sobota, 20 grudnia 2014

nic niemożliwego...


zdj:flickr/Jetuma/Lic CC
(Łk 1,5-25)
Za czasów Heroda, króla Judei, żył pewien kapłan, imieniem Zachariasz, z oddziału Abiasza. Miał on żonę z rodu Aarona, a na imię było jej Elżbieta. Oboje byli sprawiedliwi wobec Boga i postępowali nienagannie według wszystkich przykazań i przepisów Pańskich. Nie mieli jednak dziecka, ponieważ Elżbieta była niepłodna; oboje zaś byli już posunięci w latach. Kiedy w wyznaczonej dla swego oddziału kolei pełnił służbę kapłańską przed Bogiem, jemu zgodnie ze zwyczajem kapłańskim przypadł los, żeby wejść do przybytku Pańskiego i złożyć ofiarę kadzenia. A cały lud modlił się na zewnątrz w czasie kadzenia. Naraz ukazał mu się anioł Pański, stojący po prawej stronie ołtarza kadzenia. Przeraził się na ten widok Zachariasz i strach padł na niego. Lecz anioł rzekł do niego: Nie bój się Zachariasz! Twoja prośba została wysłuchana: żona twoja Elżbieta urodzi ci syna, któremu nadasz imię Jan. Będzie to dla ciebie radość i wesele; i wielu z jego narodzenia cieszyć się będzie. Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony będzie Duchem Świętym. Wielu spośród synów Izraela nawróci do Pana, Boga ich; on sam pójdzie przed Nim w duchu i mocy Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom, a nieposłusznych - do usposobienia sprawiedliwych, by przygotować Panu lud doskonały. Na to rzekł Zachariasz do anioła: Po czym to poznam? Bo ja jestem już stary i moja żona jest w podeszłym wieku. Odpowiedział mu anioł: Ja jestem Gabriel, który stoję przed Bogiem. A zostałem posłany, aby mówić z tobą i oznajmić ci tę wieść radosną. A oto będziesz niemy i nie będziesz mógł mówić aż do dnia, w którym się to stanie, bo nie uwierzyłeś moim słowom, które się spełnią w swoim czasie. Lud tymczasem czekał na Zachariasza i dziwił się, że tak długo zatrzymuje się w przybytku. Kiedy wyszedł, nie mógł do nich mówić, i zrozumieli, że miał widzenie w przybytku. On zaś dawał im znaki i pozostał niemy. A gdy upłynęły dni jego posługi kapłańskiej, powrócił do swego domu. Potem żona jego, Elżbieta, poczęła i pozostawała w ukryciu przez pięć miesięcy. Tak uczynił mi Pan - mówiła - wówczas, kiedy wejrzał łaskawie i zdjął ze mnie hańbę w oczach ludzi.

Mili Moi...
Gdzie się podział ten dzień? Przed południem zakupy... Mamy około 20 ministrantów, którzy swoim gorliwym przychodzeniem na zbiórki i służeniem na Mszach, zasługują sobie na docenienie ich wysiłku. Należało więc dziś zaopatrzyć się w kilogramy słodyczy, które posłużą jako skromny prezent pod choinkę. Dzieciaki na całym świecie są takie same... Ważne, żeby były słodycze...

A po południu walczyłem z kartkami świątecznymi. Jest tu taki piękny zwyczaj, że wielu parafian pisze życzenia do swoich duszpasterzy. Obaj z proboszczem podchodzimy do tematu ambicjonalnie - chcemy odpowiedzieć wszystkim, którzy do nas napisali. Obaj więc siedzimy i rzeźbimy, po czym proboszcz zagląda do mnie i jakby nigdy nic pyta - masz coś na pocztę, bo akurat jadę... Na co ja odpowiadam - jeszcze nie i zwykle po południu robię na tę pocztę drugi kurs... Wysyłamy, wysyłamy, wysyłamy...

