sobota, 22 listopada 2014

miejsce...


zdj:flickr/ShutterRunner/Lic CC
(Łk 19,45-48)
Jezus wszedł do świątyni i zaczął wyrzucać sprzedających w niej. Mówił do nich: Napisane jest: Mój dom będzie domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców. I nauczał codziennie w świątyni. Lecz arcykapłani i uczeni w Piśmie oraz przywódcy ludu czyhali na Jego życie. Tylko nie wiedzieli, co by mogli uczynić, cały lud bowiem słuchał Go z zapartym tchem.

Mili Moi...
Pan Bóg jest niezawodny... Wczoraj wspomniany problem, dziś nadeszło rozwiązanie. Nie, niestety nikt mi doktoratu w nocy nie napisał, ale... Dzisiejszego dnia zrobiłem tyle, ile dawno, dawno nie zrobiłem w jeden dzień. Mimo że poranek nie zapowiadał się owocnie, to potem przyszedł taki zastrzyk chęci i energii, że przygotowałem cały weekend i mogę spokojnie punkt po punkcie realizować zadania, nie bojąc się, że coś jest niedopięte. A tych zadań będzie troszkę. Bo choćby jutro, mój pierwszy w życiu chrzest po angielsku. Mam nadzieję, że mały Liam jakoś to zniesie. Potrzebne więc było dziś znowu małe kazanie w tym języku, no i przejrzenie obrzędów. Poza tym jutro polska szkoła, jak zawsze. Tam też trzeba coś dobrego dzieciakom powiedzieć. A w niedzielę przyjęcie nowych ministrantów i lektorów, odnowienie przyrzeczeń przez już służących, więc znalezienie tekstów i zaplanowanie tego nabożeństwa też było w moich dzisiejszych rozkładach zajęć. Innych prac nie wymieniam. Dodam tylko, że nawet zdążyłem pójść na spacer. Piszę o tym tylko dlatego, że Pan Bóg znów pokazał mi, że można... Wszystko jest w Jego ręku i udziela potrzebującym. Niejeden raz mnie juz tak przekonywał, a ja z uporem maniaka za każdym razem powątpiewam. W Nim wszystko jest możliwe. Uczmy się tego wspólnie.

A Słowo znów wzbudziło dziś mój żal... Bardzo tęsknię za... otwartymi świątyniami. I właściwie tęsknie za nimi ze względu na ludzi, bo ja mam klucz i zawsze ją mogę sobie otworzyć. Ale nie ma we mnie zgody na to, że te wszystkie nasze kościoły są zamknięte. Tak, ja po ludzku rozumiem motywacje, ona jest jakoś przekonująca, ale nie umiem się na to zgodzić. Z rozrzewnieniem wspominam Irlandię, gdzie w naszej okolicy właściwie wszystkie kościoły były otwarte cały dzień. W wielu z nich trwała adoracja. Może inna kultura. Może mniej kradzieży, mniej profanacji. W każdym razie, gdybym miał na to jakiś wpływ, zdecydowanie popierałbym otwieranie kościołów i jakieś inne próby ich zabezpieczenia, niż zamknięte wrota.

Ale w tym kontekście przyszła mi też do głowy myśl nad moim oswojeniem z sacrum. Mieszkam z Jezusem pod jednym dachem już od tylu lat... Dawniej, kiedy nie byłem jeszcze zakonnikiem, a co za tym idzie, nie miałem kaplicy w domu, to każda okazja skorzystania z możliwości modlitwy w takowej kaplicy była dla mnie niczym wygrana na loterii. Teraz? No owszem, bywam, ale bez takich wzruszeń. A przecież to jest nadzwyczajne. Mieć Boga za ścianą. Obecność ku której można w każdej chwili się zwrócić. Jaki człek jest głupiutki. Przyzwyczaić się do takiej świętości wypełniającej dom? Czy to w ogóle możliwe? Nawet najcudowniejsze cudowności z czasem mogą spowszednieć, jeśli nie podsyca się żaru miłości.

