sobota, 6 lutego 2016

i znowu...

zdj:flickr/Corey Templeton/ Lic CC
(Mk 6,14-29)
Także król Herod posłyszał o Nim, gdyż Jego imię nabrało rozgłosu, i mówił: Jan Chrzciciel powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze działają w Nim. Inni zaś mówili: To jest Eliasz; jeszcze inni utrzymywali, że to prorok, jak jeden z dawnych proroków. Herod, słysząc to, twierdził: To Jan, którego ściąć kazałem, zmartwychwstał. Ten bowiem Herod kazał pochwycić Jana i związanego trzymał w więzieniu, z powodu Herodiady, żony brata swego Filipa, którą wziął za żonę. Jan bowiem wypominał Herodowi: Nie wolno ci mieć żony twego brata. A Herodiada zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał. Otóż chwila sposobna nadeszła, kiedy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę swym dostojnikom, dowódcom wojskowym i osobom znakomitym w Galilei. Gdy córka tej Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: Proś mię, o co chcesz, a dam ci. Nawet jej przysiągł: Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa. Ona wyszła i zapytała swą matkę: O co mam prosić? Ta odpowiedziała: O głowę Jana Chrzciciela. Natychmiast weszła z pośpiechem do króla i prosiła: Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela. A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę jego. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczęciu, a dziewczę dało swej matce. Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie.


Mili Moi…
3541 dzień mojego kapłaństwa i 515 w Ameryce już za mną… Kolejny dzień, który dał mi Pan dla uświęcania. Nie wszystkim był dany… Dziś smutna wiadomość z Czech. Nasz współbrat Robert, z którym studiowaliśmy razem w seminarium, a który w poniedziałek miał poważny wypadek samochodowy został dziś odłączony od aparatury podtrzymującej życie. Jego czas dobiegł końca… Jak Pan Bóg musiał za nim tęsknić, skoro tak szybko go zaprosił…

A my tu jeszcze musimy trochę pociągnąć ten wózek… Dziś znów spadł śnieg i choć już prawie zniknął, to w ciągu dnia było go tak dużo, że skutecznie pokrzyżował nam plany. Zwłaszcza wizyty u chorych, które trzeba przekładać… Z tymi chorymi to ciekawa historia… Zmarł mi ostatnio kolejny. O dziwo, o. Stefan odwiedzał ich latami, a wystarczyło, że ja złożyłem im wizytę dwa razy i… No nie najlepiej to chyba o mnie świadczy…

A dziś wieczorem spotkanie z rodzicami dzieci pierwszokomunijnych. W Polsce można wciąż oglądać teleturniej „Jeden z dziesięciu”. U nas dziś wydarzenie pod tytułem „Trzy z siedemnastu”. Śnieg… I takie to duszpasterstwo… Szybciej by człek lud w Afryce pod bambusem zebrał, niż w tej wspaniałej Ameryce. I gdzie większa misja?

Wczoraj zaś zakupiłem bilet wakacyjny do Polski. Ale na razie nie zdradzam kiedy się wybieram, żeby za bardzo nie ucieszyć ani oczekujących w Polsce, ani moich parafian, którzy pewnie chętnie ode mnie odpoczną… W każdym razie ja już myślami odpoczywam…

A w realu? Pan mówi dziś o tych, których czyni swoim głosem. Macie wokół siebie takich, których słuchacie chętnie, a jednocześnie udusilibyście ich własnymi rękami? Wypominają wam prawdę o was – tę przykrą, o której chcielibyście raczej zapomnieć? A może sami czujecie, że powinniście być takim głosem, ale dla świętego spokoju milczycie, albo udajecie, że nie widzicie?

Jan Chrzciciel, Głos, został skutecznie wyeliminowany… Ale jedne usta się zamykają, a Bóg otwiera następne. Głos nie zamilknie. Ten wobec nas również… Możemy wyeliminować jeden, czy drugi, ale Bóg nie przestanie się o nas upominać. Z prostej przyczyny – kocha nas i chce naszego prawdziwego dobra. Może więc warto pamiętać o tym, kiedy czujemy przynaglenie, żeby być głosem wobec innych. To niebezpieczne… Ale miłość nie boi się niebezpieczeństw. A prawdziwe dobro domaga się czasem głośnego sprzeciwu. Może wyrażonego po raz ostatni. Tuż przed oddzieleniem głowy od reszty ciała…

Mówić więc? Nie mówić? Nade wszystko kochać… I słuchać Miłości…

środa, 3 lutego 2016

brać Go w ramiona...