A Słowo mnie dziś zdumiewa... Zachariasz całe życie się modlił o dziecko, czekał na cud, pewnie sie nie raz przygotowywał na jego przyjęcie, a w decydującym momencie nie był w stanie przyjąć łaski, nie umiał zaufać... Kiedy Bóg postanowił odpowiedzieć na jego prośbę, Zachariasz uznał, że to już za późno i nawet Bóg nie jest w stanie otworzyć starczego łona Elżbiety. Był spragniony dowodów, bo przecież dotychczas nie słyszano...

Ale czy rzeczywiście nie słyszano? Czy pobożny Zachariasz nie znał historii Abrahama, który otrzymał syna w późnej starości, syna, w którego poczęcie nie mogła uwierzyć Sara chichocząc pod nosem na zapowiedzi aniołów. Czy Zachariasz zapomniał?

Pewnie nie zapomniał... Ale co innego Abraham, a co innego ja... W życiu innych to może się takie cuda i znaki dzieją, ale przecież nie w moim skromnym, prostym, zwyczajnym życiu. Jakże Bóg mógłby działać cuda??? No modlę się, bo co mi pozostało... Modlę się bo przecież nie mam do kogo z tym pójść... Ale nie ma we mnie cienia wiary, że Bóg mógłby sprawić cud... Bo przecież ta choroba postąpiła już za daleko, bo przecież to małżeństwo jest już nie do uratowania, bo przecież ten człowiek popadł w tak skrajne grzechy... Czy Bóg zdoła???

Sześć miesięcy później, kiedy ten sam Gabriel stanie przed Maryją, powie Jej słowa ważne - dla Boga nie ma nic niemożliwego. Gdybyśmy tylko umieli modlić się z przekonaniem o prawdziwości tych słów... Jestem pewien, że ten świat wyglądałby inaczej... Historia Zachariasza przywraca nadzieję... Uczy ufności...

piątek, 19 grudnia 2014

Jego drogi...



(Mt 1,18-24)
Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów . A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie.

Mili Moi...
Wiele wrażeń ostatnimi dniami... Przede wszystkim wczoraj miał być wielki dzień zdawania na prawo jazdy. Miał być, bo oczywiście przy moim szczęściu... nie był :) Okazało się, że wstępne badanie wzroku, które wykonuje się tu na takiej prostej maszynce wykazało, że jestem ślepy jak kret i właściwie pana, który mnie badał też nie powinienem widzieć. Nie podejrzewałem, że polegnę na tym odcinku. Dostałem kartkę do okulisty i mam się zgłosić w nowych okularach... Pan badacz był bardzo miły. Na moje nieudolne próby zgadywania literek musiał nabrać podejrzeń, że ma do czynienia z analfabetą, bo zaproponował, że pokaże mi numerki... Ale z numerkami też nie szło... A figur geometrycznych akurat nie mieli... Poważnie mówiąc, kiedy robiłem sobie ostatnie okulary, czułem, że coś jest nie tak, ale nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo nie tak...

Wieczorem zaś urocze spotkanie ze wspólnotą Odnowy. Powoli lądujemy z naszymi rekolekcjami ewangelizacyjnymi, a wczoraj nawet posiedzieliśmy sobie przy herbacie i gotowanym jajku, bo to akurat znalazło się w lodówce sali pod kościołem. Trochę wspomnień, trochę oczekiwań. Piękny wieczór...

A dziś od rana atrakcje. Po Roratach pan A postanowił zemdleć, więc ratowaliśmy go czekając na przyjazd ambulansu. Trochę nam strachu napędził, ale podczas gdy ja zajmowałem się szczegółami technicznymi, proboszcz już zdążył go rozgrzeszyć i udzielić odpustu na godzinę śmierci. Działamy sprawnie i skutecznie... bo pan A żyje i ma się coraz lepiej...

Nieco później zaś wycieczka poszukiwawcza celem obucia stopy niemal bosej. Moje jedyne buty, które przywiozłem do Ameryki zaczęły powoli odmawiać posłuszeństwa. Trzeba się było zatroszczyć o jakieś zastępniki. Przy takim wypadzie najlepiej od razu w kilka na różne okazje, żeby nie marnować czasu. Coś tam, jak widać na zdjęciu, udało się złowić...