No i przestrzeń sacrum, jako przestrzeń spotkania. Gesty, znaki, słowa. Zaangażowanie, z którym się je czyni, wiele mówi o człowieku i o jego wierze. Dziś siedząc sobie w kościele myślałem, czy i ja nie stałem się dla kogoś źródłem zgorszenia, czy czasem nie okazywałem się niefrasobliwy? Nie chciałbym zasłużyć na wyrzut Jezusa w tej kwestii, bo jestem Mu naprawdę niesamowicie wdzięczny, że wciąż jeszcze kościoły mamy i w miarę bezpiecznie możemy z nich korzystać. W wielu miejscach na świecie tego komfortu nie ma. Chciałbym raczej uczynić słowa "gorliwość o dom Twój pożera mnie" swoimi własnymi słowami i nie tylko je sobie często powtarzać, ale również nimi żyć. Niech więc każde przyklęknięcie głosi chwałę Bożą. A znak krzyża niech objawia Jego miłość. Słowa zaś niech wybrzmiewają w tych świętych murach zmiłowaniem i pokorą. Amen.

PS. A dla miejscowych Czytelników informacja - nasz proboszcz doleciał bezpiecznie, dotarł juz do miejsca docelowego, dzwonił dziś i wszystkich pozdrawia :)


piątek, 21 listopada 2014

nawiedzane ruiny...


zdj:flickr/Tim Green aka atoach/Lic CC
(Łk 19,41-44)
Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia.

Mili Moi...
No i zostałem prawie sam... Mówię prawie, bo oczywiście jeśli chodzi o towarzystwo w domu, to jest nieoceniony o. George. Ale jeśli idzie o obowiązki to jestem zdany na siebie, ponieważ ani jego wiek, ani stan zdrowia nie pozwalają mu się zaangażować w realną pomoc. I właściwie może nie rzecz w tym, że się w te dni jakoś okrutnie przepracuję, ale w tym, że jest wiele rzeczy, których do tej pory nie robiłem, a teraz musze zacząć - jak choćby odbieranie telefonów w domu, czy włączanie alarmu w kościele. Niektóre z nich kosztują mnie wiele wysiłku (choćby te telefoniczne gawędy po angielsku), inne domagają się tylko tego, żeby o nich pamiętać. Tak, czy owak, rozpoczyna się czas wytężonego wysiłku i pierwsza próba samodzielności na wciąż jeszcze nowym terenie.

Ale dzisiejszy dzień, który już prawie się kończy, mogę uznać za udany. Przyjąłem informację, że zamówione krzesła nadejdą niebawem, przyjąłem cztery intencje mszalne, wysłałem kolejny biuletyn do druku poprawiając go uprzednio, wystawiłem zaświadczenie, że pewna nasza parafianka może być śmiało świadkiem bierzmowania, napisałem kazanie po angielsku na niedzielę i prawdopodobnie znalazłem opiekunkę dla pewnego pięciomiesięcznego malucha :) Dziwi was to? A nie powinno. W Ameryce również w takich sprawach dzwoni się do parafii :)

Tymczasem dziś rozmyślam nad moimi nawiedzeniami i próbuję odróżnić te ważniejsze od mniej ważnych; chwilowe i nagłe od tych rozciągniętych w czasie; dotyczące teraźniejszości i przyszłości. Myślę, czy da sie przeprowadzić pomiędzy nimi granice i czy należy to czynić. Taki choćby sobie mały dylemat - czy moja praca doktorska jest takim nawiedzeniem, które wciąż należy do przyszłości, czy też raczej pozostało w przeszłości i dobiegło końca, zanim jeszcze tak naprawdę się zaczęło? No bo jak to jest na dziś? Pisać, czy oddać się sercem i duszą posłudze parafialnej? Jedno z drugim nie do pogodzenia. A wydaje się, że Pan oczekuje cudu. A może On chce sprawić cud? O, to byłoby znacznie lepiej. Nie, wcale nie chodzi o to, żeby coś "samo się zrobiło", ile raczej o to, żeby wśród wielu różnych natchnień usłyszeć również te ważne. A dla mnie dziś ważne jest - jak połączyć ogień i wodę, rzeczywistości tak od siebie odległe? Więc proszę Cię Panie Jezu o nowe nawiedzenie. Takie, żebym pojął i zrozumiał, żebym nie użalał się nad sobą, ale nie bił również głową w mur, żebym nie minął się z Prawdą... I żebyś nie musiał płakać nade mną. Nad moimi ruinami. Bo przecież Ty nie stworzyłeś "katastrofy" o imieniu Michał... Na pewno nie...

