusie. Bez Niego... Aż strach pomyśleć...

Ale nawet z Nim można nie zrozumieć. Przypomina nam o tym jedno imię. Judasz. Jedno na dwanaście. Może to nie taka najgorsza proporcja, ale podejrzewam, że ten jeden, który nie zrozumiał, napełnił serce Jezusa głębokim smutkiem. Każdy, kto nie rozumie - zasmuca. Aby byli z Nim - największe pragnienie Jezusa. Wobec każdego z nas...

czwartek, 22 stycznia 2015

uschła?


zdj: flickr/antiguan_life/Lic CC
(Mk 3,1-6)
W dzień szabatu Jezus wszedł do synagogi. Był tam człowiek, który miał uschłą rękę. A śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć. On zaś rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: Stań tu na środku! A do nich powiedział: Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić? Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: Wyciągnij rękę! Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa. A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz odbyli naradę przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić.

Mili Moi...
Zaczęliśmy dziś drugą turę dni formacyjnych dla sióstr. Grupa nieco mniejsza, bo sióstr 15, ale plan taki sam, więc zajęć nie brakuje. Biedne są... Bo nawet nie mogą się zdrzemnąć na konferencji. Mówią, że się nie da... Nie wiem czemu. Pewnie mój radiowy głos wwierca im się w mózgi i nie pozwala się wyłączyć :)  Jeszcze tylko jutro i kończymy. Choć czeka nas jeszcze trzecia tura dla sióstr pracujących w Kanadzie. Ale to dopiero w lutym...

Ja się czuję przemęczony. Nie wiem czy ta gonitwa codzienności wychodzi ze mnie, ale wczoraj padłem koło 8 wieczorem. Oczywiście po 1 w nocy byłem już wyspany, ale stwierdziłem, że to jeszcze nie czas na "Kiedy ranne wstają zorze", więc zmusiłem się nieco i dospałem spokojnie do rana. Ale dziś mechanizm jakiś podobny... Przydałyby się dwa dni tylko na spanie - albo chociaż jeden tak zwany "dzień Eliasza". W 1 Księdze Królewskiej czytamy bowiem znamienne słowa - Eliasz spojrzał, a oto przy jego głowie podpłomyk i dzban z wodą. Zjadł więc i wypił, i znów się położył (1Krl 19,6). Oto nasz ideał ! :)

Ale to tak anegdotycznie, bo dzisiejsze uzdrowienie człowieka z uschła ręką zwróciło moja uwagę na problem... połowiczności. Jeśli działa tylko jedna ręka, jedna noga, czy jedno oko, to człek działa połowicznie. Zwłaszcza ręka, poprzez którą działamy najwięcej. Pewnie da się żyć z jedną. Pamiętam mojego nauczyciela matematyki z podstawówki, miał tylko jedną rękę i świetnie sobie radził. Ale jednak zawsze to trudniej.

Połowiczność rozumiana głębiej może nam odsłonić całe przestrzenie naszego życia, gdzie żyjemy na tzw. "pół gwizdka". Czasem dlatego, że tak chcemy, czasem dlatego, że inaczej nie umiemy, czasem coś w nas obumarło... Myślimy sobie, że sytuacja jest nie do zmiany, nie ma w nas motywacji, nie potrafimy znaleźć w sobie sił. Akceptujemy stan, który nas w żadnej mierze nie satysfakcjonuje, coraz rzadziej wyobrażając sobie i marząc o tym, co moglibyśmy zrobić, gdyby...

Ale Pan nie zapomniał... Jezus mówi dziś do owego człowieka - stań tu na środku. Jesteś w centrum. Dla Boga zawsze. Tylko czy rzeczywiście jesteś gotów wyciągnąć ku Niemu swoją "uschła rękę"? Czy jesteś gotów Mu pokazać te obszary życia, w których stać cię na więcej, ale mało tego - czy te obszary życia jesteś skłonny oddać Mu na służbę? Bo trudno spodziewać się, że uzdrowi w tobie coś, co ostatecznie oddali cię od Niego. Bogu nade wszystko zależy na tym, żeby nas zbawić. To zbawienie jest na wyciągnięcie ręki... Zdrowej, czy "uschłej" - byle chcieć ją ku Bogu wyciągnąć...