Nad Słowem dziś natomiast spotkałem się z prostą konsekwencją Józefa. Pomyślałem sobie, że Duch Święty zstępując na Maryję, musiał również zstąpić na niego i pomnożyć w nim miłość do młodej małżonki. Jak on musiał ją kochać... Uwierzyć w tak nieprawdopodobna historię, nawet pod wpływem sennych zapewnień anioła, nie jest przecież łatwo. Ale jak sie powiedziało A, to trzeba też powiedzieć B. Józef nie należy chyba do mężczyzn, którzy poddają się łatwo. Z drugiej jednak strony... Jak żyć z takim nieustannym podejrzeniem w sercu?

Myślę, że ta jego decyzja, oparta na sennym objawieniu, łączyła się, dzięki łasce Bożej, z uwolnieniem od wszelkich podejrzeń. Prosta decyzja o przyjęciu największego daru dla świata, która musiała wiązać się z pozorną rezygnacją ze swojej męskiej dumy, z wartości płodności, z piękna współżycia. Ja podziwiam tego faceta! Ale dużo bardziej podziwiam miłość Boga, która jest w stanie te wszystkie braki wynagrodzić, ludzkie potrzeby zaspokoić, pragnienia i tęsknoty wyciszyć.

On jest w stanie uszczęśliwić nas na najbardziej niezrozumiałych dla świata drogach, jeśli tylko pozwolimy Mu się na nie wprowadzić...

środa, 17 grudnia 2014

siostra - brat - Ojciec...


zdj:flickr/Ainznando/Lic CC
(Mt 21,28-32)
Co myślicie? Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy! Ten odpowiedział: Idę, panie!, lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: Nie chcę. Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca? Mówią Mu: Ten drugi. Wtedy Jezus rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć.

Mili Moi...
Samopoczucie w normie... Ani lepiej, ani gorzej. Zapomniałem z tego całego chorowania wspomnieć, że w niedziele minęło 100 dni mojego pobytu na tej ziemi amerykańskiej. Nieprawdopodobne jak ten czas szybko leci... A dziś 3128 dzień mojego kapłaństwa... i w to też trudno uwierzyć. Dziękuję Panu Jezusowi za każdy dzień, zwłaszcza gdy, jak dziś, dochodzą do mnie informacje o kolejnych odejściach. I to coraz młodszych kapłanów...

A ja dziś wziąłem się za robotę... Pojechałem wpłacić wreszcie pieniądze z naszej zbiórki rekolekcyjnej na Dom Samotnej Matki Sióstr Nazaretanek w Krakowie. Wierzę, że będzie to miły prezent na Święta dla sióstr i matek oczekujących dziecka w tym domu. Potem jeszcze zakupy, wizyta w banku z innymi sprawami, mechanik samochodowy... No i trzy godziny nie moje... Potem walka z internetem, który się zawziął i nie chciał pracować. I właściwie dopiero wieczorem jeden z naszych przyjaciół pomógł nam go okiełznać...

Ale miałem dziś ciekawe spotkanie z "inną Ameryką". Poszedłem na pocztę, do urzędu bardzo blisko nas. Poprosiłem o 10 znaczków do Europy. A śliczna, czarnoskóra dama odpowiedziała mi, że nie ma i nikt jej ich nie daje, ponieważ nikt stąd nic do Europy nie wysyła. Zamurowało mnie. I pomyślałem, że w Polsce, w Pierdziszewie Górnym, w punkcie pocztowym, znaczek do Ameryki bym zakupił... A tu? Nikt nie wysyła...

A Słowo dziś takie trochę irytujące dla tych sprawiedliwych... A przecież za takich lubimy się uważać... Ja też. No i jak tu się tak pogodzić ze świadomością, że prostytutki i złodzieje mają stać w tej kolejce do nieba bliżej wejścia? Czy to znaczy, że moje wysiłki nie mają znaczenia? Czy warto się starać, skoro i tak ci "z marginesu" bez wysiłku dostąpią tej samej nagrody? Czy to sprawiedliwe?