czwartek, 20 listopada 2014

Jego dary...


zdj:flickr/godserv/Lic CC
(Łk 19,11-28)
Jezus opowiedział przypowieść, dlatego że byli blisko Jerozolimy, a oni myśleli, że królestwo Boże zaraz się zjawi. Mówił więc: Pewien człowiek szlachetnego rodu udał się w kraj daleki, aby uzyskać dla siebie godność królewską i wrócić. Przywołał więc dziesięciu sług swoich, dał im dziesięć min i rzekł do nich: Zarabiajcie nimi, aż wrócę. Ale jego współobywatele nienawidzili go i wysłali za nim poselstwo z oświadczeniem: Nie chcemy, żeby ten królował nad nami. Gdy po otrzymaniu godności królewskiej wrócił, kazał przywołać do siebie te sługi, którym dał pieniądze, aby się dowiedzieć, co każdy zyskał. Stawił się więc pierwszy i rzekł: Panie, twoja mina przysporzyła dziesięć min. Odpowiedział mu: Dobrze, sługo dobry; ponieważ w dobrej rzeczy okazałeś się wierny, sprawuj władzę nad dziesięciu miastami. Także drugi przyszedł i rzekł: Panie, twoja mina przyniosła pięć min. Temu też powiedział: I ty miej władzę nad pięciu miastami. Następny przyszedł i rzekł: Panie, tu jest twoja mina, którą trzymałem zawiniętą w chustce. Lękałem się bowiem ciebie, bo jesteś człowiekiem surowym: chcesz brać, czegoś nie położył, i żąć, czegoś nie posiał. Odpowiedział mu: Według słów twoich sądzę cię, zły sługo. Wiedziałeś, że jestem człowiekiem surowym: chcę brać, gdzie nie położyłem, i żąć, gdziem nie posiał. Czemu więc nie dałeś moich pieniędzy do banku? A ja po powrocie byłbym je z zyskiem odebrał. Do obecnych zaś rzekł: Odbierzcie mu minę i dajcie temu, który ma dziesięć min. Odpowiedzieli mu: Panie, ma już dziesięć min. Powiadam wam: Każdemu, kto ma, będzie dodane; a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. Tych zaś przeciwników moich, którzy nie chcieli, żebym panował nad nimi, przyprowadźcie tu i pościnajcie w moich oczach. Po tych słowach ruszył na przedzie, zdążając do Jerozolimy.

Mili Moi...
Dzisiejszy dzień upłynął mi na oglądaniu kluczy, poszukiwaniu urządzeń do zmieniania temperatury w różnych pomieszczeniach i tak dalej i tak dalej... Po prostu jutro mój przeuroczy proboszcz wyjeżdża do Polski, a ja zostaję prawie sam na długie dziesięć dni. I im bliżej jego wyjazdu, tym więcej obaw we mnie. Ale modlę się o dar języków do Ducha Świętego, żebym w te dni poradził sobie z telefonami, petentami i wszelkimi innymi zadaniami...

Właśnie przed chwilą skończyliśmy nabożeństwo uzdrowienia w ramach rekolekcji ewangelizacyjnych dla naszej odnowowej wspólnoty. Wiele takich nabożeństw już mam za sobą, ale to dzisiejsze, jest jakoś szczególne, jedno z piękniejszych. Bardzo spokojne, a jednocześnie niezwykle głębokie. Pokorne pochylenie się wobec ogromu bólu, który ludzie noszą w sobie, a któremu zaradzić może tylko Jezus. I moje kapłaństwo w tym. Jako nić pośrednicząca. Tak bardzo jestem Bogu wdzięczny, że mogę służyć. W takich chwilach jak dziś znów uświadamiam sobie, jakie to ważne, jak bardzo jestem potrzebny jako kapłan. Tak wielkie zaufanie jakim jestem obdarzany przez ludzi. To wszystko mnie z jednej strony onieśmiela, a z drugiej napełnia niezwykłym zachwytem. Bo to niewątpliwy znak działania Jezusa. Nie wierzę, że bez Jego pomocy moi bracia i siostry mogliby mówić wobec drugiego człowieka o swoich bólach, o których przecież mówią... A On w tym wszystkim jest...