(Łk 2,22-40)
Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela. A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostawała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta - Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim.

Mili Moi…
Dziś postanowiłem się nieco wyciszyć po niedzielnych uroczystościach i zadbać trochę o swoją duszę. Wybrałem się więc na dzień skupienia do Spencer, MA, gdzie mieści się najbliższe nam opactwo trapistów. To zakon o długiej tradycji i najsurowszej chyba obecnie regule w Kościele. Kilka lat temu miałem okazję nawiedzić ich klasztor w Louisville, czyli w miejscu, gdzie żył i pracował Tomasz Merton. I powiem szczerze, że dzisiejszą wizytą byłem nieco rozczarowany. Podczas gdy w Louisville sporo troski wkłada się w serdeczne przyjęcie gości, to w Spencer nawet łazienki nie ma, z której można by skorzystać. Wszystko zamknięte na głucho… No ale duch najważniejszy… Dziś wróciła mi cała przytępiona nieco tęsknota za życiem zakonnym z prawdziwego zdarzenia. Za duchowością, ceremoniałem i… ciszą. Tam aż dudni w uszach od ciszy. Tak strasznie jej potrzebowałem, że nie mogłem się nią wprost nasycić. Pomedytowałem, poczytałem, pomodliłem się, pospacerowałem… Piękny czas.

A wieczorem Nieszpory na zakończenie Roku Życia Konsekrowanego z osobami konsekrowanymi pracującymi w naszej diecezji. Jest tu obecnych 38 zgromadzeń (z czego 10 męskich). Nieszpory oczywiście z rozmachem, po amerykańsku, dziewięćdziesiąt minut. Dziwiłem się nawet, że bez jedzenia udało im się tak długo wytrwać… Ale było to poruszające… Patrzeć na sędziwe siostry, które swoje życie poświęciły Kościołowi. Obraz interesujący. Bezhabitowe – same staruszki. Te w habitach – kwitnąca młodość. Znak, który może ktoś, kiedyś odczyta, bo dziś tak wielu usiłuje zamknąć na niego oczy. Przewodniczący liturgii przywołał jedną sytuację, kiedy to profesor po egzaminie zapytał kleryka, czy jest jakaś postać w Biblii, którą by chciał naśladować. Ów młodzieniec odpowiedział – tak, Symeon, bo on trzymał w swoich ramionach Jezusa.

To najważniejsze zdanie dla mnie z całego wieczoru. Ono również staje się we mnie komentarzem do dzisiejszej Ewangelii. Być jak on, Symeon… Doczekać się. Brać Go w ramiona… To było moje marzenie zanim zostałem kapłanem. Od kiedy ta łaska stała się moim udziałem czekam już tylko na jedno – kiedy On weźmie mnie w ramiona i zaniesie do domu Ojca. Dziś modliłem się w katedrze, żeby nadszedł taki dzień, że z głębi mojego serca będę mógł zawołać ze szczerym pragnieniem – teraz o Panie pozwól odejść swemu słudze w pokoju, bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie…

Jeśli nie odejdę tej nocy, jutro znów stanę przy ołtarzu, wezmę Go w ramiona i podam moim braciom… Mój największy skarb – Jezusa. Doczekać się nie mogę…



poniedziałek, 1 lutego 2016

proboszcz... czy to naprawdę o mnie?


(Łk 4,21-30)
Począł więc mówić do nich: Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli. A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: Czy nie jest to syn Józefa? Wtedy rzekł do nich: Z pewnością powiecie Mi to przysłowie: Lekarzu, ulecz samego siebie; dokonajże i tu w swojej ojczyźnie tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum. I dodał: Zaprawdę, powiadam wam: żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Naprawdę, mówię wam: Wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, kiedy niebo pozostawało zamknięte przez trzy lata i sześć miesięcy, tak że wielki głód panował w całym kraju; a Eliasz do żadnej z nich nie został posłany, tylko do owej wdowy w Sarepcie Sydońskiej. I wielu trędowatych było w Izraelu za proroka Elizeusza, a żaden z nich nie został oczyszczony, tylko Syryjczyk Naaman. Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak przeszedłszy pośród nich oddalił się.