To są właśnie klasyczne pytania człowieka, który nie czuje się kochany bezwarunkowo, ale raczej zarabia na miłość. Przecież zapłacił już tak wiele, przecież służy z takim oddaniem, przecież nawet przez myśl by mu nie przeszło, żeby oddawać się ziemskim uciechom, przecież... Jeśli nie mam doświadczenia Bożej miłości, to musze się skupiać na zyskach i stratach, musze nieustannie wyliczać, muszę widzieć innych, zwłaszcza tych wpychających się w kolejkę, jako intruzów, musze walczyć o swoje... Handel wymienny nie funkcjonuje dobrze w Królestwie Niebieskim.

Dwaj synowie z dzisiejszej Ewangelii, u których słowo nie szło w parze z uczynkami, przywodzą na myśl innych dwóch znanych synów ewangelicznych... Jeden bywał wśród prostytutek, drugi się nimi brzydził; jeden doświadczył pewnie ciężaru złodziejstwa, drugi się tego wystrzegał... Ale to ten "niedoskonały" był bardziej synem, a ten "nieskazitelny" raczej niewolnikiem... Ale to ten pierwszy znalazł swoje miejsce w ramionach ojca, podczas gdy ten drugi był tym zupełnie niezainteresowany...

Może właśnie wyschnięte serce prostytutek i złodziei czyni ich bardziej dziećmi, które nie próbują handlować z Bogiem, bo naprawdę nie mają czym Mu zapłacić za miłość, której są złaknieni, a której szukali już wszędzie... I może to pokazuje konieczność zmiany perspektywy u tych sprawiedliwych, którzy przecież mają tak wiele walorów, na które Ojciec winien zwrócić uwagę... Czy rzeczywiście???

Wszyscy jesteśmy biedakami przed Bogiem... I wszystkich kocha za darmo... I może właśnie dlatego prostytutka może być siostrą, a złodziej - bratem... Bo Ojciec kocha nas tak samo mocno... A jeśli znasz tę miłość, to ciesz się nią... I dziel... Zwłaszcza z tymi, którzy szukają tam, gdzie znaleźć nie mogą...

wtorek, 16 grudnia 2014

kiedy nie warto...


zdj:flickr/Ian Livesey/Lic CC
(Mt 21,23-27)
Gdy Jezus przyszedł do świątyni i nauczał, przystąpili do Niego arcykapłani i starsi ludu z pytaniem: Jakim prawem to czynisz? I kto Ci dał tę władzę? Jezus im odpowiedział: Ja też zadam wam jedno pytanie; jeśli odpowiecie Mi na nie, i Ja powiem wam, jakim prawem to czynię. Skąd pochodził chrzest Janowy: z nieba czy od ludzi? Oni zastanawiali się między sobą: Jeśli powiemy: z nieba, to nam zarzuci: Dlaczego więc nie uwierzyliście mu? A jeśli powiemy: od ludzi - boimy się tłumu, bo wszyscy uważają Jana za proroka. Odpowiedzieli więc Jezusowi: Nie wiemy. On również im odpowiedział: Więc i Ja wam nie powiem, jakim prawem to czynię.

Mili Moi...
No dziś chyba jakiś przełom chorobowy nastąpił, bo choć przed południem czułem się fatalnie, to z każdą godziną było już lepiej i teraz jest całkiem nieźle. Mam nadzieje, że tak już pozostanie. Choroba, choć to nic nadzwyczajnego, trochę paraliżuje moje działania. Ani czytać, ani w inny sposób pracować, ani spacerować. Więc nic dziś nie pchnąłem od przodu.

Ale dzień nie był tak całkiem bezowocny. Przybyła dziś M. ze swoimi problemami. Rzecz jasna nie będę pisał o nich, choć gdybym najbardziej eufemistycznie spróbował je określić, to raczej z grupy tych wobec których się wspólnie milczy, niż radzi... Polecam ją waszej opiece modlitewnej. Sam modliłem się nad nią wstawienniczo i ufam, że Jezus wesprze ją swoimi pomysłami i rozwiązaniami, bo ludzkie są czasem takie słabe i nieprzekonujące...

A Jezus mi dziś pokazał, że czasami dyskusja jest bezcelowa. Dlaczego? Ponieważ ci, którzy stawiają pytania, wcale nie chcą usłyszeć odpowiedzi. Mają uszy, ale z pewnością nie używają ich do słuchania. Swoje własne odpowiedzi, które przecież już mają, postawią zawsze wyżej, a pytają dla zachowania pozorów...