Kapłaństwo jest moim najcenniejszym darem. Nie mam nic cenniejszego. Zupełnie darmo dany. Niezasłużony. I tak piękny, że powala mnie na kolana... Z wdzięczności... I choć czuję się dziś koszmarnie zmęczony, to również szczęśliwy. I gotów byłbym siedzieć w kościele do rana, gdyby to było potrzebne. Ten talent, ta mina tego wymaga... Dzisiejsze Słowo wprowadza trzy kategorie traktowania Bożych darów. Gorliwa, przeciętna i... bezczelna (tak nazywa ją jeden z moich komentarzy ewangelicznych).

Gorliwy, zaradny, przedsiębiorczy, odpowiedzialny jest ów pierwszy sługa, który poza dziesięcioma miastami zyskuje również pochwałę swego pana. Przeciętnemu czegoś brak... Może gorliwości, zapału. Albo czegoś tam jeszcze innego. Wprawdzie otrzymuje pięć miast w zamian za to, co uczynił, ale przeciętnego sługi jego pan już nie chwali. I wreszcie ten ostatni, który nie tylko nie przynosi żadnego zysku, ale jeszcze atakuje swojego pana oskarżając go o okrucieństwo i wyzysk. Temu zabierają nawet to, co wydawało mu się, że ma...

Trzy postawy, które mogą pomóc narysować mapę życia. I nanieść na nią dwie współrzędne - gdzie jestem ja, a gdzie Bóg? Dzięki tej pomocy kartograficznej mogę nawet nieco zajrzeć w przyszłość, bo on jest ściśle związana z moją teraźniejszością. Gdzie więc jesteś? Jak traktujesz Boże dary? A co ważniejsze - jak traktujesz ich dawcę? Może już czas pomyśleć o tym na poważnie...

środa, 19 listopada 2014

czekając...


zdj:flickr/Saad Sarfraz Sheikh/Lic CC
(Łk 19,1-10)
Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło.

Mili Moi...
Niezauważalnie uleciał wtorek. Głównie dzięki dwóm spowiedziom furtkowym, które niemal całkowicie wypełniły mój dzień. Trochę poszarżowałem i już wiem, że dwie osoby na jeden dzień, to jednak nieco za dużo do udźwignięcia dla samego spowiednika. Ale to nic. Spiąłem się i przeżyliśmy. W każdym razie wielka radość z kolejnych uwolnień. Pan jest dobry...

No i dziś krótka wizyta w szpitalu u naszej sekretarki, która wczoraj powiła śliczną Amelkę. No właściwie trochę dłuższa, niż krótka, bo jak już byliśmy, to wysłano nas do pewnej młodej Amerykanki cierpiącej na nowotwór, którą mój zacny proboszcz namaścił. Ze zdumieniem stwierdziłem, że jest w szpitalu człek od organizacji duchowej opieki, taki urzędnik, który każdemu pacjentowi, który sobie tego życzy sprowadzi odpowiedniego duchownego z posługą. A że właśnie pojawiliśmy się na horyzoncie...

No i ukończyłem dziś pierwszy biuletyn parafialny (takie ogłoszenia duszpasterskie w wersji pisanej, które wręcza się każdemu po Mszy) i wysłałem go do druku. To ta część obowiązków sekretarki, która spadła na mnie. Ciekawe te nowe obowiązki amerykańskie, nie ma co :)

Zacheusz dziś... jedna z moich ulubionych Ewangelii... I staje mi przed oczami motyw nawrócenia. Niezwykłe jest to spotkanie. I dziś tak wyraźnie odczułem jak bardzo Zacheusz na nie czekał. Jak bardzo niewydolne było to wszystko, czego doświadczał w życiu. Pieniądze, kariera, salony... I pustka w sercu, głód, tęsknota, której niczym nie da się zaspokoić. Poszedł na drogę. Może pełen nadziei, a może już całkiem jej pozbawiony. Poszedł zobaczyć. I stracił wszystko. Tylko po to, żeby zyskać Wszystko.