Mili Moi…
Niezwykły dzień za mną… Otóż dziś miała miejsce Msza Święta z liturgicznym obrzędem instalacji nowego proboszcza. Wiem, że brzmi to dość zabawnie, ale co ja na to poradzę? W każdym razie gościliśmy dziś biskupa Franka, który wprowadził mnie w posługę pasterską w naszej parafii w Bridgeport. Przyznam szczerze, że właściwie do samego końca Mszy miałem takie poczucie, jakby to wszystko nie dotyczyło mnie, jakby chodziło o kogoś innego. Właściwie żadnego stresu, co mnie samego zdumiało. Ale za to wiele radości. Usłyszałem dziś wiele ciepłych słów pod moim adresem. Wszystko to było nawet trochę zawstydzające, bo nie podejrzewałem nawet, że otacza mnie tak wiele życzliwości. To bardzo cieszy. Ale jeszcze bardziej cieszy wysoka frekwencja parafian i gości. Przygotowaliśmy poczęstunek na dwieście osób i w pewnym momencie pojawił się nawet niepokój, że nie wystarczy dla wszystkich. Ale głodny szczęśliwie nikt nie wyszedł. Co więcej, pojawiały się również komentarze – ojcze, nie jesteśmy stąd, ale w waszej parafii tak wiele się dzieje, i tak bardzo nam się tu podoba, że planujemy się do was zapisać… Takie chwile są najpiękniejsze. Moje marzenie, żeby zapełnić ten kościół ludźmi staje się coraz bardziej realne. Piękne chwile i ogromna życzliwość księdza biskupa. Dziś zapewnił mnie, że gdybym czegokolwiek potrzebował, mam nie wahać się dzwonić do niego bezpośrednio, a on już zadba o to, żeby pomóc. Wielki człowiek, prosty i serdeczny. Cieszę się, że jest naszym biskupem. I oczywiście, jak zawsze, jestem oczarowany jego homilią. Dziś mówił o rodzinie, która potrzebuje ojca. I ta parafialna, nasza rodzina, zyskała dziś nowego ojca. Dziękował poprzednikowi, o. Stefanowi. Piękna chwila. Cały kościół stojących i klaszczących z wdzięcznością wiernych. O. Stefan – piękny człowiek, święty proboszcz, mój nauczyciel… A od jutra zaczyna się szara rzeczywistość…  Choć czy szara? Nie z takimi ludźmi, jak moi parafianie. Tu jest moja Ziemia Święta na ten czas… Tu jest mój dom…

Tu jest moja misja… A gdzie jest Twoja? Bo dziś Jezus mówi o posłudze prorockiej. On sam był prorokiem niezwykłym. A my wszyscy w tej Jego misji uczestniczymy. Z faktu chrztu ona wynika. Wszyscy jesteśmy prorokami, czyli tymi, którzy mają wprowadzać w ten świat Boże Słowo, mają je głosić, mają przemawiać w Jego imię.

Stanął mi dziś przed oczami św. O. Maksymilian, który podczas drogi do obozu mówił braciom – zobaczcie, jedziemy na misję, wiozą nas za darmo do miejsca, gdzie będziemy mogli głosić Ewangelię. My obecnie żyjemy w kraju, gdzie nie trzeba szukać niewierzących ze świecą. Wystarczy wyjść na ulicę, a z pewnością po chwili się ich spotka. Różne kolory skóry, różne kultury, różne religie. A Bóg nieustannie zapewnia wszystkich o swojej miłości. Kto jednak im wszystkim o tym powie, jeśli nie my? Kto przekażę tę radosną wieść, że Bóg się troszczy o każdego człowieka i szuka go po życiowych bezdrożach?

Nie wolno nam spocząć! Trzeba nam wciąż odkrywać w sobie tę miłość, której On jest źródłem, tę miłość, która czuje się odpowiedzialna za innych, tę, która pragnie dobra drugiego człowieka, której na nim zależy. Żeby ją odkryć i żeby stać się prorokiem trzeba tylko jednego – wsłuchać się w Boży głos. Prorok to ktoś, kto słucha i dla kogo Boże Słowo jest ważniejsze, niż jakiekolwiek ludzkie… Słuchaj więc i idź… Bo nigdy nie zabraknie Ci ludzi do kochania… Misja proroków wciąż trwa…

piątek, 29 stycznia 2016

świecący...

zdj:flickr/LMAP/Lic CC
(Mk 4,21-25)
Mówił im dalej: Czy po to wnosi się światło, by je postawić pod korcem lub pod łóżkiem? Czy nie po to, aby je postawić na świeczniku? Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. I mówił im: Uważajcie na to, czego słuchacie. Taką samą miarą, jaką wy mierzycie, odmierzą wam i jeszcze wam dołożą. Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, pozbawią go i tego, co ma.