Takich "pozorantów" spotkałem w swoim życiu już wielu. Pełni szacunku i bardzo grzeczni. Pochylają swoje głowy i zadają pytania. A odpowiedź wzbudza w nich natychmiast uśmiech politowania, bo przecież oni wiedzą lepiej i są zawsze gotowi tą wiedzą się podzielić. Uczynią to rzecz jasna w sposób słodki od lukru, ale uwaga - to ciastko ocieka jadem pychy i frustracji, niezgody i podziału, fałszu i udawania. Ileż tam szlachetnych deklaracji, zacnej motywacji, troskliwej życzliwości... A pod wierzchnią warstwą kryje się wysubtelnione "non serviam" (nie będę służył)... Ja wiem lepiej. Wszyscy się mylą, tylko ja wiem...

Z moich obserwacji wynika, że tacy właśnie dyskutanci zadają najcięższe rany Kościołowi, choć w swoim przekonaniu sądzą, że Go leczą... Dyskutowanie z nimi w takim stanie prowadzi do nikąd... I lepiej się powstrzymywać. Niczym Jezus, który nie odpowiada na zadane Mu dziś pytanie, objawiając, że nie na wszystkie pytania trzeba odpowiadać, a czasem zamiast odpowiedzi trzeba również postawić pytanie... Czasem głośno postawione pytanie jest jedyną nadzieją na przebudzenie... Bo tej nie należy tracić nigdy...

Jezu, wskrzeszający do życia umarłych... Wskrzeszaj do Prawdy tych, którzy posnęli w pozorach i nawet tego nie zauważyli...

poniedziałek, 15 grudnia 2014

prostując drogi...


zdj:flickr/Martin Gommel/Lic CC
(J 1,6-8.19-28)
Pojawił się człowiek posłany przez Boga - Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz /posłanym/, aby zaświadczyć o światłości. Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kto ty jesteś?, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: Ja nie jestem Mesjaszem. Zapytali go: Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem? Odrzekł: Nie jestem. Czy ty jesteś prorokiem? Odparł: Nie! Powiedzieli mu więc: Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie? Odpowiedział: Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zadawali mu pytania, mówiąc do niego: Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem? Jan im tak odpowiedział: Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu.

Mili Moi...
No dziś niestety czuję się znacznie gorzej... Ale ufam, że tak być musi, żeby poczuć sie lepiej... Niedzielnej pracy jednak całkiem sporo. Msza po angielsku i właściwie trzy godziny słuchania spowiedzi z pękającym łbem. Przy ostatnich osobach naprawdę już nie wiedziałem co mówię. Plątały mi sie słowa i doszedłem do wniosku, że czas udać sie do łóżka. Po dwóch godzinach snu ból nieco odpuścił... Gorące rosoły, syropy, płukanki i antybiotyk w natarciu... To musi sie udać :)

A Jan mnie dziś uczy, żeby wiedzieć kim sie jest i po co sie jest... Cieszyć się z tego, co sie ma i każdego dnia na nowo podejmować swoje zadania, niezależnie od tego, jak proste one są. Czasem to niesłychanie wymagające. Samodyscypliny, pokory, dostosowania swoich własnych oczekiwań do możliwości...

Czy Jan mógłby być patronem samorealizacji? Ani materialnie nie zabłysnął, ani świata nie zwiedził, ani innych atrakcji z jego życiem nie wiążemy. A jednocześnie mówi, że jego radość osiągnęła szczyt ze względu na Jezusa... Monotonne zajęcia codzienności, zanurzanie ludzi w wodzie i słuchanie o różnych okropnościach grzechu staje się dla niego źródłem spełnienia, bo wie po co i dla Kogo to wszystko...

Jego misja? Prostować drogi Panu. Iść przed Nim, tam gdzie On dopiero się zjawi... Uczeń, apostoł takie ma właśnie zadanie... A kiedy widzi, że Pan się pojawia, że gotowi na Jego przyjęcie są ci, z którymi on miał okazję wcześniej się spotkać... uczeń idzie dalej. Czasem, w niektórych miejscach bywa krócej, w innych dłużej. Ale to nie ma znaczenia... Ważne, żeby Pan przychodząc znalazł braci przygotowanych, tęskniących, oczekujących...