Ale to nie wynik jego patrzenia. To efekt spojrzenia Tego, który przechodził. Był tam dla Zacheusza. Przyszedł odszukać to, co zginęło. Nie wahał się stanąć niżej, żeby ocalić ukrytego wśród liści... Człowieka. Bieda Zacheusza nie pozwoliła Jezusowi go ominąć. Bogactwo Zacheusza nie pozwalało mu pójść za Jezusem. Nie mógł doświadczyć wolności. Nie mógł poczuć wiatru we włosach i ziemi pod stopami. Oddzielony. Od Boga, od świata, od samego siebie... Więzień. A Jezus nie mówi nic. Tylko tyle, że musi, że musi wejść, że musi wejść pod dach Zacheusza. I on uwierzył, że Jezus musi... Nie zastanawiał się nad logiką tego wydarzenia. Popłynął... A potem już były tylko cuda. Nadzwyczajne. Wielkie. Niewytłumaczalne.

Zacheusz stał się takim biedakiem, że wreszcie mógł stać się posiadaczem Wszystkiego. Wolnym. Szczęśliwym...

wtorek, 18 listopada 2014

wolność, a Wolność...


zdj:flickr/zoomion/Lic CC
(Łk 18,35-43)
Kiedy Jezus zbliżył się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: Co chcesz, abym ci uczynił? Odpowiedział: Panie, żebym przejrzał. Jezus mu odrzekł: Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu.

Mili Moi...
Wczoraj upadłem na pyszczek o 21.00. Nie byłem w stanie już nawet tu zajrzeć. Przed południem posługa jak zawsze, a wbrew pozorom kosztuje mnie ona zwykle sporo emocjonalnego wysiłku (perfekcjoniści już tak mają). A po południu wycieczka do Bostonu (2,5 godziny w jedną stronę) celem dostarczenia o. Jude do następnego naszego klasztoru na wizytację. Dzięki temu poznaliśmy parafię MB Częstochowskiej, gdzie pracują nasi bracia Janek i Józef. Miłe spotkanie no i wieczorny powrót do domu.

A dziś od rana kontynuacja czytania podręcznika dla zdających prawo jazdy. Czytam go od wielu dni tylko dlatego, że ciągle coś ważniejszego mi tę lekturę przerywa. Ale mam nadzieję, że wkrótce ją zakończę i jakoś to prawo jazdy zdobędę. A poza nudną lekturą cudowna posługa. Najpierw trzygodzinna spowiedź furtek, która zawsze niesie sporo radości z uwolnienia człowieka. A potem trzygodzinne spotkanie z małżonkami, którzy też mieli "do pogadania". I po raz kolejny oddaję chwałę Bogu za to, że pozwolił mi być księdzem... Wielka odpowiedzialność, ale i wielka radość...

Dziś myślę sobie o tym od rana... Bo kiedy czytam o niewidomym spod Jerycha, to widzę również ludzi z czoła tego pochodu, którzy zamiast ułatwić mu dotarcie do Jezusa, starają się ze wszech miar mu utrudnić. I to mi przywodzi na myśl również naszą, kapłańską posługę, która może zmierzać w którymś z tych kierunków. A kwestią szczegółową, którą mi Pan postawił dziś przed oczy, były wymagania, które musimy stawiać naszym wiernym. Musimy, bo tego oczekuje od nas Pan, a nie dlatego, że to nasze znakomite pomysły. I to jest ta trochę mniej przyjemna rola księdza. Bo przy dzisiejszej wrażliwości, a może i nadwrażliwości, stawianie wymagań kojarzy się z zamachem na wolność i niezależność. Coraz więcej jest bowiem takich braci i sióstr, którzy chcą być katolikami, ale na swoich własnych zasadach. I kto powie im, że im nie wolno?

Czasem w konfesjonale, chcąc powiedzieć kilka słów prawdy, muszę zacząć od zapewnień, że nie jest moim celem nikogo obrazić, ani dotknąć, że chcę tylko pokazać, że można więcej, inaczej, bardziej. Ba, nie tylko można, ale nawet i trzeba. I często wyczuwam ścianę... Mur obojętności, a czasem wrogości, od którego moje słowa się odbijają. Bo co mi tam jakiś ksiądz będzie mówił... W rozmowach pozakonfesjonałowych jest podobnie. Skala zjawiska coraz większa, dlatego też ośmielam się o tym pisać...