Mili Moi…
Udało mi się dziś zakończyć przygotowania do sobotniego, comiesięcznego dnia skupienia. Ja się już jednak starzeję. Coś, co kiedyś zajmowało mi jeden dzień, dziś zajmuje cztery. Ale może to też inne czynniki mają na to wpływ… Jak choćby walenie robotników w ściany… Mija miesiąc od rozpoczęcia remontu. Może to potrwać jeszcze dwa tygodnie. Wytrzymam? Spróbuję…

Dziś kolejny pierwszy raz… Tym razem przesłuchanie przez policję… No, może przyjacielska rozmowa raczej :). Na temat kradzionego samochodu stojącego pod naszym kościołem. Czy coś widziałem, czy długo tu stoi i tym podobne…. A gdybym sobie coś przypomniał, albo coś zauważył, to żebym dał znać… No jak na filmie :). Odchodząc pomyślałem sobie, że kolejna scena to dwaj policjanci wymieniający uwagi w stylu – on coś wie, kogoś kryje, postawcie pod kościołem jednego człowieka, tylko niech nie rzuca się za bardzo w oczy… :) Ach ta bujna wyobraźnia… Takie to nasze małe Portoryko…

A dziś Pan mówi o misji światła. Zastanawiałem się dlaczego tak niewielu chrześcijan decyduje się ją podjąć. I stanęły mi przed oczami właściwie dwa naczelne motywy. Pierwszy to pokora (fałszywa), która podpowiada – przecież ja nic nie mam, nie umiem, nie potrafię, jestem szary, przeciętny, mały i biedny. Może inni, ale na pewno nie ja… Tymczasem lampa świecąc nie zastanawia się nad intensywnością światła. Po prostu robi to, do czego jest przeznaczona. Nie skupia się na sobie, ale raczej na celu, dla którego istnieje. „Wie”, że światło nie pochodzi od niej. „Wie”, że ktoś wkręcił żarówkę i ją włączył. „Wie” i po prostu świeci…

Po wtóre, i to może nawet ważniejsze, wraz z pokorą występuje często obawa… O skoki napięcia. Wielu z nas wie, że jeśli zaczniemy świecić i przyzwyczaimy do tego ludzi, jeśli rozświetlimy ciemności ich grzechu i skonfrontujemy ich z prawdą, a po jakimś czasie przygaśniemy, to ludzie nam tego nie wybaczą i nie zostawią na nas przysłowiowej suchej nitki… Chciało się świecić, chciało się żyć inaczej, a teraz proszę… Oto prawda o świecących. Byle jakie to światło. Otóż nie… Światło doskonałe, byle jaka jest lampa. Jeśli uznamy prawdę o sobie, o własnym grzechu. Jeśli założymy już u początku, że będziemy świecić raz jaśniej, raz ciemniej, że będziemy się uczyć przyjmowania i przekazywania światła, to żadna krytyka nie będzie dla nas straszna. Każde złe słowo utonie bowiem w Bożym świetle, rozproszy się i przepadnie. Ten zaś, kto raz tym światłem zaświeci, nie będzie chciał już nigdy zgasnąć, ale zrobi wszystko, żeby świecić jaśniej… Czasem dla ludzi. A czasem wbrew nim…

czwartek, 28 stycznia 2016

w ogrodzie...