Być sprawcą Adwentu... Wzbudzać pragnienie spotkania... Misja Jana... Misja Apostołów... Moja misja... Gdziekolwiek jestem... Jak długo będę...

niedziela, 14 grudnia 2014

Informacja

W związku z pojawieniem się wśród komentatorów Pana Marka, z którym (mówiąc najoględniej) skrajnie różnie rozumiemy naszą miłość do Kościoła, wprowadzam od dziś opcję, której zawsze unikałem - mianowicie zatwierdzanie komentarzy przed ich opublikowaniem. Jestem w stanie znieść nadinterpretacje i obelgi pod swoim adresem, ale nie zamierzam pozwalać, żeby w miejscu, które ma służyć budowaniu wiary ktoś siał zamęt i niepokój falszywymi informacjami na temat Kościoła i Jego nauki. Nie mam niestety czasu, żeby zapobiegać spustoszeniom, które błedy Pana Marka mogą spowodować wśród przypadkowych zwłaszcza Czytelników. Dlatego od dziś taka opcja. 

Eliasz, Jan, Jezus i inni...



(Mt 17,10-13)
Kiedy schodzili z góry, uczniowie zapytali Jezusa: Czemu więc uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu.

Mili Moi....
No i stało się to, co się stać musiało... Jestem chory. Coś mnie dorwało i sprawdza moją cierpliwość. A zajęć nie ubywa i nie można się z żadnego wymigać. Więc antybiotyk polski, niezawodny poszedł w ruch, a ja próbuję trochę udawać, że czuję się lepiej, niż jest w rzeczywistości. Ale tak wielu dobrych ludzi wokół. Przynoszą niezawodne środki, którymi sami się leczą - nalewki, syropy, płukanki... Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie...

A poza drobną niedyspozycją same radości. Dziś dzieciaki z Polskiej Szkoły wystawiły nam wieczorem przedstawienie bożonarodzeniowe, w którym i mnie przypadła rola, która jest mi nieobca od seminaryjnych czasów. Ileż to razy odgrywałem rolę Mikołaja... Ale tu trochę łatwiej... Dobry pan Antoni, krawiec, uszył mi czapkę, w sklepie do kupienia różne warianty brody i czego tam jeszcze Mikołajowi potrzeba... To nie chałturnicze, seminaryjne wysiłki, żeby jakoś wyglądać...

A Pan Jezus dziś znów o przewrotności. Jan Chrzciciel w niektórych środowiskach odnosił "sukcesy", ale przez innych był odrzucany. Może zbyt ascetyczny, może nazbyt wymagający, może surowy... Ale ci sami, którzy odrzucali Jana, odrzucili również Jezusa, który zachowywał się zgoła odmiennie od Jana. Przewrotność polegająca na tym, że każdy argument jest dobry, aby sie nie nawrócić... W każdym z nas jakaś cząstka takiej przekory tkwi - czasem większa, czasem mniejsza...

A każdy głosiciel musi spotkać się z tym samym. Dla jednych za cicho mówi, według innych krzyczy; są tacy, którzy uważają, że powinien dobitniej, inni są przekonani, że już jest zbyt surowy; bywają chwalący jego styl, ale są i tacy, którzy wypunktują każde niepotrzebne słówko; dla jednych zbyt biblijny, inni oczekiwaliby jeszcze więcej przykładów z Pisma... I nigdy to nasze głoszenie nie może podlegać temu swoistemu "koncertowi życzeń". Mamy brać pod uwagę realne potrzeby słuchaczy, ale nie próbować przypodobać się nikomu - ani w doborze tematu, ani w sposobie przemawiania. Ani Jan tego nie czynił, ani tym bardziej Jezus...

Może więc jutro, w jakimkolwiek kościele będziesz, wsłuchaj się w kaznodzieję - żebyś nie rozminął się z "Eliaszem", który przyszedł prostować drogę przed Panem...