I bynajmniej, nie zamierzam dowodzić, że jestem nieomylny. Ale Jezus tak, a moim zadaniem jest nie tylko powtarzać za Nim - idź, twoja wiara cię ocaliła, ale również - nie grzesz więcej, aby ci się co gorszego nie przytrafiło... Trudna odsłona kapłaństwa, od której nie ma ucieczki... Stawianie wymagań w imię Jezusa. Czy to się komuś podoba, czy nie. Bez dbania o łatwy poklask i nieustannego usypiania sumień duchowymi pieszczotami.

Same duchowe pieszczoty nie przyprowadzają do prawdziwego Jezusa, podobnie jak i nadmierna surowość wymagań... On jest niedoścignionym wzorem właściwego rozkładania akcentów w duchowym przewodzeniu.
..

niedziela, 16 listopada 2014

wybór...



1 Powiedział im też przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: 2 "W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. 3 W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: "Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!" 4 Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: "Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, 5 to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie"".
6 I Pan dodał: "Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. 7 A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? 8 Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?" Łk 18, 1-8


Mili Moi...
No kolejny szalony dzień za nami... Rano jak zawsze polska szkoła. Zaczyna mi to powoli sprawiać radość. Ale może też i dlatego, że poza dziećmi dorośli zaczynają ze mną rozmawiać, co mnie cieszy, bo zaczynam się powolutku czuć częścią tego miejsca. A dziś zaniosłem do szkoły informację o naszych rekolekcjach dla kobiet, które organizujemy na naszym gruncie.  A po południu siostry z Newarku przygotowały piękny plakat, który już macie zamieszczony powyżej. Zobaczymy jaki będzie odzew. Zgłaszać się już można...

W godzinach południowych czciliśmy Niepodległą... Co roku na wniosek polskiej społeczności, jeden z miejscowych, zasłużonych dla polskości rodaków, zostaje odznaczony przez burmistrza naszego Bridgeport, czemu towarzyszy skromna uroczystość pod ratuszem, połączona z wciągnięciem polskiej flagi na maszt i odśpiewaniem naszego narodowego hymnu. W tym roku nagrodzona została Zosia, nasza lokalna wybitna biegaczka, zdobywająca medale w barwach narodowych na licznych zawodach na całym świecie. Pięknie było... Intonować hymn w takim miejscu i w takich okolicznościach... Czułem się zaszczycony.

A po powrocie gawęda z o. Jude. I choć on mówił znacznie więcej, to jednak poczułem się dziś dobrze, ponieważ powiedziałem mu wszystko, co chciałem bez większych problemów. A wspominaliśmy irlandzkie czasy, bo kiedy tam pracowałem, on wówczas głosił nam rekolekcje, na które polecieliśmy do Liverpoolu.  Bardzo nam się miło gadało.

A Pan znajdzie wiarę na ziemi, kiedy powtórnie przyjdzie? Dużo o tym myślę ostatnio. Tym więcej, im więcej prób zniszczenia wartości wszelakich obserwuję wokół siebie. Tyle prowokacji... Jak nie pewien szwarc charakter z pewną ślicznie wysuszoną staruszką, którzy mają w pewnej sieci handlowej stać się "twarzami Bożego Narodzenia", to członkinie pewnej organizacji z krzyżami wetkniętymi w miejsca stanowczo nieodpowiednie paradujące po placu świętego Piotra. Jak długo jeszcze? Jak długo to potrwa? Kiedy Pan straci cierpliwość?

W Liście do Galatów czytamy - 7 Nie łudźcie się: 8 Bóg nie dozwoli z siebie szydzić. A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne. (6, 7-8). Ta polaryzacja świata na ludzi z ciała i ludzi z ducha staje się coraz bardziej wyraźna. Walka między siłami ciemności, a Bożym światłem w nas wydaje się być coraz bardziej zażarta. A wszystko oparte na odwiecznym pytaniu - a kto mi będzie mówił jak mam żyć? Nie będę służył...  Bez wyboru się nie obejdzie. I wkrótce nie da się stać z boku. Jestem tego pewien...

sobota, 15 listopada 2014

na wieczność....