zdj:flickr/ukgardenphotos/Lic CC
(Mk 4,1-20)
Jezus znowu zaczął nauczać nad jeziorem i bardzo wielki tłum ludzi zebrał się przy Nim. Dlatego wszedł do łodzi i usiadł w niej /pozostając/ na jeziorze, a cały lud stał na brzegu jeziora. Uczył ich wiele w przypowieściach i mówił im w swojej nauce: Słuchajcie: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedno padło na drogę; i przyleciały ptaki, i wydziobały je. Inne padło na miejsce skaliste, gdzie nie miało wiele ziemi, i wnet wzeszło, bo nie było głęboko w glebie. Lecz po wschodzie słońca przypaliło się i nie mając korzenia, uschło. Inne znów padło między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je, tak że nie wydało owocu. Inne w końcu padły na ziemię żyzną, wzeszły, wyrosły i wydały plon: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny. I dodał: Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha. A gdy był sam, pytali Go ci, którzy przy Nim byli, razem z Dwunastoma, o przypowieść. On im odrzekł: Wam dana jest tajemnica królestwa Bożego, dla tych zaś, którzy są poza wami, wszystko dzieje się w przypowieściach, aby patrzyli oczami, a nie widzieli, słuchali uszami, a nie rozumieli, żeby się nie nawrócili i nie była im wydana /tajemnica/. I mówił im: Nie rozumiecie tej przypowieści? Jakże zrozumiecie inne przypowieści? Siewca sieje słowo. A oto są ci /posiani/ na drodze: u nich się sieje słowo, a skoro je usłyszą, zaraz przychodzi szatan i porywa słowo zasiane w nich. Podobnie na miejscach skalistych posiani są ci, którzy, gdy usłyszą słowo, natychmiast przyjmują je z radością, lecz nie mają w sobie korzenia i są niestali. Gdy potem przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamują. Są inni, którzy są zasiani między ciernie: to są ci, którzy słuchają wprawdzie słowa, lecz troski tego świata, ułuda bogactwa i inne żądze wciskają się i zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. W końcu na ziemię żyzną zostali posiani ci, którzy słuchają słowa, przyjmują je i wydają owoc: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny.


Mili Moi…
Muszę się z Wami podzielić czymś ciekawym… Kilka lat temu dołączyłem  do społeczności facebookowiej. Długo, bardzo długo się przed tym broniłem, przewidując, że stanie się to dla mnie swoistym „złodziejem czasu”. Przekonał mnie jeden argument – ewangelizacja. Trzeba odkrywać nowe przestrzenie, można docierać z informacją i formacją szeroko. I tak starałem się to narzędzie wykorzystywać. Ale oczywiście, w związku z tym, że komputer w moim pokoju spełnia wiele różnych funkcji i jest włączony niemal nieustannie, to każdy kontakt z maszyną wiązał się również z rzutem oka na Facebooka. Rzut oka bardzo często wydłużał się do kilku, czy kilkunastu minut… I tak wiele razy dziennie. Ze zdumieniem stwierdzałem, że coś, co niegdyś było sympatyczną przestrzenią kontaktów, przesyłania sobie ciekawych i cennych informacji, od dłuższego już czasu jest przestrzenią walki politycznej, nienawistnych komentarzy, pogardy i braku szacunku. To miejsce stawało się dla mnie coraz bardziej rozczarowujące. Nie, nie… Nie zmierzam do tego, że likwiduję swoje konto. Ale od kilku dni nie zaglądam tam wcale, no może tylko po to, żeby odpisać na konkretne pytania. Ale nie przeglądam, nie czytam, nie śledzę… I tu najważniejsze, czym chcę się podzielić… Po pierwsze – jestem o wiele spokojniejszy. Nie udzielają mi się te wszystkie emocje, czające się w nawet zupełnie niewinnie wyglądających artykułach. Po drugie – czas, który zyskałem mogę przeznaczyć na rzut oka w książkę i rzeczywiście to czynię. Po trzecie – mogę spokojnie żyć swoim własnym życiem, a nie życiem Angeli Merkel, pana od KODu, czy innej maści bohaterów… Plan więc jest taki… Owszem, być może chwila na ewangelizacje, ale stanowcze ograniczenie obecności w tym miejscu na rzecz życia realnego… Czuję się znacznie, ale to znacznie wolniejszy… I pokój wraca…

A dzisiejsza przypowieść o siewcy bardzo mocno skojarzyła mi się z wizją ogrodu, który musi być najpierw mocno przygotowany pod jakikolwiek zasiew. Ziarno jest niezawodne, ale nic nie wyrośnie w zupełnie nieprzygotowanym środowisku. Nasze życie duchowe to ogród, który trzeba przekopać, nawodnić, nawozić, wyznaczyć grządki, pozwolić Bogu na siew, doglądać, pielić, podwiązywać, podpierać, wybierać kamienie… Ta dbałość o to miejsce jest niesłychanie wymagająca. Nakład sił i środków ogromny. Ale i owoce warte całej tej pracy. Bo bez niej nie ma na co liczyć. Jeśli się nie zaangażujemy, nic nam nie wyrośnie. Siedząc w „świętym spokoju” łudzimy się tylko naszą osobistą wizją chrześcijaństwa. Bóg bowiem czyni z naszego życia powieść przygodową, niezły kryminał… Co to ma wspólnego z ogrodem? Ależ bardzo dużo… Bo w każdym ogrodzie toczy się życie – pełne walk, zmagań, potyczek… O wodę, o światło, o przestrzeń, o pszczołę, którą trzeba zwabić kolorem… Ogród to niesłychanie dynamiczne miejsce…