zdj:flickr/CarbonNYC [in SF!]/Lic CC
(Łk 17,26-37)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak działo się za dni Noego, tak będzie również za dni Syna Człowieczego: jedli i pili, żenili się i za mąż wychodziły aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki; nagle przyszedł potop i wygubił wszystkich. Podobnie jak działo się za czasów Lota: jedli i pili, kupowali i sprzedawali, sadzili i budowali, lecz w dniu, kiedy Lot wyszedł z Sodomy, spadł z nieba deszcz ognia i siarki i wygubił wszystkich; tak samo będzie w dniu, kiedy Syn Człowieczy się objawi. W owym dniu kto będzie na dachu, a jego rzeczy w mieszkaniu, niech nie schodzi, by je zabrać; a kto na polu, niech również nie wraca do siebie. Przypomnijcie sobie żonę Lota. Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je. Powiadam wam: Tej nocy dwóch będzie na jednym posłaniu: jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony. Dwie będą mleć razem: jedna będzie wzięta, a druga zostawiona. Pytali Go: Gdzie, Panie? On im odpowiedział: Gdzie jest padlina, tam zgromadzą się i sępy.

Mili Moi...
A u nas dziś pojawił się o. Jude Winkler, który wizytuje nasz klasztor z ramienia naszego Ojca Generała. Nie jest to nic nadzwyczajnego i nie wynika z jakichkolwiek innych pobudek, tylko z prawa zakonnego, które nakazuje, aby Generał, podobnie jak Prowincjał jeden raz podczas swojej kadencji, sam lub przez delegata, zwizytował wszystkie wspólnoty. Wizytacja dotyczy zwykle kwestii formalnych i karności zakonnej. My jesteśmy w specyficznej sytuacji, bo choćby sprawdzenie polskich ksiąg przez amerykańskiego wizytatora będzie nieco utrudnione. Ale niech sobie radzi... Może jakaś szczególna asystencja Ducha Świętego :) Ale dla nas jest to również okazja do zasięgnięcia języka co tam słychać w Zakonie... Jude ma globalne spojrzenie, bywa w różnych miejscach świata, więc podzielił się z nami dziś przy obiedzie różnymi nowinami.

A poza tym przybywa deklaracji chęci udziału w rekolekcjach dla kobiet. Bardzo mnie to cieszy i mam nadzieję, że nie będziemy mieli żadnego problemu z uzbieraniem ładnej grupy. Dziś przyszło kolejne zaproszenie z Chicago... Tym razem do poprowadzenia rekolekcji dla mężczyzn :) Ale muszę to dobrze rozważyć, bo nadchodzi czas wytężonej pracy duszpasterskiej, a poza tym, moje wysiłki naukowe... No doba okazuje się za krótka...

A tu jeszcze o wieczności trzeba nieco pomyśleć. Bo najgorsza jest niefrasobliwość. Dziś Jezus na nią właśnie wskazuje. Ile beztroski w słowach "jedli i pili, żenili się i za mąż wychodziły, sprzedawali i kupowali, sadzili i budowali". Ulubione ludzkie zajęcia, przeżywane częstokroć bez żadnej dalszej perspektywy. Jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy. Ale co dalej? Czy będzie jakieś "dalej"? Wieczność z całą pewnością będzie się znacząco różniła od teraźniejszości. I choć nie da się ukryć, że jesteśmy na tu i teraz materialnymi ludźmi, zanurzonymi w materialnym świecie, to jednak może warto go choć odrobinę przekraczać. W jaki sposób? No choćby uzyskując coraz większą wolność wobec rzeczy, którymi to my mamy rządzić, nie pozwalając, aby to one rządziły nami. W wieczności z Bogiem ich raczej nie będzie i nie będzie nam wcale bez nich źle... Może od niektórych warto się już dziś delikatnie odzwyczajać...

Wieczność... Trudne słowo. Takie niewyobrażalne. Kiedyś w jednym z komediowych filmów widziałem scenę, w której pewien pastor próbował obrazowo wyjaśnić swoim dzieciom czym ona jest. Mówił - wyobraźcie sobie metalową kulę o średnicy trzech kilometrów. Raz na trzysta lat przelatuje obok niej gołąb i muska ją skrzydłem. Kiedy zetrze ją na proch, to będzie... dopiero początek wieczności :) Jeśli tak.... To wszystkiego może mi tam w tej wieczności zabraknąć, ale z pewnością nie Boga.... Bo bez Niego byłoby to nieznośne trwanie. Bezcelowe i bezwartościowe....