Gwałtownicy zdobywają Królestwo Boże… Człowieku!!! Ogrodniku!!! Przypomnij więc sobie, gdzie masz widły i grabie. I do dzieła… Każdy czas jest dobry, żeby zacząć uprawiać swego ducha… Nawet trwająca zima…

wtorek, 26 stycznia 2016

potrząśnijmy tym światem...

zdj:flickr/Claudio Ungari/Lic CC
(Mk 16,15-18)
Po swoim zmartwychwstaniu Jezus ukazał się Jedenastu i powiedział do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie.


Mili Moi…
Dni płyną, przeżywane intensywnie… Kolęda trwa. Jest jej w tym roku znacznie więcej, niż w ubiegłym. Z jednej strony to bardzo cieszy, że rośnie liczba osób, które chcą nas przyjmować w swoich domach, ale  z drugiej, wiąże się to z ustawicznym byciem „w drodze”. Wszystkie spotkania jednak są bardzo miłe.

Napisałem dziś pierwszy list do moich parafian. To jakiś kolejny „pierwszy raz” w moim życiu. Wszystko takie nowe, takie przyjemne w odkrywaniu. Podsumowanie roku i plany na nowy, właśnie rozpoczęty, składały się na jego treść. Niby niewiele, a jednak towarzyszy temu sporo radości.

Zawiozłem dziś również księdza Marka do kolejnej stacji jego amerykańskiego urlopu. Gościłem przez kilka dni dawnego kierownika elbląskiej pielgrzymki, z którym znamy się od wielu lat i który również wpływał na moje, rodzące się niegdyś powołanie. Miał być gościem na mojej mszy instalacyjnej, ale niewykluczone, że jeszcze do nas wróci na najbliższą niedzielę, bo jest niedaleko.

A dziś rano obudziłem się z jakąś nową motywacją i postanowieniem, że czas zakończyć użalanie się nad sobą związane z pisaniem doktoratu i najwyższa pora wziąć się za pisanie. Posiedziałem więc nieco nad materiałami rozkładając je na nowo I od jutra zaczynamy… Polecam się opiece Ducha Świętego i Waszemu modlitewnemu wsparciu.

Dzieją się również inne, dobre rzeczy. Dziś zadzwonił proboszcz sąsiedniej parafii, Frank, z propozycją, żebyśmy w Wielki Piątek zorganizowali wspólnie Drogę Krzyżową ulicami miasta, a właściwie jedną, naszą ulicą, przy której mieszczą się aż trzy katolickie parafie. Mamy to przedsięwzięcie zrealizować wspólnie – w języku angielskim, polskim i hiszpańskim. Podjąłem pomysł z wielka radością. Nareszcie coś razem… Katolicy dla tego miasta.

A nad Słowem myślę dziś o wierze. Dlaczego znaki nam nie towarzyszą, skoro jesteśmy wierzący? Musi być coś z tą wiarą nie tak… Ja dziś zobaczyłem to na przykładzie mojej własnej wiary związanej z wyzwoleniem z mojego grzechu. Jak pewnie wielu z Was, borykam się z podobnymi grzechami nieustannie i… no właśnie, czy ja wierzę, że Pan Bóg może, czy raczej zechce mnie z nich wyzwolić? Niby teoretycznie wierzę, ale przecież praktycznie się to nie dokonuje. A zatem? Wierzę głęboko nie tracąc nadziei, czy raczej słabiutko, wątpiąc i zniechęcając się szybko? Ocena wypadła dość krytycznie.

Jeśli więc nie jestem w stanie uwierzyć mocno w to, że Bóg zechce mnie wyzwolić z mojego grzechu, to jak mogę uwierzyć mocno w to, że Bóg będzie uzdrawiał przez moje ręce, czy pozwoli mi ocaleć po wypiciu trucizny? To baśnie dla grzecznych dzieci. Nawet jeśli kiedyś i gdzieś, to nie teraz i nie u mnie… A jednak. On obiecuje i jest wierny swojej obietnicy. Na dowód tego pokazuje dziś Pawła, który właśnie z grzechu został wyrwany, a zaraz potem zaczął czynić cuda w imię Jezusa. Bo dla Niego wszystko jest możliwe. Żebyśmy tylko nie stawiali żadnych granic naszej wierze… Potrząsnęlibyśmy tym światem…

sobota, 23 stycznia 2016

w rajskim lesie...

zdj:flickr/Manuel Paul/Lic CC
(Mk 3,20-21)
Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak, że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: Odszedł od zmysłów.


Mili Moi…
Za oknem szaleje zamieć… Podobno zasypie nas całkowicie i nikt nas nie znajdzie do wiosny… Internet od dwóch dni działa jak chce. Być może to efekt trwającego remontu i różnych modyfikacji kablowych. W efekcie problemem jest nawet wydrukowanie kazania, bo wszystkie drukarki połączone przez wi-fi. To mi znów stawia przed oczy ogrom naszej, ludzkiej zależności od techniki i nowych technologii. Z naszego własnego wyboru stajemy się mocno bezradni. Bo dopóki wszystko działa, to i my działamy, ale kiedy jeden element w tym skomplikowanym mechanizmie zawodzi, wówczas pojawia się niepokój, bo nasza kreatywność została skutecznie stępiona…

Czasem pojawia się we mnie takie marzenie, żeby skryć się gdzieś w głębokim lesie wobec tych wszystkich kabli, sygnałów, klawiatur. Odetchnąć pełną piersią i zacząć żyć naprawdę. W realnym, pięknym świecie, a nie w wirtualnej przestrzeni, która nigdy nie śpi. Żeby to jeszcze służyło naprawdę ważnym celom… Takim, na przykład, jak misja Jezusa… Kiedy czytam Słowo, to wydaje mi się, że to Jezusowe szaleństwo jest jedynym, które warto podjąć. Ten pośpiech i aktywność ma sens, bo chodzi przecież o rzeczy najważniejsze – o ludzkie zbawienie. Ale nawet w tej najważniejszej kwestii Jezus potrafił zachować umiar, a właściwie uszanować ludzkie możliwości. Bo przecież swoim uczniom na jakimś etapie mówi – odpocznijcie nieco… Chciałbym odpocząć… Ale na razie bez szans…

W tym szaleństwie jednak jest sporo poważnych radości. Kilka dni temu na przykład wskrzesiłem człowieka. A właściwie, żeby nie powodować nieporozumień skrótami myślowymi, Jezus wskrzesił przeze mnie. Nie pierwszy już zresztą raz, ale tym razem zwycięstwo łaski znaczące. Spowiedź po czterdziestu latach. To chyba swoisty rekord. Jakie musiało być święto w niebie tego dnia? Nawet nie próbuję sobie wyobrazić. Ale jakie święto było w moim sercu, kiedy uświadomiłem sobie, że miałem swoją rolę w tym wskrzeszeniu – to wiem dokładnie. Cały czas się z tego cieszę. Bo Pan pozwolił mi wprowadzić człowieka w życie.

Bywa tak i podczas kolędy… Czasem wydaje mi się, że wiem, co czuł św. Jan Maria Vianney, kiedy mówił o swojej odpowiedzialności przed Bogiem za swoich parafian. Drżał przed nią, obawiał się, że jej nie udźwignie. Doświadczam tego samego. Czasem zastanawiam się jak pozyskać ludzi dla Boga. I mówię dziś o tych, którzy naprawdę oddalili się od Niego. U takich też bywam „po kolędzie”. Modlę się… Rozmawiam… Czasem słyszę – gdyby ktoś z nami tak kiedyś porozmawiał, jak ojciec dziś, to może bylibyśmy w innym miejscu życia, niż obecnie… Może tak, a może nie… Żadna moja zasługa… Lubię ludzi, a Bóg uczy mnie ich kochać. Pokazując stanowczo i radykalnie Jego wymagania, jednocześnie staram się dowodzić, że są one możliwe do realizacji, są „dla ludzi” i mają głęboki sens… Wychodząc proszę Ducha Świętego, żeby tam został i pracował nad sercami… Może kiedyś… Coś…

Może wspólnie odpoczniemy w rajskich lasach… Bez internetu, bez klawiatury, bez sygnału… Za to w prawdziwej radości…